Zajęcia z uchodźcami. Część 2, czyli jak zostałam „nauczycielką matematyki”

Zajęcia z uchodźcami. Część 2, czyli jak zostałam „nauczycielką matematyki”

Postanowiłam dzisiaj zamieścić na blogu drugą część relacji o zajęciach z uchodźcami. Teraz, po tych dwóch miesiącach, mogę powiedzieć nieco więcej na ten temat. Tutaj znajdziecie pierwszą część:

Pierwsze zajęcia z uchodźcami

Kiedy na początku października zaczynałam pracę z nimi, to zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób zbuduję swój autorytet jako nauczycielki. Powiem wprost, że zastanawiałam się nad tym, czy moi uczniowie będą mnie szanować jako nauczyciela, ponieważ jestem kobietą, a wiadomo, jaki autorytet ma kobieta w niektórych krajach arabskich. Okazało się, że nie było się czego obawiać, bo nie jestem sama – w końcu obie moje grupy mają sporo nauczycielek, nie tylko nauczycieli. Od początku byłam konsekwentna w budowaniu autorytetu. Nie popełniłam tych samych błędów jak w 2010 roku, kiedy dwa miesiące po skończeniu studiów zaczęłam uczyć w szkole. Potem, z perspektywy czasu, zrozumiałam, jakie błędy popełniłam i na przyszłość wiedziałam, co robić, a czego nie robić.

Teraz było trochę inaczej, gdyż moi uczniowie to w większości uchodźcy z krajów arabskich. Trochę się obawiałam tego, jak będą mnie postrzegać, ale okazało się, że jest dobrze. Ja od początku byłam konsekwentna, „nie” znaczy „nie”. Poza tym oni zobaczyli, że dotrzymuję słowa i że znam się na swoim fachu i to zapewne im w jakiś sposób zaimponowało.

Oczywiście nigdy nie jest tak, żeby nie było trudności. Nie mogę powiedzieć, żeby w którejś grupie było łatwiej. Może napiszę kilka słów na temat obu:

1) Grupa pierwsza: uczniowie tylko z krajów arabskich, w większości młodzi mężczyźni, ale również kobiety. Złożyło się tak, że od kilku tygodni przerabiam z nimi tylko matematykę. Większość z nich dopiero tutaj w Niemczech zaczęła chodzić do szkoły albo chodzili w swoich krajach, ale pisali np. po persku i nie znali wcześniej alfabetu łacińskiego. Kilka tygodni temu zapytali mnie, czy pomogę im w matematyce. Odpowiedziałam, że oczywiście tak, jeśli tylko będę potrafiła. Okazało się, że oni uczą się tego, czego ja uczyłam się w szkole podstawowej. Mi samej powtórka nie zaszkodziła, bo dodawanie pisemne jest łatwe, ale dzielenie i odejmowanie już nie tak bardzo. Wiadomo, że do dużych liczb używa się kalkulatora. Ułamków nie musiałam powtarzać, bo pamiętałam, jak się je dodaje albo odejmuje. Ciekawe jest tłumaczenie matematyki po niemiecku. Kiedyś już to robiłam w gimnazjum tutaj.

Trudności moich uczniów wynikały z tego, że myli im się tabliczka mnożenia. Zastanawiałam się, dlaczego nie wiedzą, ile jest „7 razy 6” i dlaczego długo nad tym myślą. Okazało się, że nie wiedzą, że jest coś takiego jak tabliczka mnożenia. Zrozumiałam więc, skąd wszelkie trudności i obiecałam, że na środę im ją przyniosę. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona, że nikt im nie kazał się nauczyć na matematyce tabliczki mnożenia do 100. A może obecny nauczyciel sądził, że już się jej uczyli. Nie wiem, w każdym razie ułatwi im to życie nie tylko na matematyce. Widziałam, że trochę zazdrościli mi – może to za dużo powiedziane – że ja uczyłam się tego wszystkiego w podstawówce. Wszystko, co dla mnie jest oczywiste, dla nich jest nowe.

2) Grupa druga: analfabeci z Somalii, Erytrei, Iraku i Afganistanu. W tej grupie jest trudno porozumieć się, ponieważ nigdy nie jestem pewna, czy uczniowie zrozumieli, co powiedziałam. Wiadomo, że staram się wszystko mówić prosto. Podobny problem ma inna nauczycielka i ostatnio właśnie komentowałyśmy, że nie wiemy, czy oni w ogóle cokolwiek rozumieją. Ostatnio kurs niemieckiego został przełożony z wtorku na piątek (oprócz tego jest jeszcze w środy i w czwartki). Nie było łatwo to wytłumaczyć, ale udało się. Poza tym obserwuję, że moi uczniowie mają nieco inne poczucie czasu niż ja. Czasami ktoś przychodzi w połowie lekcji, ale no cóż, tego na razie nie zmienię. Zawsze mówią do mnie na „ty”, bo jeszcze nie umieją na „pani” 🙂

Pierwsze zajęcia z uchodźcami + Obiad u Niemca

Pierwsze zajęcia z uchodźcami + Obiad u Niemca

Dzisiaj chciałabym wspomnieć o mojej nowej pracy. Nie zmieniłam pracy, lecz doszło mi nowe zajęcie. Bardzo się cieszę, gdyż moja nowa praca jest pracą w moim zawodzie, czyli nauczycielki niemieckiego jako języka obcego, a to jest to, co lubię robić najbardziej.

Kiedy kilka tygodni temu byłam przedstawić się w urzędzie ds. migrantów w Trier, dowiedziałam się, że jest ogromne zapotrzebowanie na osoby w moim zawodzie. Oglądam codziennie wiadomości w niemieckiej telewizji, słyszę o setkach tysięcy uchodźców, ale nigdy nie pomyślałam, że mogłaby to być szansa dla mnie. Nawet jeśli taka myśl się pojawiła, to przy mojej wypełnionej dobie nie miałam nawet czasu się tym zająć. Zapytano mnie, czy mogę uczyć niemieckiego w trzech szkołach (jedna w moim mieście, dwie w innym). Oczywiście odpowiedziałam twierdząco. Dostałam więc łącznie 12 godzin w tygodniu.

W jednej szkole mam grupę polskich dzieci, w dwóch pozostałych dwie grupy uchodźców. Na razie mogę opisać moje pierwsze wrażenia. Są to ludzie z Syrii, Erytrei, Somalii, Iraku, Afganistanu. Dodatkowo są także osoby z Turcji. Uczą się oni zawodu.

Kiedy poszłam na pierwsze zajęcia, to nie miałam pojęcia, jaki poziom mają moje grupy. Jako doświadczona nauczycielka niczego się nie bałam. Miałam ze sobą materiały na każdy poziom, a poza tym mogę poprowadzić każdą lekcję spontanicznie. Wystarczy, że ustalę jej temat. Wszystkie pomysły są w mojej głowie.

W jednej grupie są osoby będące już dłużej w Niemczech. Znają już trochę niemiecki. Polubiłam tę grupę, jak na razie dobrze się razem uczymy i bawimy. Ostatnio pracowaliśmy nad rozumieniem tekstu czytanego, poziom A2. Robię z nimi również ćwiczenia ortograficzne i gramatyczne.

Druga grupa jest zupełnie inna. Są to osoby, które nie umieją czytać i pisać. Tylko jeden chłopak umiał pisać, lecz w swoim języku ojczystym – perskim – w nim są bardzo dziwne dla mnie znaki. Prowadzę więc kurs niemieckiego z alfabetyzacją, co jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Już zaopatrzyłam się w moje podręczniki, ale większość treści lekcji to i tak moja inwencja twórcza.

Na zajęciach z nimi cały czas coś mnie zaskakuje i widzę, jak bardzo muszę się pilnować. Na początku trudno było mi się od nich dowiedzieć, które to imię, a które nazwisko. W końcu się udało 🙂 Wcześniej mieli już kilka lekcji z alfabetu łacińskiego, ale dalej litery im się mylą, opuszczają je przy przepisywaniu. Trudno im połączyć głoskę z literą lub literami. Musimy dojść małymi krokami do celu.

A dlaczego muszę się pilnować? Zdałam sobie sprawę, że europejski sposób nauczania jest dla nich całkiem obcy. Jednym razem chciałam z nimi ułożyć domino do tematu „Tiere”, a okazało się, że oni w ogóle nie znają czegoś takiego jak domino. Cały czas mi je rozwalali 🙂 W końcu jakoś im pokazałam, żeby nie dotykali tych karteczek i sama ułożyłam to domino, to wiedzieli, o co chodzi 🙂

Na tej samej lekcji pokazywałam im obrazki z meblami i sprzętami domowymi. Nazywaliśmy rzeczy na obrazkach. Na jednym z nich był dywan, więc powiedziałam: „Das ist vielleicht ein Teppich” (To może dywan). Nie wiem dlaczego powiedziałam „vielleicht” (może), bo jasne, że na obrazku był dywan. Spontanicznie. Oni więc pomyśleli, że „dywan” to po niemiecku” Vielleichtteppich” (możedywan) i cały czas tak potem mówili 🙂 Musiałam im wytłumaczyć, że „dywan” to tylko „Teppich”.

Na razie bazuję na wizualizacji. Ostatnio pokazywałam rzeczy znajdujące się w klasie i różne, które miałam ze sobą. Jak zawsze nazywaliśmy je po niemiecku. Uczniowie pozytywnie mnie zaskoczyli, pokazując mi na długopisy i zeszyty i dając w ten sposób znak, że chcą te wyrazy też napisać. Miło 🙂 Chłopak z drugiej grupy sam pytał mnie, czy może długi tekst przepisać 2 razy, bo musi ćwiczyć pisanie po niemiecku. Bardzo miło 🙂

Na co dzień słyszy się o analfabetach, ale nie można zdawać sobie sprawy, co to właściwie znaczy. Oczywiście nie mogę wczuć się w sytuację uczniów z drugiej grupy, ale mogę próbować sobie wyobrazić, jak trudno musi być, jeśli można zdawać się tylko na rozpoznawanie symboli…

Jestem szczęśliwa, że mogę zdobyć takie doświadczenia zawodowe. Od czasu do czasu będę zdawać relację.

Na kursie alfabetyzacji korzystam np. z następujących podręczników:

Poza tym z wielu innych materiałów, które zgromadziłam przez lata nauczania.

W tym miejscu pragnę podziękować wszystkim, którzy dali mi na Facebooku rady dotyczące alfabetyzacji 🙂

Miałam również napisać o obiedzie, na który zostałam zaproszona przez znajomego Niemca. Obiecał, że będzie coś polskiego do jedzenia i słowa dotrzymał. Wszystko mi smakowało, ale najbardziej mięso z sosem. Było tak, ponieważ smak był identyczny jak u mojej mamy. Wielokrotnie próbowałam go sama odtworzyć, ale nigdy nawet nie zbliżyłam się do tego smaku. Byłam bardzo zaskoczona, że gdzieś może smakować tak samo. Poza tym były ziemniaki z jakąś polewą. Nie pytałam, jaką, bo było tyle tematów do rozmowy, że nie zapytałam o jedzenie. Poza tym rosół, który bardzo, bardzo mi smakował. Prawie jak u mamy 🙂

Zdjęcia

Kilka refleksji o uczeniu się języków obcych

Kilka refleksji o uczeniu się języków obcych

Na Facebooku znalazłam link do artykułu o uczeniu się języków obcych i postanowiłam się do niego odnieść. Polecam, bardzo ciekawy tekst:
Bardzo chciałabym kiedyś zostać hiperpoliglotką, to zapewne kwestia czasu. Na razie znam 5 języków obcych (3 płynnie, 2 na poziomie średnim i nadal się ich uczę). Artykuł ten zainteresował mnie i odnalazłam w nim wiele rzeczy, które mogłabym o sobie napisać. 
Często jestem pytana o to, jak się nauczyłam języków obcych i czy się mi nie mieszają, ale kiedy o tym pomyślę, to widzę, że pytają mnie o to ludzie, którzy znają tylko jeden język obcy lub żadnego. Mam wrażenie, że chcieliby usłyszeć ode mnie o jakiejś cudownej metodzie, której oczywiście nie ma. Uczenie się języków obcych sprawia mi wiele radości i jestem pewna, że w tej chwili znałabym przynajmniej 15, gdybym tylko miała więcej czasu na naukę, gdybym mogła się tylko na tym skupić.

Pisząc o swoich doświadczeniach, będę odnosić się do fragmentów tekstu. Zacznijmy od tego:

Arguelles, podobnie jak inni hiperpoligloci, podkreśla znaczenie systematycznej pracy w  samotności: czytania, studiowania i ćwiczenia gramatycznych struktur. Stosuje własną technikę, którą nazywa „shadowing”: ucząc się podczas spaceru, głośno wykrzykuje nowe wyrazy, które słyszy z walkmana. „Przez sześć lat, zanim się ożeniłem i miałem dzieci, uczyłem się po 16 godzin dziennie, przedzierałem się przez teksty po irlandzku, persku, napisane w  hindi, po turecku czy w suahili. Stopniowo we wszystkich tych językach zaczęły formować się znaczenia. I  coraz więcej dzieł literackich stawało przede mną otworem” – pisze Arguelles.


Tak, mogę to potwierdzić. Systematyczna praca jest oczywiście niezbędna. Trzeba siedzieć nad książką, analizować, porównywać. Metoda ze słuchaniem jest bardzo dobra. Mam wiele kursów na mp3 i kiedy jadę dokądś pociągiem, to zawsze słucham wybranych nagrań. Z biegiem czasu rzeczywiście dzieła literackie stają otworem. Można je czytać w oryginale. Dodatkowo ja zagłębiam się też w sztukę czy w muzykę. Znajomość języka obcego ułatwia ich zrozumienie, ponieważ kiedy uczymy się języka obcego, poznajemy również kulturę. Lepiej zrozumiem danego artystę, jeśli znam język, w jakim mówił / mówi. 


Im więcej języków znał, tym łatwiej przychodziła mu nauka kolejnych: w miarę nauki uczący uświadamia sobie istnienie struktur wspólnych dla wszystkich języków. Doświadczenie to zdaje się potwierdzać hipotezę wysuniętą w  latach 60. XX wieku przez Noama Chomsky’ego o istnieniu gramatyki uniwersalnej, leżącej u  podłoża wszystkich języków na Ziemi.


Tak, również z tym się zgodzę. Im więcej języków obcych się zna, tym łatwiej jest dalej. Mimo że obecnie uczę się języka fińskiego, który jest całkiem inny od języków, których uczyłam się wcześniej, to jest mi łatwiej. Słówka szybciej wchodzą do głowy, mimo że nie przypominają słówek z innych języków (np. kielioppi – gramatyka, puhelin – telefon, tietokone – komputer). Z biegiem czasu wszystko się układa, trzeba tylko mieć cierpliwość. Każdy język jest logiczny, każdy jest układanką i wcale nie trzeba być dobrym z matematyki, aby elementy układanki ułożyć w całość. 


Czy rzeczywiście wystarczy upór i mnisia praca, by opanowywać kolejne języki obce? Wielu badaczy sądzi, że u podłoża takiej pasji leży talent, a  może nawet wyjątkowa architektura struktur mózgowych. Że rzeczywiście coś takiego może istnieć, pokazuje przypadek Emila Krebsa, żyjącego na przełomie XIX i  XX wieku niemieckiego dyplomaty, znającego 68 języków. Krebs ofiarował nauce w spadku własny mózg. Badania przeprowadzone tuż po jego śmierci przez Oskara Vogta wykryły ponadprzeciętną gęstość neuronów w ośrodku Broki, parzystej, występującej w  obu półkulach mózgu strukturze odpowiadającej za funkcje językowe. Z  kolei badania przeprowadzone przed kilku laty przez naukowców z uniwersytetu w Düsseldorfie wykazały, że u Krebsa pewien fragment obszaru Broki był niezwykle rozrośnięty nie tylko w lewej półkuli (czego można się było spodziewać, skoro ta półkula odpowiada za zdolności lingwistyczne), ale także w prawej. W innym fragmencie obszaru Broki zanotowano niespotykaną asymetrię. Na razie naukowcy nie są w stanie zinterpretować tych wyników, ale sądzą, że wyjątkowość zbadanych obszarów mózgu Krebsa może być źródłem jego językowego talentu.


Tego oczywiście nie wiem, ale już dawno zdecydowałam, że po mojej śmierci moje ciało trafi do pewnej akademii medycznej, już dawno załatwiłam odpowiednie rozporządzenie – studenci medycyny muszą się w końcu z czegoś uczyć, także może odkryją coś ciekawego w moim mózgu 🙂 


Czy można przyjąć tezę, że ludzie o szczególnych uzdolnieniach językowych to rodzaj sawantów – osób, które niczym filmowy Rain Man są genialne tylko w jednej dziedzinie, a w innych obszarach życia nieporadne jak dzieci? Zdarzają się przypadki takich właśnie geniuszy językowych. Najbardziej spektakularnym przykładem jest Daniel Tammet, 33-letni Brytyjczyk, który ma nie tylko talent do języków, ale również do matematyki. Jest też mistrzem w  zapamiętywaniu i  rekordzistą Europy w recytowaniu cyfr po przecinku w liczbie Pi (zna ich 22514). Jednocześnie jest epileptykiem i cierpi na autyzm. Jego talenty językowe najlepiej ilustruje sposób, w jaki nauczył się islandzkiego, uważanego za jeden z trudniejszych języków. Nie znając go kompletnie, Tammet wybrał się na Islandię i po tygodniu intensywnego kursu wystąpił w  islandzkim programie telewizyjnym, swobodnie konwersując z prowadzącymi. 


Zgodziłabym się z tym po części. Ze mną rzeczywiście jest tak, że uczenie się języków obcych jest chyba moim jedynym talentem. Może mam inne, ale w tej chwili o tym nie wiem. Radzę sobie z codziennością, ale czasami nie mam pojęcia jak daję radę i jak to wszystko ogarniam. Gdybym mogła, to tylko bym się uczyła. 


Nowe języki zawsze będą jakby w oddzielnej przegródce (choć nie w oddzielnym obszarze mózgu). O ile więc hiperpoliglota jest w stanie opanować wiele języków, żadnego z nich nie będzie znał w takim stopniu jak ojczysty. Inna trudność w byciu hiperpoliglotą polega na tym, że języki to nie tylko słowa i struktury gramatyczne, ale także kontekst kulturowy, w którym występują. Opanowanie języka wymaga więc też ogromnej wiedzy, a nabycie jej wymaga czasu. Im więcej zna się języków, tym trudniej znaleźć emocjonalny kontakt ze wszystkimi kulturami, które te języki reprezentują.


Oczywiście tak, język ojczysty rządzi w naszym mózgu. Ja często myślę po niemiecku, ale wynika to z tego, że w tym języku mówię najwięcej. Często chcę coś przetłumaczyć z niemieckiego na polski. Wiem, co dane słowo oznacza, ale polski odpowiednik za nic nie przychodzi mi do głowy. Częściej używam słownika niemiecko-polskiego niż polsko-niemieckiego. Kontekst kulturowy oczywiście nie powinien być zaniedbywany w procesie nauki, bez niego nie nauczymy się języka obcego skutecznie. 

Na końcu artykułu znajdziecie garść praktycznych porad, ja o moich pisałam już wielokrotnie:

Przyszła mi do głowy metoda, o której jeszcze nie pisałam, a która jest bardzo ciekawa. Dla mnie zawsze była oczywista i myślałam, że wszyscy robią tak samo, ale okazało się, że wcale tak nie jest. Napiszę o niej niedługo. 
Zajęcia z uchodźcami. Część 2, czyli jak zostałam „nauczycielką matematyki”

Językowe zalety pobytu w Niemczech

Kiedy zaczynałam moje studia germanistyczne, byłam pewna, że chcę spędzić przynajmniej pół roku w kraju niemieckojęzycznym. Sądziłam, że bez tego nigdy nie będę dobrą germanistką. Dzisiaj podpisuję się pod tym i przedstawię kilka argumentów za.

Myślę, że w Polsce każdy, kto studiuje język obcy, powinien mieć obowiązek półrocznego wyjazdu do kraju, w którym  mówi się w tym języku. Powinno się to odbywać w ramach studiów. W wielu krajach zachodniej Europy tak jest. Jakoś się to udaje, jakoś nikt nie ma nic przeciwko. Studentom stwarza się odpowiednie możliwości – jest wiele innych oprócz Erasmusa.

Już kiedy studiowałam w Niemczech w ramach programu Erasmus, zobaczyłam, jaki jest język mówiony. Inaczej nie wiedziałabym, jak mówi się na co dzień. Pewnych rzeczy po prostu nie ma w podręcznikach. Jeszcze inną kwestią jest mentalność. Nie da się poznać Niemców, czytając o nich. Nie da się poznać kraju, czytając o nim. Już na studiach mogłam się przekonać, jakie naprawdę są Niemcy i jak się tu żyje obcokrajowcowi. Oczywiście był to roczny pobyt i nie dowiedziałam się wszystkiego, ale bardzo dużo. Kiedy wróciłam do Polski obronić pracę magisterską, to wiedziałam, że zrobiłam, co mogłam, aby ukończyć studia jako dobra germanistka.

Tak jak już wspominałam, zaraz po obronie pracy mgr wyjechałam do Niemiec. Było to w sierpniu 2010 roku. Miał to być wyjazd na rok, przedłużył się do dzisiaj. Tak naprawdę ciągle się czegoś uczę. Wiem dokładnie, jak funkcjonuje ten kraj. Wiem oczywiście, że nie każdy może/chce wyjechać na kilka lat, ale pół roku wystarczy, aby dowiedzieć się sporo o obcym kraju. Oczywiście pod warunkiem, że robimy wszystko, aby podszkolić język i poznać obcy kraj.

Wiem teraz, że bez dłuższego pobytu w Niemczech nie byłabym w stanie przekazać moim uczniom wielu informacji. Nie mówię tu o języku, lecz o mentalności, dniu codziennym, kulturze. Poznanie niemieckiej perspektywy widzenia świata jest dla mnie bezcenne. Odkąd mieszkam w Niemczech, stwierdziłam, że wcześniej wiedziałam bardzo mało na ten temat. Wiadomo, że na studiach można się było wiele dowiedzieć, ale prawdą jest też, że wykładowcy zawsze „wypychali” nas do jakiegoś kraju niemieckojęzycznego, podając argumenty podobne do moich.

A Wy co myślicie na ten temat? Zgadzacie się ze mną? 

Zajęcia z uchodźcami. Część 2, czyli jak zostałam „nauczycielką matematyki”

Kurs polskiego w VHS

Na blogu pisałam już kilka razy o kursach polskiego, jakich udzielam w Volkshochschule w Wittlich. Prowadziłam je od początku 2013 roku i teraz do jesieni czeka mnie przerwa, aż zbierze się nowa grupa. Mam więc czas na analizę i ewaluację.

Pisałam już, że uczenie polskiego jest bardzo trudne. O wiele trudniej jest uczyć swojego języka ojczystego niż obcego. Było wiele detali z gramatyki, z których ja sama sobie nie zdawałam sprawy, ale tak to właśnie jest w języku ojczystym – nie poddajemy analizie tego, co mówimy i nie zastanawiamy się nad tym.

Może przejdę do tego, co dało mi prowadzenie kursów polskiego:

1. Poznałam wspaniałych ludzi. Kursanci byli osobami, które jeszcze podczas wojny lub krótko po wojnie urodziły się w Polsce i których rodziny zostały wypędzone. Opowiadali mi bardzo ciekawe historie, których nie mogłabym nigdzie przeczytać.
2. Dowiedziałam się wiele o moim ojczystym języku. Dopiero ucząc go, zdałam sobie sprawę z tego, jaki jest skomplikowany. Jest tu więcej wyjątków niż reguł. Mimo to starałam się to wszystko przedstawiać logicznie.
3. Opracowałam samodzielnie cały kurs polskiego. 99% ćwiczeń było moimi autorskimi pomysłami.
4. Zdobyłam niesamowite doświadczenie zawodowe i zobaczyłam, jak to jest uczyć innego języka oprócz niemieckiego.
5. Wyraźnie dostrzegłam różnice pomiędzy polskim a niemieckim.
6. Kursantami były głównie osoby starsze – zobaczyłam, jak to jest je uczyć i że jest to zupełnie inne od uczenia młodych osób. Musiałam dostosować metody pracy, także tempo.

Muszę na koniec powiedzieć, że naprawdę podziwiam moich kursantów za wytrwałość. Myślę, że naprawdę wiele się nauczyli. Patrząc wstecz na te 2 lata, sądzę, że dobrze wywiązałam się z zadania, a także kierownictwo VHS zawsze było zadowolone z mojej pracy. Najbardziej liczy się jednak dobry kontakt z uczącymi się – był on idealny mimo różnicy pokoleń (najstarszy kursant miał 88 lat – wielki szacunek dla niego, niesamowicie inteligentny człowiek, był najlepszy ze wszystkich).

Dzisiaj, na początek ostatniego spotkania, zapytałam uczestników o opinię na temat kursu. Na szczęście była ona pozytywna, ale ja sama zawsze to czułam. Jedyne, co bym chciała zmienić, to żeby następnym razem było więcej mówienia. Nie jest to jednak proste w realizacji, także ze względu na specyfikę kursów w VHS. Robiłam dużo powtórek, było to konieczne. Ogólnie uczestnicy byli za tym, żeby zajęcia odbywały się w plenum. Nie chcieli za bardzo robić ćwiczeń w parach, a to byłyby dobre okazje do mówienia. Wiadomo, jak to jest w całej grupie – nie każdy ma okazję coś powiedzieć. Następnym razem opracuję nowe metody.

Spotkam się z uczestnikami raz jeszcze. Po zakończeniu każdego kursu organizujemy spotkanie w kawiarni. Także do 11 lutego 🙂

Teraz robię sobie małą przerwę od uczenia polskiego, potrzebuję jej. Na jesieni do tego wrócę z wielką chęcią i energią 🙂

Deutsche Bahn. Part II + refleksje o rowerku

Deutsche Bahn. Part II + refleksje o rowerku

Miałam już o tym nie pisać, ale miałam ostatnio jeszcze kilka przygód…

Ostatnio Deutsche Bahn miło mnie zaskoczyła, gdyż w dwie ostatnie środy Intercity do Luksemburga nie zaliczyła spóźnienia!!! Nawet o minutę, co jest doprawdy godne odnotowania.

Tak jak może pisałam, kurs polskiego, który prowadzę dla Niemców, odbywa się w budynku gimnazjum w Wittlich. Centrum miasta jest oddalone o kilka kilometrów od dworca, więc z dworca dostaję się tam autobusem. Kiedy tam jadę, to jest ok. Powrót na dworzec i potem do mojego miasta jest dosyć problematyczny.

Tak to wygląda:

Kurs kończy się o 19:30. Autobus na dworzec jest o 19:50, a pociąg do Koblenz, w który muszę wsiąść, jest o 19:57. Kiedyś był o 19:58, a ta minuta robi wielką różnicę!!! Zwykle modliłam się, żeby autobus jechał sprawnie i żebym zdążyła wpaść do pociągu. Do tej pory się to udawało, gdyż pociąg jak zwykle był spóźniony o 5 minut, ale… ostatnio mam doprawdy pecha. Tydzień temu byłam wściekła, gdyż pociąg był punktualny i mi odjechał. To okropne uczucie widzieć, jak pociąg odjeżdża i mieć świadomość, że trzeba czekać godzinę na następny. Czekać w zimnie, ponieważ hala dworca o 20:00 jest zamykana. No tak, po co ma być otwarta? Oprócz sieroty mnie prawie nigdy nikogo tam nie ma. Czasem trafi się jakaś grupa Turków, ale nie boję się ich.

Tak więc tydzień temu siedziałam godzinę na dworcu i zmarzłam niemiłosiernie. To trochę moja wina, bo siedziałam zamiast chodzić po peronie. Potem byłam tak zmarznięta, że kiedy w końcu dojechałam do mojego miasta, to wzięłam taxi z dworca, bo ledwo dałam radę iść.

Sytuacja ze środy wczoraj. Byłam tak zła, że nie mogę tego nawet ująć w słowa, ale po kolei… Pomyślałam sobie, że jeśli autobusem raczej nie dojadę na dworzec na czas, to zamówię taxi. Zainwestuję, ale przynajmniej zdążę na pociąg. Ale gdzie tam! Dzięki taksówce byłam na dworcu już o 19:45. Pomyślałam sobie: „Super, pociąg jest o 19:57. Będę u siebie o 21:00, a nie o 22:00”. Marzenie ściętej głowy… Pociąg do Koblenz był spóźniony o 20 minut. Pytam się: Dlaczego??? Co wieczorem może się dziać na tych torach??? Dla mnie oznaczało to, że pociąg do mojego miasta, w który muszę się przesiąść, mi odjedzie. Tak rzeczywiście było. Znowu czekałam godzinę w zimnie, ale na innym dworcu… Tym razem chodziłam. Gdybym znowu siedziała, to chyba bym zamarzła. Nauczka na przyszłość: zabierać ze sobą termos z gorącą herbatą. W tamtym roku zimą zawsze tak robiłam, oprócz tego zabierałam ze sobą też koc, który okazywał się niezbędny.

Postanowienie na przyszły rok: wiosną jeździć do Wittlich rowerem. To tylko 22 km. Jak skończy się zima, to muszę obczaić trasę, bo do tej pory jeździłam tylko pociągiem. Rowerek jest niezawodny.

Zalety podróżowania Deutsche Bahn: 
1. Doskonale znam słownictwo dotyczące spóźnień i ich powodów.
2. Pogadam sobie z konduktorami i dowiem się wielu ciekawych rzeczy. Z jednym rozmawiałam kiedyś o życiu w NRD, bo tam się wychował.
3. Ciągle przeżywa się jakieś zaskoczenia, nigdy nie jest nudno. A to usuną ci z dworca automat do kupowania biletów, a to w jednym pociągu można kupić bilet, w innym nie, a to nie wyświetlą komunikatu o spóźnieniu pociągu itd.
4. Czekając godzinami na dworcu, można przeczytać sporo książek i się dokształcić. Można nauczyć się przez ten czas dużo fińskich słówek.
5. Można pogadać z ludźmi, którzy są tak samo wściekli. W ten sposób można poznać wiele ciekawych osób. Niedawno poznałam kogoś bardzo ciekawego, gdyż zaciekawiła go czytana przeze mnie książka. Rozmowa z tą osobą bardzo dużo mi dała, chociaż to była jedyna rozmowa, jaką odbyliśmy. Dzięki temu bardzo urosła moja pewność siebie. Gdyby pociąg się nie spóźnił, to nigdy nie spotkałabym tej osoby.
6. Można potrenować cierpliwość.

Jeszcze co do mojego ukochanego rowerka… Jazdę nim bardzo sobie chwalę. Pomykam codziennie do pracy i z powrotem. Tutaj można jeździć nim przez cały rok. Na uszach nauszniki, na dłoniach grube rękawiczki przeznaczone do jazdy na nartach i jest pięknie. Zawsze chce mi się śmiać, kiedy na naszych wąskich, jednokierunkowych uliczkach, widzę samochód ciężarowy. Wtedy za nim ciągnie się sznur samochodów, a ja to wszystko spokojnie omijam. Wygląda to mniej więcej tak (piękny rysuneczek mojego autorstwa w paincie):

I jak tu można narzekać? Z zasady nie jestem zwolenniczką samochodów i wolę Deutsche Bahn niż zrobić prawo jazdy. Wtedy to dopiero bym się rozleniwiła, a tak to pojeżdżę rowerkiem i jestem fit 🙂

Zajęcia z uchodźcami. Część 2, czyli jak zostałam „nauczycielką matematyki”

Liebster Blog Award

Nominację do Liebster Blog Award dostałam od Aleksandry w bloga Niemiecka sofa, wypełniam więc zadanie: 
1.       Słownik online czy papierowy?
To zależy. Zasadniczo wolę słowniki papierowe, ale obecnie używam przede wszystkim słowników w Internecie. Wynajmuję mieszkanie. I tak mam tu setki książek, więc chcę ograniczyć liczbę trzymanych tu rzeczy. Z tego względu rezygnuję z tego, z czego mogę. Kiedy np. tłumaczę jakiś tekst, to szybciej jest wyszukać słowo w słowniku na komputerze. Do niemieckiego i angielskiego nie używam słowników online, lecz słowników zgranych na dysk z oryginalnych płyt wydanych przez wydawnictwa DUDEN i Oxford. 
2.       Ulubione niemieckie słowo?
Dużo ich mam. Należą do nich przede wszystkim pomysłowe złożenia jak np. der Geistesblitz (genialna myśl, a dosłownie – błyskawica ducha), der Fahrstuhl (winda, dosłownie – jadące krzesło), czy też czasowniki wyrażające wiele jednym słowem, np. umdenken – zmienić zdanie, zmienić sposób myślenia czy dolmetschen – tłumaczyć ustnie. 
3.       Najbardziej kreatywne miejsce, jakie odwiedziłaś?
Odwiedzam je od poniedziałku do niedzieli. Chodzi oczywiście o moją pracę. Zawsze muszę być bardzo pomysłowa. W zasadzie każda praca, którą miałam w moim życiu, wymagała ode mnie pomysłowości. Nie wiem, czy jestem kreatywna, ale na pewno jestem pomysłowa. Bardzo kreatywnym miejscem jest dla mnie również kościół. 
4.       Czekolada czy żelki?
Ani jednego, ani drugiego nie biorę do ust, ponieważ nie lubię słodyczy i nigdy ich nie jem. Od tej zasady nigdy nie robię wyjątku, nawet na święta czy na moje urodziny. Nie czuję tej potrzeby, bo po prostu nie lubię słodyczy. Nie mogę więc wybrać. Gdyby  jednak już ktoś mnie zmusił, to ewentualnie przełknę kawałek czekolady z 99% zawartości kakao. 
5.       Jeden blog, który poleciłabyś każdemu? 
Bardzo ciekawy blog historyczny – Blog Biszopa. Jest to jedna z najlepszych stron, jakie znam. Bardzo polecam. Interesuję się historią, a na tej stronie można przeczytać wiele mniej znanych faktów. 
Zajęcia z uchodźcami. Część 2, czyli jak zostałam „nauczycielką matematyki”

Moje języki obce

1. Angielski – był moim pierwszym językiem obcym. Zaczęłam się go uczyć, kiedy rodzice wysłali mnie na prywatne lekcje. Miałam chyba 7 albo 8 lat. Od razu polubiłam uczenie się języka obcego. Angielskiego zawsze uczyłam się chętnie i nigdy nie miałam przerwy w nauce. Na studiach germanistycznych przez 2 lata miałam angielski. Potem kontakt z językiem nie był już tak intensywny. Tutaj w Niemczech mam dużo okazji do mówienia po angielsku. Rozmawiam ze znajomymi Anglikami. Poza tym dbam o to, żeby nie zapomnieć. Oglądam filmy i seriale tylko w oryginalnej wersji i z angielskimi napisami. Dużo czytam po angielsku.

Zasadniczo zawsze uważałam i nadal uważam, że angielski jest trudniejszy od niemieckiego. Śmieszy mnie, kiedy ktoś mówi mi: „Niemieckiego jakoś nie łapię, nie mogę zapamiętać słów. Gdybym musiał uczyć się angielskiego, od razu bym wszystko zapamiętywał”. Wtedy sobie myślę: „Wszystko jest ładnie na poziomie podstawowym, dopiero później angielski robi się naprawdę trudny”. Każdy twierdzi, że zna angielski, bo nasłucha się piosenek w radiu. Kiedy czasami chcę porównać jakąś konstrukcję z niemieckiego z angielskim, to okazuje się, że się nie da, bo jednak ktoś nie zna angielskiego 🙂 Ostatnio spotkałam kogoś, kto dziwił się, że „w” w angielskim nie czyta się jak „w” po polsku, a miał angielski w szkole. No cóż – mieć angielski nie znaczy umieć angielski. Najpierw trzeba się go nauczyć.

2. Niemiecki – był moim drugim językiem obcym. Zaczęłam się go uczyć w piątej klasie podstawówki. Pamiętam wtedy, że byłam bardzo rozczarowana, że moja klasa jako główny język obcy będzie mieć niemiecki, a nie angielski. Podobne były reakcje pozostałych osób z mojej klasy. Teraz się zastanawiam, skąd u dzieci w tym wieku są już stereotypy. Rodzice nie przekazali mi żadnych negatywnych stereotypów w stosunku do Niemców. Wręcz przeciwnie – mój tato przez jakiś czas pracował zagranicą, m.in. w Estonii, w USA, w Libii, w Rosji i właśnie w Niemczech. Nigdy nie opowiadał o Niemcach nic negatywnego. Podobnie mój dziadek, który w czasie wojny był aresztowany i przesłuchiwany przez gestapo, również nie przekazał mi stereotypów. Myślę jednak, że zakradły się one do mojej świadomości przy okazji oglądania telewizji czy słuchania radia. Od pierwszej lekcji bardzo polubiłam niemiecki i potem to już nigdy się nie zmieniło. Miałam szczęście trafić na wspaniałych nauczycieli. Już w podstawówce wiedziałam, że chcę studiować niemiecki i tak rzeczywiście się stało. Teraz czuję ten język czasami lepiej niż polski.

3. Hiszpański – z hiszpańskim miałam kontakt wcześniej niż z niemieckim, ale zaczęłam się go uczyć w gimnazjum. Już w podstawówce naoglądałam się w telewizji telenowel latynoskich i wtedy załapałam język. Chyba po dwóch lub trzech latach oglądania zaczęłam oglądać telenowele w oryginale i rozumiałam każde słowo. Kiedy byłam w gimnazjum, zaczęłam uczyć się hiszpańskiego sama i w zasadzie ten proces trwa do dzisiaj. Nie mogę powiedzieć, że się uczę. Raczej czasami biorę do ręki podręcznik i powtarzam jakieś wybrane zagadnienie gramatyczne. Po hiszpańsku wszystko rozumiem lepiej niż po angielsku, praktycznie tak jak po niemiecku. Dużo czytam w tym języku, ostatnio książkę Arturo Perez-Reverte. Często słucham muzyki po hiszpańsku i też wszystko rozumiem.

4. Fiński – uczę się od dwóch lat. Pierwszy raz miałam z nim kontakt, kiedy studiowałam na uniwersytecie w Bielefeld i już wtedy bardzo mnie zafascynował. Było to w 2008 roku. Fiński jest jednym z kilku najtrudniejszych języków świata. Deklinacja i koniugacja są bardzo rozbudowane. Słowa tak bardzo zmieniają swoje formy, że jeśli w zdaniu mamy słowo np. w dopełniaczu, to nie znajdziemy go w słowniku, gdyż forma tak bardzo różni się od mianownika. Jest wiele konstrukcji typowo fińskich, dlatego trzeba się również nauczyć myśleć po fińsku. Teraz jest dla mnie oczywiste, że nie kupuję w sklepie, tylko ze sklepu i że nie oglądam czegoś w Internecie, tylko z Internetu. Fiński mnie fascynuje, uczę się tych wszystkich końcóweczek bardzo dokładnie i sprawia mi to radość. Im dalej, tym wszystko jest bardziej logiczne.

5. Francuski – uczę się go od ponad dwóch lat. Najtrudniejszy język obcy, z jakim miałam do czynienia. Obiektywnie zapewne nie, ale dla mnie tak. Najgorsze jest to, że jest tyle wyjątków. Teraz postanowiłam dokładniej powtórzyć całą gramatykę. Uczyłam się już wszystkich czasów i trybów, ale muszę to wszystko poukładać w głowie. Wszystko jest dla mnie łatwe do zrozumienia, ale chcę usystematyzować wiedzę. W ostatnich miesiącach zauważyłam, że coraz lepiej zaczynam rozumieć francuskie piosenki.

W przyszłości chciałabym nauczyć się niderlandzkiego i może węgierskiego. Naukę niderlandzkiego chciałabym rozpocząć za około 3 lata, kiedy będę się czuć pewnie we francuskim i w fińskim.

A jakich języków obcych Wy się uczycie? Jakie macie w planach na przyszłość? 

Czego nie lubię w moim mieście?

Czego nie lubię w moim mieście?

Dzisiaj kolejna część z serii o mojej mieścince. Ogólnie bardzo ją lubię, inaczej bym tutaj tak długo nie mieszkała. Pewnie kiedyś się stąd wyprowadzę, ale będzie ciężko. Nie tak łatwo będzie opuścić te bajkowe krajobrazy.
karte-Traben-Trarbach
Są jednak oczywiście także rzeczy, których nie lubię.

1. Turyści. Idą przez ulicę jak święte krowy, kompletnie na nic nie patrzą i uważają, że mają wszędzie pierwszeństwo. Większość, nie wszyscy oczywiście. Już niedługo nadejdzie jednak jesień i zima, czyli moje ulubione pory roku, to będzie spokój.

2. Wąskie uliczki, kiedy jest ruch uliczny. Zasadniczo uwielbiam te wąskie, jednokierunkowe uliczki, ale nie wtedy, kiedy przejeżdża ciężarówka. Możecie sobie wyobrazić, co wtedy się dzieje. Taki tir jedzie bardzo, bardzo powoli, bo musi się przeciskać przez te uliczki, a za nim ciągnie się sznur samochodów. Wtedy zawsze chce mi się śmiać, bo te samochody tak się snują, a ja wesoło pomykam sobie rowerkiem i omijam cały ten sznur 🙂 Na rowerku żadne ciężarówki mi niestraszne. Obecnie jest budowany nowy most, ma być gotowy w 2016 roku. Zobaczymy, na ile rozładuje „ruch” w mieście.

3. Czasami nie lubię faktu, że miasto jest położone na lekkich wzniesieniach. Do niektórych obiektów w mieście trzeba się praktycznie wspinać, co jest denerwujące. Od ponad roku wspinam się tak do jednej z moich prac. Rowerem nie mogę tam dojechać, bo jest za stromo.

4. Przerwy obiadowej, bo nic nie można wtedy załatwić. W żadnym urzędzie.

5. Zmiennej pogody. Jest ona tak zmienna, że naprawdę nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Kiedy idę gdzieś na piechotę, to nigdy, ale to nigdy nie wychodzę bez parasola. Jest on integralną częścią mojego codziennego ekwipunku. Kiedy jadę rowerem, to w plecaku zawsze mam płaszcz przeciwdeszczowy. Pogoda jest tutaj niesamowicie zdradziecka. W jednej chwili niebo jest jasne, za moment całkiem ciemne. Tak jest prawie codziennie, przez cały rok. Nie ma opcji, żebym zapomniała niezbędnego ekwipunku.

6. Plotek. Miasteczko jest małe, wszyscy znają wszystkich. Już nieraz zdarzało mi się, że ktoś mnie zagadywał i wiedział dokładnie, kim jestem i gdzie pracuję, a ja nie miałam pojęcia, kim jest ta osoba. Poza tym krążą różne plotki. O sobie też słyszałam już wiele rzeczy, np. kto jest moim chłopakiem, chociaż nie mam chłopaka. Wystarczyło, że rozmawiałam na ulicy z sąsiadem i plotka już się rozniosła. Bardziej mnie to bawi niż denerwuje.

7. Czasami denerwuje mnie to, że zna się wszystkich. Teraz to już chyba znam z widzenia całe miasto. Wiąże się to z faktem, że na ulicy czy w sklepie zawsze spotka się kogoś znajomego, kto mnie zagadnie, a ja czasami nie mam na to ochoty. Z dwojga złego wolę jednak 1000 razy właśnie to niż anonimowość wielkiego miasta. W takim małym środowisku jest większa kontrola społeczna, co mi odpowiada.

Wycieczka do Trier. Cz. 2

Wycieczka do Trier. Cz. 2

Dzisiaj kontynuuję opowieść o mojej małej wycieczce do Trewiru. Opowiem trochę o rynku, który bardzo lubię. Jest moim zdaniem śliczny, a byłby jeszcze ładniejszy, gdyby nie było na nim tylu handlarzy. Chyba jednak w każdym większym mieście tak jest.

Teraz dosyć rzadko piszę na blogu. Chciałabym częściej, w kolejce czeka mnóstwo ciekawych tematów, ale niestety czas mi na to nie pozwala. Ostatnio musiałam zastąpić kogoś w pracy i szykuje się jeszcze jedno zastępstwo. Na szczęście w drugiej połowie września będę w końcu mieć trochę czasu, bo mój szef wyjeżdża na urlop. Ponieważ pracuję bezpośrednio z nim, nie będę musiała chodzić do jednej z moich prac 🙂

Rynek główny (der Hauptmarkt) jest centralnym punktem miasta. Jak widzicie, można tam podziwiać piękne domy. Reprezentują one różne style: renesans, barok, klasycyzm, późny historyzm, także styl gotycki.

Na rynku znajduje się także fontanna – der Petrusbrunnen. Została ona stworzona w 1594-1595 roku przez rzeźbiarza Hansa Ruprechta Hoffmanna. Na szczycie znajduje się figura św. Piotra, patrona miasta. Na fontannie widzimy rzeźby czterech cnót: Justitia – sprawiedliwość (z mieczem i wagą), Fortitudo – siła, moc (z przełamaną kolumną), Temperanta – umiarkowanie (z winem i wodą) oraz Sapientię – mądrość (z lustrem i wężem). Fontanna została udekorowana wieloma innymi elementami, między innymi figurami zwierząt (np. gęsi, lwy, delfiny, orzeł, małpy).

Na rynku znajduje się Marktkreuz, czyli krzyż. Jest on symbolem godności, dostojeństwa. Został on postawiony w 958 roku przez arcybiskupa Heinricha I, stoi na starej rzymskiej kolumnie. Na krzyżu przeczytamy łaciński napis: „Henricus archiepiscopus Treverensis me erexit” („Trewirski arcybiskup Henryk mnie postawił”). Na rynku głównym znajduje się obecnie tylko kopia średniowiecznego krzyża – oryginał można podziwiać od 1964 roku w miejskim muzeum Simeonstift.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. 

Wycieczka do Trier. Cz. 1

Wycieczka do Trier. Cz. 1

Dzisiaj nadszedł czas na opis mojej wyprawy do Trier (po polsku Trewir). Wybrałam się tam w zeszłą sobotę. Trier i Koblenz to najbliższe duże miasta w moim regionie. Do Trier trzeba jechać godzinę pociągiem. Nie byłam tam już ponad 2 lata i dlatego postanowiłam, że jak tylko będę mieć wolne popołudnie, to się wybiorę. Zasadniczo zbierałam się do tego już od wielu miesięcy, ale jakoś nie tęsknię za dużymi miastami. Trudno było mi się zebrać. Poza tym dzisiaj po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że lepiej iść do pracy niż mieć wolne. Dzisiaj np. mam wolne popołudnie, to już skręciłam kostkę. Ponieważ u nas w szpitalu dzisiaj prawie nikt nie pracuje, to muszę udać się tam jutro z samego rana. A niech to! Jak chodzę do pracy, to nigdy nic mi się nie dzieje. Jak mam wolne popołudnie, to od razu coś takiego… Praca rządzi!!!

To jednak post na temat Trier, więc może wrócę do tematu. Jest to moim zdaniem przepiękne miasto. Jeszcze nie takie ogromne, bo ma niewiele ponad 100.000 mieszkańców. Tutaj w regionie wydaje się jednak być ogromne. Kiedyś częściej jeździłam do Trier, teraz (widocznie na szczęście) nie mam na to czasu.

Bardzo lubię klimat tego miasta. Dla mnie co prawda i tak jest za duże, ale obiektywnie nie można nazwać go wielkim miastem. Przerażają mnie mimo to wszechobecne samochody i autobusy.

W Trier jest wiele budowli, a tak właściwie ich pozostałości, z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Poza tym bardzo lubię piękną katedrę. Rynek też jest śliczny, ale aż tak bardzo go nie lubię, bo za dużo na nim handlarzy wszystkim, co tylko możliwe.

Na początek selfie w parku. Bardzo nie lubię takich zdjęć, nigdy ich sobie nie robię, ale tutaj zrobiłam na pamiątkę:

Na początku nie byłam pewna, czy pamiętam, jak dojść do Porta Nigra i do rynku, ale po chwili odświeżyłam pamięć i trafiłam. Tutaj już wyłania się Porta Nigra:

Porta Nigra („czarna brama”) uchodzi za symbol miasta. Zawsze robiła i robi na mnie ogromne wrażenie. Jest do dawna rzymska brama miejska oraz najlepiej zachowana rzymska brama miejska na terenie Niemiec. Od 1986 roku Porta Nigra jest wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO.

Brama została wybudowana około 180 roku n.e. jako północne wejście do miasta Augusta Treverorum, czyli do dzisiejszego Trewiru. Nigdy nie została ukończona. Nazwa Porta Nigra używana jest od średniowiecza, kiedy to ciemny kolor powstał na skutek wietrzenia piaskowca. Inna dawna nazwa to „Porta Martis” (brama Marsa).

Pochodzący z Sycylii bizantyjski mnich Symeon w 1028 osiedlił się w Porta Nigra jako pustelnik. Rzekomo kazał się tam zamurować. Po śmierci w 1035 roku został tam też pochowany, a biskup Trewiru doprowadził w tym samym roku do jego kanonizacji. Ustanowił kapitułę Symeona (Simeonstift) i wybudował bramę do bocznego kościoła, w którego dolnej kaplicy pochowany był Symeon.

W 1802 roku Napoleon nakazał zamknąć kościół i kapitułę, a podczas swojej wizyty w Trewirze w 1804 roku zarządził rozbiórkę budowli kościelnych. W latach 1804-1809 budynek został całkowicie przebudowany. Prusacy zarządzili w 1815 roku wyburzenie budowli powstałych za Napoleona, więc brama Porta Nigra znowu była doskonale widoczna.

W latach 70-tych XIX wieku rozebrano miejski mur i prawie wszystkie średniowieczne bramy miejskie, między innymi także bramę Symeona.

Porta Nigra można dokładnie obejrzeć również od środka. Kiedyś tam byłam i mam gdzieś zdjęcia, lecz muszę je odszukać. Ulica, która prowadzi od Porta Nigra do rynku, czyli Simeonstrasse, jest klasycznym deptakiem. Znajduje się na niej oczywiście mnóstwo sklepów. Do centrów handlowych w stylu Karstadt czy Galeria Kaufhof nawet nie wchodziłam, bo nie lubię takich miejsc. Wolę małe sklepiki. Ktoś kiedyś powiedział mi, że czynsze na Simeonstrasse są najwyższe w całych Niemczech, wyższe niż nawet w Berlinie.

Kolejnym razem napiszę o rynku i o przepięknej katedrze. Mam nadzieję, że odnajdę moje stare zdjęcia z Trier. Podobnie jak zdjęcia z Luksemburga, gdyż chciałabym Wam opisać i pokazać, co swojego czasu zwiedziłam. Kiedy będę mieć pewnego dnia znowu wolne popołudnie, to wybiorę się do Saarbruecken.

Zdjęcia są mojego autorstwa. 

Moje miasteczko plus

Moje miasteczko plus

Posty o moim miasteczku, Traben-Trarbach, już się pojawiły, ale w koncercie życzeń znalazła się prośba, abym napisała o tym, co jest typowe. Dzisiaj przyszedł na to czas. Tutaj wcześniejsze posty o moim mieście:

Traben-Trarbach. Pierwsza porcja

Traben-Trarbach. Cz. 2

Traben-Trarbach. Cz. 3

Traben-Trarbach. Cz. 4

Traben-Trarbach. Cz. 5

Most w Traben-Trarbach

Bez samochodu, ale z powodzią

Tak jak pisałam, miasteczko leży w dolinie rzeki. Z jednej strony jest to dla mnie dobre, bo nienawidzę zimy i śniegu. Tutaj zima jest taka jak w Polsce jesień i bardzo mi to odpowiada. Z drugiej strony w lecie jest strasznie duszno i parno. W upalne dni ledwo da się wytrzymać. Tak to jest w dolinie. Mówi się często, że mamy „dicke Luft” (ciężkie powietrze). Nic dziwnego, że wiele osób tutaj mówi o sobie, że są „wetterfühlig” (wrażliwy na zmianę pogody). Na dodatek pogoda jest bardzo zmienna. Nieraz jest tak, że idąc, co chwilę zamykam i otwieram parasol, bo co deszcz zacznie padać, to zaraz przestaje. Kiedy idę gdzieś na piechotę i świeci słońce, to i tak nigdy nie zapominam parasola, bo wiem, że za minutę mogą wyjść ciemne chmury i może lunąć deszcz. W lecie często są burze, częściej niż w Polsce. Nienawidzę tutaj lata i każdego roku nie mogę się doczekać, kiedy się skończy. Ogólnie nie znoszę słońca, dlatego cieszę się, że moja strona miasta jest mniej nasłoneczniona. Mieszkam w starym domu. W lecie jest to świetne, bo w środku jest chłodno.

Pisałam już o tym, że mój region jest regionem turystycznym. Co przyciąga tutaj turystów? Przede wszystkim wspaniałe widoki, rejsy statkiem po rzece, zamki nad Mozelą, szlaki wędrowne, liczne zabytki, piwnice na wino, które można zwiedzać. Poza tym wielu też pewnie fakt, że są tutaj same małe miasteczka i wsie. Nie ma wielkich miast i dla mnie jest to super, bo nie lubię dużych miast.

W zimie miasto zamiera. Mniej więcej pod koniec października zamykanych jest wiele lokali, restauracji, sklepów, lodziarnie. W marcu są ponownie otwierane na sezon. W sezonie, który trwa pół roku, jest w mieście bardzo dużo turystów. Z obcych języków słychać przede wszystkim niderlandzki, francuski i angielski. Muszę przyznać, że turyści okropnie działają mi na nerwy, bo chodzą po mieście jak święte krowy i większość uważa chyba, że zawsze mają pierwszeństwo przed samochodami i rowerami. Kiedy jadę rowerem, to nieraz muszę drastycznie zwalniać, żeby ktoś nie wszedł mi pod koła. Nigdy nie krzyczę „Vorsicht!”, bo nie wiem, czy ta osoba zna niemiecki, zawsze brzęczę dzwonkiem. Co roku oddycham z ulgą, kiedy sezon się kończy. Wiem oczywiście, że turyści to wielkie źródło dochodów dla regionu, ale i tak co roku jesienią się cieszę.

 

Turyści sprawiają również, że ceny w sklepach są wysokie. Jest w mieście kilka sklepów z ubraniami czy z różnymi pamiątkami, rzeczami do domu, ale nic tam nie kupuję, bo nie wydam przecież 150 euro na sukienkę. Dlatego ubrania kupuję tylko w Internecie. Tutaj robię zakupy tylko w supermarkecie.

Charakterystyczne w moim mieście i regionie jest to, że prawie wszędzie jest „Mittagspause”, czyli przerwa obiadowa. W godzinach południowych nie warto wybierać się do urzędu, na pocztę czy do wielu sklepów. Nieraz mnie to denerwuje, ale co poradzić. Ciekawe jest to, że 95% restauracji ma tzw. „Ruhetag”, czyli dzień odpoczynku, nawet w sezonie. W ten jeden dzień w tygodniu są one zamknięte. Podoba mi się to. W Polsce coś takiego byłoby chyba nie do pomyślenia – żeby zamykać lokal w szczycie sezonu na jeden dzień w tygodniu. Poza tym prawie każda restauracja czy sklep ma tzw. „Betriebsferien”, czyli przerwę urlopową. Wiąże się to z zamknięciem na 2 tygodnie. Z tego, co widzę, to jest to raz w roku, niektóre lokale robią takie przerwy 2 razy w roku. W Polsce chyba nie ma czegoś takiego. Wiele lokali robi takie przerwy w sezonie.

Ciekawe jest również to, że wielu Holendrów czy Anglików kupuje sobie w moim regionie „Ferienhaus” albo „Ferienwohnung”, żeby spędzać tu urlop. Na mojej ulicy jeden z takich domów mają Finowie. Dla mnie wszystko jest tu normalne, ale kiedy ktoś przyjeżdża nad Mozelę po raz pierwszy, to wszystko jest dla niego jak z bajki. Ciekawe jest również, że wielu Holendrów czy Anglików sprowadza się tutaj na starość. Moi przyjaciele Anglicy są emerytami i kupili dom w moim miasteczku, żeby spędzić tutaj starość. Wiem, że jest dużo takich osób.

Zdjęcia są mojego autorstwa.