„Eine Polin”. Kilka komicznych sytuacji z codzienności

„Eine Polin”. Kilka komicznych sytuacji z codzienności

Czasami chciałabym uciec do kraju, w którym nie ma żadnych wyobrażeń na temat Polaków, np. na jakąś małą wyspę w Oceanii czy sama nie wiem gdzie. Są dni, kiedy uprzedzenia odnośnie Polaków niesamowicie działają mi na nerwy i kiedy zastanawiam się, skąd niektórzy ludzie je mają. Spotykam na swojej drodze Niemców, którzy wykazują się niebywałą ignorancją. Takich nic nie przekona. Dzisiaj chciałabym opisać kilka zabawnych/żałosnych (niepotrzebne skreślić) sytuacji, które przeżyłam w ostatnich tygodniach.

1) Kiedy Niemcy nie pamiętają imion, to często mówią „der Pole” czy „die Polin”. Często się z tym spotykam, ale przez większość Niemców jest to uważane za obraźliwe. Polacy przecież też mają imiona. Ostatnio zdarzyło się, że byłam w towarzystwie kilku Niemców. Jeden z nich nie mógł sobie przypomnieć, jak się nazywam, więc w mojej obecności określił mnie jako „die Polin”. Kiedy dziwnie na niego spojrzałam (na pewno było po mnie widać, że uznałam to za obrazę), zorientował się, że popełnił gafę i zaczął się tłumaczyć: „Tak ludzie mówią, kiedy nie pamiętają imienia. Nie ma w tym nic obraźliwego”. Ja mu odpowiedziałam, że wystarczy zapytać o imię, jeśli się nie pamięta.

2) Druga sytuacja… Ponownie byłam w towarzystwie Niemców. Rozmawialiśmy o tym, na co trzeba zwracać uwagę, szukając dobrego hotelu w Polsce. Uwzględnione zostały różne czynniki. Wtedy to ktoś rzekł, że szczególnie ważny jest garaż. Ja na to powiedziałam, że to rzeczywiście bardzo ważne, bo w miastach często jest za mało miejsc parkingowych. On na to odpowiedział: „Ale ja miałem na myśli coś innego”. Wtedy dopiero przyszło mi do głowy, że on miał na myśli to, że w Polsce lepiej jest mieć garaż, w którym można trzymać samochód, gdyż szybko może zostać ukradziony… Znowu odezwały się stereotypy i to w człowieku, od którego bym się tego nie spodziewała, ale w sumie już nic mnie nie zaskoczy.

3) Na koniec sytuacja nieco zabawna. U mnie w mieście, a przynajmniej w mojej części, na usługach jest jeden kominiarz. Teraz nastał taki czas, że ma on więcej pracy. Kominiarz to po niemiecku „Schornsteinfeger” (też „Kaminkehrer”). Kominiarz, który pracuje w mojej części miasta, to młody chłopak. Na pewno nie ma jeszcze 30 lat. Bardzo sympatyczny, towarzyski. Po polsku zna on tylko jedno słowo, a mianowicie „kominiarz”. W moim mieście jest bardzo dużo starszych ludzi. W przeważającej większości mieszkają oni sami lub też z opiekunkami z Polski. Facet nauczył się więc słowa „kominiarz” po polsku, gdyż opiekunki oczywiście nie mówią płynnie po niemiecku i nie rozumiałyby, o co chodzi. Kilka dni temu rano akurat byłam w pracy – dorabiam jako opiekunka osób starszych. Byłam właśnie u dziadka, u którego pracuję na godziny. Dziadziuś jadł śniadanie, ja czytałam gazetę, a tu słyszymy dzwonek do drzwi. Zdziwiłam się, bo normalnie nikt nie przychodzi tak wcześnie rano. Otwieram drzwi, a tu widzę tego kominiarza. On mówi do mnie: „Guten Morgen, ich bin Schornsteinfeger”. Ja spojrzałam na niego zaskoczona, bo w życiu nie spodziewałam się jego odwiedzin. On pomyślał, że nie rozumiem i mówi: „kominiarz, kominiarz”. Wtedy zaczęłam się śmiać i pogadałam z nim trochę po niemiecku. Facet mnie kojarzył i wiedział, że jestem Polką. No cóż, to małe miasto i zna się wszystkich.

„Eine Polin”. Kilka komicznych sytuacji z codzienności

Polskie dzieci w niemieckich szkołach

Jak wiecie, od kilku lat mieszkam w Niemczech. Jednym z moich zajęć tutaj jest udzielanie korepetycji. Uczę zarówno dorosłych, jak i dzieci. Mam wielu polskich znajomych, których dzieci uczę. Co tu dużo mówić – im wcześniej dziecko jest zabrane do Niemiec, tym lepiej. Znam kilka historii od ludzi, którzy wyjechali do Niemiec, a dziecko zostało z dziadkami. Kiedy już rodzice ustabilizowali swoje życie w Niemczech, to oczywiście postanowili ściągnąć tutaj dziecko. Dziadkowie się sprzeciwiali, padały argumenty w stylu „ale ona jest taka mała”, „nie poradzi sobie z niemieckim”, „przecież jest jej z nami dobrze” itp. Rodzice oczywiście mimo to zabrali dziecko do siebie. Można tu wyróżnić 3 sytuacje (wszystkie sytuacje opisane z autopsji):

1. Małe dziecko, w wieku do 5 lat: bardzo szybko łapie niemiecki. Na początku czuje się w przedszkolu niepewnie, ale już po kilku tygodniach zaczyna rozumieć, co się do niego mówi. Następnie słychać, jak w domu mówi do siebie po niemiecku albo śpiewa piosenki wyuczone w przedszkolu. Po pół roku, czasami z hakiem, można usłyszeć od wychowawczyń, że dziecko dobrze sobie radzi w przedszkolu, potrafi dyskutować czy kłócić się z innymi dziećmi. Jeśli nie ma zaburzeń języka, to mówi po niemiecku jak Niemcy.

2. Dziecko w wieku 6-10 lat: idzie do niemieckiej podstawówki z dobrze już opanowanym językiem polskim. Szybko łapie niemiecki, jego wymowa i akcent są nienaganne, lecz popełnia błędy gramatyczne, np. w rodzajnikach czy końcówkach czasownika. Często przenosi rodzaje polskich słów na niemiecki i powie np. „die Buch” zamiast „das Buch”. Jeśli w polskiej szkole zaczęło uczyć się pisać lub już się nauczyło, to przenosi zasady pisowni na niemiecki i robi błędy ortograficzne z tego wynikające.

3. Powyżej 10 lat: proces szybkiego przyswajania języka już nie występuje. Pasowałoby usiąść i zakuć, ale nastolatki nie mają na to ochoty. Opiszę przypadek, który znam. Rodzice zabrali do Niemiec syna w wieku 13 lat. Chłopak miał w Polsce niemiecki, ale na poziomie A1, więc na niemiecką szkołę to nie starczyło. W Niemczech poszedł do siódmej klasy Realschule. W pierwszym roku miał tylko siedzieć w klasie, starać się brać udział, ale nie dostawał ocen. Ponieważ nie mówił ani nie pisał po niemiecku, to nie było jak go ocenić. Teraz ponownie chodzi do siódmej klasy, ale nadal nie dostaje ocen, ponieważ nie nauczył się niemieckiego. Nie ma na to ochoty, więc rodzice zastanawiają się, co z nim dalej zrobić. Niestety, powinien ostro zakuwać niemiecki, biorąc pod uwagę to, że przecież nie wystarczy mu tylko codzienny język, ale musi znać pojęcia fachowe z wielu przedmiotów. Znam również całkiem inną sytuację: chłopaka w wieku 15 lat, który już trochę znał niemiecki, kiedy przybył do Niemiec. W szkole było mu na początku trudno (a poszedł do Gymnasium). Codziennie jednak dużo się uczył: nie tylko na poszczególne przedmioty, ale i ogólnego niemieckiego. Z czasem zaczął sobie radzić równie dobrze jak Niemcy i podejdzie do niemieckiej matury.

Trzy opisane sytuacje są typowe, chociaż oczywiście daleka jestem od stwierdzenia, że każdego ucznia można wpasować w jeden z tych schematów. Mogę jednak powiedzieć, że w jeden z nich z pewnością będzie pasowała większość dzieci z polskich rodzin. Zawsze istnieją indywidualne różnice, jednak te ogólne kategorie powtarzają się najczęściej.

„Eine Polin”. Kilka komicznych sytuacji z codzienności

Typowe błędy u osób uczących się niemieckiego ze słuchu

Kiedyś już pisałam o tym, że większość Polaków mieszkających w Niemczech nie uczy się niemieckiego. Z moich obserwacji wynika, że głównym powodem jest lenistwo. Może wymienię tu najczęstsze powody:

1. „Nie chce mi się”.
2. „Nie mam czasu”.
3. „Mi już nic nie pomoże.”
4. „Przecież i tak mnie rozumieją”.

Tutaj moje komentarze do poszczególnych powodów:

Ad. 1. A mi się nie chce codziennie wstawać z łóżka. „Nie chcem, ale muszem”.
Ad. 2. No comment.
Ad. 3. Co to w ogóle znaczy?
Ad. 4. Nie zawsze.

Ostatnio miałam taką sytuację: przyszła do mnie właścicielka mieszkania, które wynajmuję. Wraz ze swoim mężem ma winnice. Mają sezonowych pracowników z Polski, którzy najczęściej bardzo kiepsko znają niemiecki. Ostatnio za nic nie mogła dogadać się z jednym z nich i poprosiła mnie, żebym napisała po polsku na kartce, o co jej chodzi. To więc uczyniłam.

Tak jak już kiedyś chyba wspominałam, znam osoby, które od ponad 20 lat mieszkają w Niemczech, a umieją powiedzieć zaledwie kilka zdań. Jak coś muszą załatwić, to ciągną ze sobą kogoś, kto trochę umie dogadać się po niemiecku. Nie przestaję się dziwić temu, że ludziom, którzy decydują się na przyjazd do Niemiec na stałe, nie chce nauczyć się języka. Przecież to ułatwia życie i otwiera tak wiele drzwi. Wiem z doświadczenia, chociaż z mojego wieloletniego doświadczenia wynika również, że Niemcy bardzo dziwią się, kiedy obcokrajowiec mówi płynnie po niemiecku. Przykład: kilka dni temu byłam na pewnym spotkaniu, na którym były opowiadane różne historie. Kilka razy zdarzyło się, że ktoś mnie zapytał: „Czy rozumie pani coś z tego, co tutaj mówią?” Niemcy zakładają więc, że nie rozumiem nic lub prawie nic. Czasami mówię, że rozumiem każde słowo, ale najczęściej nie chce mi się kłopotać. Wiele razy zdarzyło mi się, że jakiemuś Niemcowi szczęka opadała, kiedy zobaczył, że świetnie mówię po niemiecku, a na dodatek skończyłam studia i że nie wykonuję pracy fizycznej. Widzę, że są zadowoleni, kiedy mogą normalnie porozmawiać w swoim języku, a poza tym oczywiście od razu inaczej na mnie patrzą – bardziej pozytywnie. Rozmawiając z nimi, mogę przyczynić się do burzenia stereotypów.

Teraz w kilku punktach przedstawię charakterystyczne cechy języka osób (Polaków) uczących się niemieckiego ze słuchu. Są to wnioski z moich kilkuletnich obserwacji u wielu osób.

1. Kompletna nieznajomość języka pisanego. Nieumiejętność identyfikacji słów, które zna się ze słuchu. Przykład: kiedyś ktoś zobaczył słowo „nah” i utworzył z nim zdanie: „Ich fahren nah Berlin”, bo oczywiście zidentyfikował „nah” jako „nach”.

2. Mówienie w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Jest dobrze, jeśli czasami pojawia się końcówka koniugacji „e”, ale to rzadko – najczęściej bezokolicznik.

3. Używanie zaimków dzierżawczych wyłącznie w formie” meine”, „deine”. Czasami pojawia się „seine”. Te formy stosowane są do wszystkich rodzajów i obu liczb we wszystkich przypadkach, tak więc usłyszymy: „meine Auto”, „deine Haus”, „seine Sohn” itd. Czasami pojawi się jeszcze „unsere”, ale „eure” czy „ihre” praktycznie nigdy.

4. Oczywiście całkowicie błędne użycie podobnych słów, jak np. „verheiratet” czy „geheiratet”. Nie spotkałam nikogo, kto by odróżnił „Küche” od „Kuchen” albo „stehen” od „stellen”, no ale tego trzeba się nauczyć.

5. Jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie „wohin?”, to wśród przyimków używane są tylko „nach” i „zu”. Można usłyszeć zdania typu: „ich gehe nach Arzt”, „ich fahren nach Apotheke” itd.

6. Oczywiście nie pojawiają się rodzajniki. Czasami ktoś powie „eine”.

7. Mówienie „Poland” zamiast „Polen”. Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by powiedział „Polen”.

8. Mylenie czasowników „stehen” i „bleiben”. Nie rozumiem, z czego to wynika, ale pewnie z tego, że te dwa słowa brzmią podobnie po polsku. Można usłyszeć zdania typu: „Ich stehe heute nach Hause”.

9. Mylenie czasowników „stehen” i „lassen”. Można usłyszeć zdania takie jak: „Ich stehe meine Auto in Hause”.

10. Używanie formy „Kinder”. Nie ma „Kind”. Nie wiem, dlaczego, ale tak jest. Przykładowe zdanie: „Meine Kinder heißen Maja”. „Meine Kinder spielen” (gdy na myśli jest jedno dziecko). Jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś powiedział „Kind”.

11. Nieodróżnianie „zu Hause” i „nach Hause”, „Uhr” od „Stunde” itp.

12. Niepoprawne powtarzanie po Niemcach. Podam tu 2 przykłady:
– kiedyś ktoś kłócił się ze mną, kiedy zobaczył słowo „Flügel„, bo zidentyfikował je jako „Flieger”. Ja tłumaczyłam, że to coś zupełnie innego, ale nie idzie wytłumaczyć, bo pewni ludzie „wiedzą” swoje
– niedawno usłyszałam prawdziwy „kwiatek”. Ktoś miał na myśli słowo „Steuerberater”, czyli „doradca podatkowy”, ale oczywiście źle zrozumiał i mówił potem „Steuerapparat” :)))

Ludzie oczywiście słuchają tego, co mówią Niemcy, ale wiadomo, że Niemcy mówią szybko, to i słowa zlewają się w jedno. Potem wychodzą takie „kwiatki”.

13. Niestosowanie czasowników posiłkowych, a jeśli już (bardzo rzadko), to tylko „haben”. Przykładowe zdania: „Ich nach Poland gefahren”, „Kinder gespielt zu Hause”, „wir kaufen gemacht”.

14. Niezwracanie uwagi na otoczenie. Można się trochę nauczyć, obserwując napisy w sklepie czy na ulicach. Znam kogoś, kto chodzi codziennie rano do piekarni, a nie wie, że to „Bäckerei”, chociaż jak byk napisane jest na szyldzie. Spotkałam osobę, która zawsze robi w supermarkecie zakupy dla całej rodziny, a mimo to nie zna nazw większości produktów spożywczych. 

Tak jak wspomniałam, ludziom nie zależy na nauczeniu się języka kraju, w którym żyją. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, bo są ludzie, którzy chcą się uczyć i się uczą, ale jest to mniejszość. Poza tym nie dotyczy to tylko Polaków, ale i innych narodowości. Tureckie kobiety bardzo rzadko mówią po niemiecku, bo siedzą z dziećmi w domu i chyba też im nie zależy.

Przykłady, które podałam wyżej, zanotowałam sobie dyskretnie. Mam więcej takich „kwiatków”.

Idealna sytuacja to moim zdaniem, kiedy ktoś nauczy się podstaw języka w swoim kraju, zanim wyjedzie do Niemiec. Najczęściej taki wyjazd jest przecież planowany, więc można nauczyć się podstaw. To pozwala potem uniknąć głupich, typowych błędów. Jeśli człowiek zna już język na poziomie podstawowym, to ma jakąś bazę, żeby powoli dodawać słowa, które usłyszy na co dzień.

Wyrażę na końcu swoje zdanie na ten temat. Jak przebywam wśród osób mówiących po swojemu i patrzę na miny Niemców ściągających brwi i starających się zrozumieć, to myślę tylko jedno: „koszmar i wstyd”. Ok, każdy może robić błędy, ale można się nauczyć tego języka przynajmniej na poziomie podstawowym. Bez Konjunktivu I można się przecież obejść.

Nigdy nie zmienię zdania na jeden temat: pewnych rzeczy trzeba się nauczyć. Trzeba usiąść z podręcznikiem i po prostu się nauczyć. Tylko dzieci mogą nauczyć się ze słuchu, dorośli nie są do tego zdolni. Wyjątkiem są być może osoby, które uczyły się innych języków i są obyte z językami, ale one najczęściej są tym zainteresowane, więc sięgną po podręcznik.

Rzecz o stereotypach

Rzecz o stereotypach

Abstrahując od tego, że mieszkam w wiejskiej okolicy, gdzie społeczeństwo jest dosyć zacofane i zamknięte, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niektórzy nie mają podstawowej wiedzy o świecie albo że po prostu funkcjonują w świecie zapełnionym stereotypami. Bo inaczej nie potrafię wytłumaczyć sobie takiego rozumowania u młodych osób.

1. Niemcy wychodzą z założenia, że w Polsce każdy mówi po rosyjsku i że jest to obowiązkowy język w szkołach. Nie było jeszcze żadnego Niemca, który nie byłby bardzo zaskoczony, kiedy mówię, że nie znam ani słowa po rosyjsku i że nigdy nie uczyłam się tego języka. Nie mówiąc już o tym, że angielski jest u nas głównym językiem obcym.

Opiszę tu przykładową sytuację, kiedy miałam jeszcze więcej godzin w niemieckim gimnazjum. Pewnego dnia zjawił się tam uczeń z Rosji, który nie mówił ani słowa po niemiecku. Były z nim duże problemy ze względu na to, że nie umiał się zachować. Wiem doskonale, bo też go uczyłam i niezłe cyrki z nim były. Pewnego dnia zostałam wezwana na rozmowę do dyrektora. Już się przestraszyłam, że coś przeskrobałam (a było to prawdopodobne, bo podobnie jak inni nauczyciele, czasem robiłam rzeczy, których nie powinnam była robić). Okazało się jednak, że był jakiś problem z tym uczniem z Rosji i że wezwano mnie do gabinetu dyrektora, żebym tłumaczyła. Wtedy ja na to, że niestety nie mogę tłumaczyć, gdyż nie znam rosyjskiego. Na to dyrektor zrobił wielkie oczy, ale pech. Chciało mi się śmiać, ale roześmiałam się dopiero w pokoju nauczycielskim.

Sytuacja z dzisiaj: pewna osoba zapytała mnie, jakie języki obce znam. Wiadomo – wykształcona i elokwentna Polka robi wrażenie, gdyż jest to raczej wyjątek. Pochwaliłam się więc swoją wiedzą (a co będę się wstydzić). Od razu zapobiegawczo dodałam, że nie znam rosyjskiego, a ta osoba na to: „Co? To rosyjski nie jest w Polsce językiem obowiązkowym?” Ręce opadają. Cholera, chyba się w końcu nauczę tego języka, żeby za każdym razem nie tłumaczyć, dlaczego go nie umiem i dlaczego w Polsce mało osób mówi po rosyjsku. Jestem już tym zmęczona.

2. W pewien bardzo słoneczny dzień w sierpniu stałam przed domem, w którym mieszkam i rozmawiałam z sąsiadkami. Pytają mnie, jaka pogoda jest teraz w Polsce. Ja na to, że rodzice mi powiedzieli, że w Polsce jest ciepło. Jedna sąsiadka na to: „To u was nie spadł jeszcze śnieg?” Ja odparłam na to w myślach: „Jezu kochany, dobrze, że nikogo z mojej rodziny nie pożarł jeszcze niedźwiedź polarny, jakie to niedźwiedzie przecież przez cały rok chodzą u nas po ulicach”.

3. Dosyć powszechne jest przekonanie, że Polacy potrzebują wizy, żeby wjechać do Niemiec. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że Polska jest w UE. Często ludzie zadają mi pytanie, na jakiej zasadzie tu pracuję i na jak długo muszę wracać do Polski, żeby znów dostać wizę do Niemiec. Ja wtedy nie wiem za bardzo, o co chodzi, gdyż żadnej wizy nie potrzebuję.

4. Nie mówiąc już o tym, że często zadawane jest mi pytanie, czy w Polsce można kupić wszystko to, co w Niemczech. W sumie rozumiem, że niektórzy dalej myślą, że w Polsce jest komunizm. Niedawno pewna osoba powiedziała do mnie: „W Niemczech na pewno żyje Ci się lepiej, bo supermarkety pełne i niczego nie brakuje”. Uf, dobrze, że w Polsce jest przynajmniej mydło w sklepach i że proszku do prania nie brakuje.

Niedługo postaram się napisać o tym, jakie wrażenie wywarła Polska na Niemcach, którzy tam byli. Z racji moich kontaktów znam dosyć dużo takich osób.