Tłumaczenia ustne

Tłumaczenia ustne

Póki jeszcze mam wenę, to napiszę kilka słów o tłumaczeniach ustnych. Wielu osobom się wydaje, że tłumaczenia pisemne są łatwiejsze, bo jest wtedy czas na zastanowienie się i na dokładną analizę każdego zdania. Ja myślę jednak, że łatwiej jest tłumaczyć ustnie. Często to robię i nie sprawia mi to żadnej trudności. Tłumaczyłam ustnie już w różnych miejscach: na konferencji, na delegacji, w urzędach, w szpitalu albo w Caritasie. Wielu Polaków często prosi mnie, żebym z nimi poszła na rozmowę do urzędu, do lekarza, do banku itp. Do tłumaczeń ustnych trzeba znać język naprawdę płynnie. Nie wystarczy znać go powierzchownie, bo wtedy wychodzą głupoty, ale jeszcze kiedyś o tym napiszę. Nieraz byłam zaskoczona rzeczami, których dowiedziałam się od innych, a które mijały się z prawdą. Często okazywało się, że tłumaczył Polak, który znał niemiecki ze słuchu.

Tłumaczenie w urzędach jest bardzo proste. Trochę trudniej jest w szpitalu albo u lekarza, bo trzeba znać fachowy język. Wystarczy jednak trochę przygotować się ze słownictwa i można tłumaczyć bez problemu. Znam całkiem nieźle słownictwo medyczne z kilku dziedzin.

Często tłumaczyłam dla dyrekcji niemieckiej szkoły, w której pracowałam, kiedy były wymiany z polską szkołą.

W zeszłym tygodniu miałam okazję tłumaczyć dla nadleśnictwa w moim mieście, które gościło delegację z Polski, a dokładniej z Wisły. Potrzebowali tłumacza ustnego. We wtorek tłumaczyłam w muzeum wulkanów. W pobliskich górach Eifel jest dużo wulkanów. Teren ten jest pod tym względem niezwykły, gdyż znajdują się tu specyficzne wulkany. W muzeum tłumaczyłam o tym, jak powstają wulkany, o skamieniałościach itp. Potem byliśmy oglądać wulkany. Słownictwo z zakresu geologii też nie jest mi obce, także wszystko się udało.

W środę tłumaczyłam zaś w lesie: gatunki drzew, drzewostany itp. Było zabawnie, gdyż strasznie lało i byłam cała w błocie. No cóż, do wyposażenia tłumacza nie wliczają się kalosze. Dobrze przynajmniej, że szef nadleśnictwa wcześniej uprzedził mnie przez telefon o wycieczce do lasu, bo inaczej zjawiłabym się tam w butach na obcasach. Wesoło tłumaczyłam więc o gatunkach drzew, kiedy zdałam sobie sprawę, że znam nazwy drzew po niemiecku, ale nie wiem nawet, czym różni się buk od dębu. Zwierzyłam się z mojego dylematu niemieckiemu leśniczemu, na co on zerwał liście z drzew i wyjaśnił mi, jak wygląda buk, a jak dąb. Człowiek uczy się przez całe życie. W tamtym momencie śmiałam się sama z siebie, ale cóż: czasy, kiedy robiło się zielniki na biologię, dawno już minęły. Odróżniam drzewa liściaste od iglastych i to musi wystarczyć. Następnie tłumaczyłam funkcjonowanie Harvestera, czyli maszyny używanej tutaj do ścinania drzew na zboczach. Słownictwo z zakresu maszyn też znam, także tłumaczyłam na luzie. Niesamowite było zobaczyć z bliska, jak ta maszyna ścina drzewo. Będę szczera, kiedy powiem, że było to zachwycające. Przy okazji poznałam tutejszego dyrektora nadleśnictwa oraz leśniczych z okolicy. Byli bardzo zadowoleni z mojej pracy i ja też byłam z siebie zadowolona. Tłumaczenie ustne jest dla mnie bardzo przyjemne, więc czułam, jakbym dostała pieniądze za nic. Odpowiada to mojej dewizie życiowej: robię tylko to, co chcę robić i nic nie muszę.

W zakresie tłumaczeń ustnych trzeba się cały czas rozwijać. Od czasu do czasu siadam i uczę się słówek z różnych fachowych dziedzin, bo takiego słownictwa po prostu się nie zna. Gdybym nagle miała tłumaczyć np. na konferencji matematyków, to oczywiście wcześniej musiałabym się odpowiednio przygotować. Wulkany i las to znajome mi tematy, ale nie na każdej dziedzinie można się znać. Fakt, że lubię tłumaczyć ustnie, przyczynia się być może do tego, że nie odczuwam wtedy żadnego stresu i że szybko znajduję w głowie słowa. Być może byłoby inaczej, gdybym tłumaczyła np. w jakiejś instytucji, gdzie chodziłoby o wielkie pieniądze, ale pewnie jeszcze się o tym przekonam.

Szkoda, że tutejsze nadleśnictwo pewnie nieprędko będzie znowu miało delegację z Polski. Okazja do tłumaczenia ustnego na pewno trafi się znacznie szybciej. Podczas takiej pracy można się wiele nauczyć, bo skąd bym inaczej wiedziała, jakie drzewa dominują w okolicznych niemieckich lasach, jakie są rodzaje wulkanów albo jak wyglądał pierwszy gatunek konia, który zjawił się na naszej planecie?

Man lernt nie aus. 
Tłumaczenia ustne

Doświadczenia zawodowe. Cz. 4

Dzisiaj chciałabym napisać o mojej pracy jako lektorka polskiego w Volkshochschulen. Volkshochschule tłumaczy się na polski jako „uniwersytet ludowy”. Są to instytucje prowadzone najczęściej przez gminy i zajmujące się dokształcaniem dorosłych. Oferowane są kursy języków obcych, księgowości, zajęcia sportowe, komputerowe, z dziedziny zdrowia, różne kursy zawodowe. Volkshochschulen w dużych miastach mają bardzo szeroką ofertę. Znajdują się one również w małych miastach, gdyż są to instytucje bardzo popularne w całych Niemczech. Skrót „VHS” rozumie każdy i to nim wszyscy się posługują. Ponieważ są to szkoły dla dorosłych, to zajęcia odbywają się wieczorem. Do VHS przychodzą ludzie głównie po to, aby rozwijać swoje hobby. Nie jest to nic w stylu polskiego wieczorowego liceum. Sama chodziłam kiedyś na kurs do VHS, żeby rozwinąć swoje umiejętności jako nauczyciela.

Kiedy zgłosiłam się rok temu jako lektorka polskiego do VHS w Wittlich, pobliskim mieście, nie liczyłam się z tym, że kurs polskiego się odbędzie, to nie jest to znowu aż tak duże miasto (20.000), a poza tym mieszkam przecież na zachodzie Niemiec. Kto w takiej wiejskiej okolicy interesowałby się polskim? Grupa się jednak zebrała i kurs się odbył. Dyrektor VHS bardzo się ucieszył, że po raz pierwszy w historii szkoły polski będzie w ofercie.

Moją bazą był podręcznik „Witam” wydawnictwa Hueber:

„Witam”

Dokupiłam jeszcze ćwiczenia i płytę CD, chociaż było to niepotrzebne, bo teksty do słuchania ze rozumieniem sama odczytywałam na głos.

Uczenie w VHS nie jest proste. Trzeba nastawić się na specyfikę tej szkoły. Na fakt, że mam na kursie ludzi dorosłych, którzy często przychodzą zaraz po pracy i nie mają dużo wolnego czasu, żeby się uczyć. W związku z tym tempo nie może być szybkie. Skończyło się na tym, że nie zawsze wykorzystywałam podręcznik. Musiałam przygotowywać dużo powtórek i w związku z tym sporządzać dużo autorskich ćwiczeń, co zajmuje trochę czasu. Nieraz musiałam znacznie zwalniać planowane tempo.

Najwięcej czasu poświęcałam na wymowę, bo polska wymowa jest ogromnie trudna dla Niemców. W ogóle gramatyka naszego języka jest strasznie skomplikowana i moim uczniom niesamowicie trudno było pojąć wiele rzeczy, np. fakt że słowo „Sie” ma kilka odpowiedników w polskim, że mamy tyle rozmaitych końcówek albo że nazwy miast czy imiona się odmieniają.

Przy okazji sama musiałam się uczyć zasad polskiej gramatyki, bo wcześniej nie miałam przecież pojęcia, ile typów koniugacji jest w polskim, dlaczego wiele czasowników w zdaniach twierdzących łączy się z biernikiem, a w przeczących z dopełniaczem albo jakie czasowniki są wyjątkami. Teraz to wiem i muszę stwierdzić, że bardzo ciekawie jest uczyć się swojego języka. Prowadzenie kursów w VHS bardzo wzbogaciło mnie w sensie zawodowym.

Na moim kursie polskiego byli głównie starsi ludzie, którzy jeszcze w czasie wojny albo zaraz po wojnie urodzili się w Polsce i których rodziny zostały wypędzone. Naprawdę podziwiam takie osoby, że mają ochotę na naukę polskiego. Jeden z moich uczniów był już po 70-tce, nigdy nie był w Polsce, a mimo to chciał się uczyć. Kurs zmobilizował go do tego, żeby w końcu wybrać się do Polski. Tak też zrobił i potem opowiadał nam o swoich wrażeniach i też o śmiesznych sytuacjach, jakie go spotkały. Były też jednak młode osoby.

Na koniec dodam, że zawsze opowiadam pozytywnie o swoim kraju, nawet jeśli nie jest to tylko prawda. Na kursie opowiadałam wiele o Polsce, pokazywałam filmiki czy zdjęcia. Na co dzień staram się opowiadać Niemcom tylko dobre rzeczy o Polsce. Czasami koloryzuję albo mówię, że nie jest tak źle, jak jest, bo nie chcę jednak narzekać na swój kraj. Nic mi to nie da, a lepiej, żeby Niemcy myśleli o Polsce pozytywnie. Kto będzie mówił o naszym kraju dobrze, jeśli my nie będziemy tego robić? Oczywiście w moich opowieściach nie przesadzam, bo Polska to w końcu nie Norwegia, ale wychodzę z założenia, że w Polsce jest tyle pozytywnych rzeczy, że zawsze znajdzie się coś, o czym można opowiedzieć Niemcom, zamiast tylko podkreślać wady.

Tutaj jeszcze oferta moich kursów na kolejny rok szkolny:

Polnisch in Wittlich

Polnisch in Traben-Trarbach

Tłumaczenia ustne

Doświadczenia zawodowe. Cz. 3

Asystentura Comeniusa w Niemczech

Po studiach zdecydowanie chciałam pracować jako nauczycielka. No cóż, w moim regionie Polski szans na pracę jako nauczycielka niemieckiego nie było żadnych. Wiedziałam o tym, ale mimo to złożyłam dziesiątki podań. Pomyślałam, że może akurat gdzieś się uda. W tamtym momencie, w połowie ostatniego roku studiów, nie wiedziałam jeszcze, że się nie uda. Wtedy jednak strasznie się tym przejmowałam i panikowałam. Teraz mam w sobie wewnętrzny spokój i pewność, że nigdy nie zabraknie mi pracy. Osiągnęłam to jednak po 3 latach aktywności zawodowej. Poza tym wiadomo, że w Polsce znajomości mają większe znaczenie niż kwalifikacje. Jakiś czas później dowiedziałam się, że pewne osoby, które miały bardzo niskie kwalifikacje, dostały pracę w szkołach, w których również ja składałam podanie. Ja powinnam była dostać tę pracę, ale jak tu się kłócić? Z perspektywy czasu mogę jednak powiedzieć, że niczego nie żałuję. Założę się, że mało kto może to powiedzieć.

Właśnie mniej więcej w połowie piątego roku studiów zobaczyłam na uczelni ogłoszenie o asystenturze Comeniusa. Zawsze zwracałam uwagę na plakaty na uczelni, można było nieraz dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Poczytałam więcej. Okazało się, że chodzi o stypendium, w ramach którego młodzi ludzie mogą przez 3-12 miesięcy uczyć w zagranicznej szkole. Postanowiłam, że muszę spróbować. Trzeba było wypełnić bardzo długi wniosek, chyba około 30 stron. Poza tym zdobyć opinię wykładowcy i dziekana wydziału. W ostatniej chwili już miałam się rozmyślić. Jak zwykle byłam zabiegana. Na dodatek w domu skończył mi się tusz w drukarce i nie było jak wydrukować. Pojechałam więc do biblioteki uniwersyteckiej i wypełniłam ten megadługi wniosek w niecałe 2 godziny. Teraz myślę, że do sukcesu przyczynił się fakt, że nie wymyślałam nie wiadomo czego, lecz napisałam uzasadnienie prostymi słowami. Widocznie brzmiały autentycznie.

Kilka miesięcy później dostałam odpowiedź pozytywną. Jako jedna z 80 osób z całej Polski dostałam stypendium. Nie wiedziałam jednak, gdzie pojadę. Po kilku tygodniach dostałam adres kontaktowy do szkoły w niemieckim miasteczku Traben-Trarbach. Miałam wyjechać tu na rok. I jak tu uwierzyć, że minęły 3 lata, a ja nadal tu jestem?

Swoją asystenturę rozpoczęłam 16. sierpnia 2010 roku i zakończyłam 24. czerwca 2011 roku. Uczyłam w gimnazjum w małym miasteczku Traben-Trarbach w Nadrenii-Palatynat. Muszę dodać, że w Niemczech gimnazjum to szkoła, w której uczą się dzieci w wieku od 10-11 do 19 lat, więc system edukacji jest w Niemczech całkiem inny od polskiego. Nie uważam tego za dobre rozwiązanie, ponieważ już w wieku 10-11 lat niemieckie dzieci praktycznie muszą decydować o tym, czy w przyszłości będą studiować czy nie (mało kiedy da się odwrócić tę decyzję).

Traben-Trarbach to miasteczko w pd.-zach. Niemczech leżące nad Mozelą. Jest położone w dolinie między wzgórzami, na których uprawiane są winogrona, więc widoki są piękne. Dużo ludzi żyje tu z produkcji i sprzedaży wina oraz z turystyki. O miasteczku już pisałam, były również zdjęcia:

Traben-Trarbach. Pierwsza porcja

Traben-Trarbach. Cz. 2

Traben-Trarbach. Cz. 3

Traben-Trarbach. Cz. 4

Traben-Trarbach. Cz. 5

Bez samochodu, ale z powodzią

Teraz trochę o szkole. Gimnazjum Traben-Trarbach to dosyć duża szkoła, położona jak całe miasto na wzniesieniach, co sprawia, że pierwsze piętro w innej części szkoły jest parterem, więc łatwo można się zgubić. 80% uczniów to uczniowie dojeżdżający z okolicznych miasteczek i wsi. Jest tu około 70 nauczycieli.

W każdym roczniku są po 3-4 klasy. Klasy liczą od 18 do 25 uczniów. Średnio 2 klasy z każdego rocznika należą do Ganztagschule, czyli szkoły całodziennej, co związane jest z tym, że ci uczniowie są w szkole od godziny 7:50 do 16:00. Codziennie z wyjątkiem piątku, kiedy to kończą lekcje o 12.15 lub o 13:00. Muszę przyznać, że nie jestem zwolenniczką tego modelu, ponieważ moim zdaniem nie jest to w porządku, gdy 10-letnie dzieci wychodzą z domu o 6:30 rano i wracają o 18:00 (a tak jest, ponieważ tak jak napisałam, zdecydowana większość uczniów dojeżdża do szkoły). Ja uczyłam właśnie w klasach całodziennych (5, 6, 7 i 8), więc wiem, jak ciężko jest pracować z uczniami na 9. czy 10. lekcji, kiedy po całym dniu są już naprawdę zmęczeni.

Miałam wielkie szczęście, że trafiłam do jednej z najlepszych i najstarszych szkół w Niemczech. W Niemczech gimnazjum jest to szkoła o najwyższym poziomie (oprócz gimnazjum są jeszcze inne typy szkół). Moja szkoła, Gymnasium Traben-Trarbach, powstała w 1573 roku i reprezentuje ze sobą wysoki poziom.

Muszę wspomnieć również o tym, że moja szkoła od wielu lat utrzymuje kontakty z polskimi szkołami (z Zakopanego i Olkusza, a teraz również z Rzeszowa). Jest to godne podziwu, gdyż ogólnie szkoły niemieckie są bardziej zainteresowane współpracą z francuskimi czy angielskimi szkołami. Poza tym gimnazjum znajduje się w zachodnich Niemczech, bardzo blisko granicy z Francją. Gymnasium Traben-Trarbach przeprowadza wspólne projekty z Polską, organizują wymiany uczniowskie. Muszę wspomnieć, że dyrektor znał Kraków lepiej ode mnie 🙂 potem rozpoczęta została bardziej intensywna współpraca z moim dawnym liceum, czyli z III Liceum Ogólnokształcącym z Rzeszowa.

Właśnie z powodu tak ożywionych kontaktów z Polską szkoła starała się o przyznanie asystentki z Polski. Wcześniej byli tam asystenci z Anglii i z Francji, ale z innego programu niż Comenius. Byłam więc pierwszą asystentką Comeniusa w Gymnasium Traben-Trarbach.
Wszyscy w szkole bardzo ciepło mnie przyjęli. Zawarłam wiele nowych przyjaźni, mam tam dużo znajomych i cieszę się, że nie muszę się na razie z nimi rozstawać. W pokoju nauczycielskim czułam się bardzo dobrze. Zawsze było o czym rozmawiać z innymi nauczycielami. Z kilkoma z nich spotykałam się też w wolnym czasie.

Mieszkam w małym mieszkaniu 5 min. drogi piechotą od szkoły. Jest to bardzo spokojne miejsce, nie mogłam więc lepiej trafić. Wiem, że w porównaniu z innymi asystentami przebywającymi w Niemczech czynsz nie był niski, ale takie są po prostu stawki w Traben-Trarbach. Oprócz czynszu muszę dodatkowo płacić za prąd i za Internet. Na początku nie miałam Internetu, musiałam go założyć. Najwygodniejszą opcją był Telekom (odpowiednik polskiej Telekomunikacji). Za Internet płacę 34 euro miesięcznie (najtańsza opcja), jednak potem byłam bardzo zadowolona z tego, że go założyłam, gdyż Internet był i jest jednym z moich głównych narzędzi pracy i nauki. Bardzo mi się przydał do przygotowywania mojego polskiego kółka.

Mój opiekun był jednym z wicedyrektorów szkoły. Oprócz tego był on również opiekunem „Orientierungsstufe”, czyli piątych i szóstych klas. Zajmował się również koordynowaniem europejskich projektów w szkole. Był więc bardzo zajęty, ale mimo to prawie zawsze miał czas na rozmowę ze mną. Kiedy miałam problemy z uczniami, to zawsze radził mi, co powinnam robić. Nigdy mnie nie zbywał ani nie obarczał mnie winą. Na początku asystentury, kiedy miałam problemy z dziećmi (potem już wiedziałam, co robić), zdawało mi się czasem, że nie nadaję się do uczenia. Jednak po rozmowie z moim opiekunem od razu wiedziałam, jak dalej postępować i on zawsze utwierdzał mnie w tym, że na pewno jestem dobrą nauczycielką i że każdy nauczyciel codziennie popełnia jakiś błąd. Taka po prostu jest praca w szkole.

Opiekun znalazł dla mnie mieszkanie. W tym zakresie nie musiałam się o nic martwić. Wiedziałam wcześniej, jak wygląda niemiecki system edukacji, gdyż studiowałam germanistykę i dowiedziałam się tego na zajęciach. Jednak pracując w niemieckiej szkole, poznałam wszystko z pierwszej ręki. Wiele rzeczy mnie zaskoczyło. Dowiedziałam się o zasadach funkcjonowania niemieckiego gimnazjum, o których nie miałam wcześniej pojęcia.

Już przed odbyciem asystentury spędziłam rok w Niemczech, dlatego ten kraj nie był dla mnie nowy. W trakcie asystentury poznałam lepiej Niemcy. Najlepiej poznałam jednak region, w którym mieszkałam, czyli rejon nad środkową Mozelą. Jest to dosyć specyficzny region – jest tu dużo zamków; miasta (a raczej miasteczka) położone są między wzgórzami w dolinie rzeki.
Piękniejszego miejsca do odbywania asystentury nie można sobie wyobrazić. Wszystko jest tu wyjątkowe – brak dużych miast, małe miasteczka i wsie, mnóstwo turystów, góry porośnięte winoroślą, mieszkańcy utrzymujący się z uprawy winorośli i produkcji wina. W moim miasteczku od razu poznaję, kto jest miejscowy, a kto turystą.

Nieoceniona jest dla mnie wiedza, jaką zdobyłam odnośnie postępowania z niesfornymi uczniami. Nauczyłam się, jak reagować na określone zachowania uczniów – jak ich nagradzać i karać. Ponieważ moje lekcje najczęściej odbywały się po południu, musiałam nauczyć się radzić sobie ze zmęczonymi po całym dniu lekcji uczniami. Jeśli chodzi o metody stosowane przeze mnie na lekcjach, to bardzo pomocne okazało się wszystko, czego nauczyłam się na studiach, gdyż miałam specjalizację nauczycielską.

Aby udoskonalić swoje metody, zdecydowałam się hospitować lekcje innych nauczycieli. Od nich czerpałam również nowe pomysły, a także metody na radzenie sobie z uczniami.
Mogłabym tu napisać o wiele więcej, ale ograniczam się do najważniejszych rzeczy. Tu zestawiam jeszcze obowiązki, jakie narzuciłam sobie w trakcie roku szkolnego. Robiłam o wiele więcej, niż musiałam. Do moich obowiązków zaplanowanych przez szkołę należało tylko uczenie niemieckiego, ale jak widzicie na poniższym opisie, zdecydowałam się zaangażować również w inne obowiązki.

Pierwszy semestr:
– prowadzenie obowiązkowych dla wszystkich uczniów lekcji wspomagających z niemieckiego w klasach 5, 6 i 8 (w tych lekcjach bardzo pomógł mi fakt, że na studiach miałam zajęcia po niemiecku. Dzięki temu umiałam wytłumaczyć uczniom gramatykę czy ortografię. Ćwiczenia prawie zawsze przygotowywałam sama, prawie nigdy nie kopiowałam ich z książek)
– opieka nad czasem do uczenia się (lekcje, na których uczniowie robili zadania domowe. Często musiałam im pomagać w zadaniach z matematyki czy z angielskiego)
– prowadzenie polskiego kółka 2 razy w tygodniu – dla klas 5 i 6
– wspólne z inną nauczycielką nadzorowanie prac uczniów klas 5 nad szkolną gazetką
– hospitacja lekcji niemieckiego w klasie 11 (kurs przygotowujący do matury. Dowiedziałam się tu dużo na temat tego, jak wyglądają w Niemczech przygotowania do tego egzaminu i czego wymaga się od uczniów)
– hospitacja lekcji angielskiego w klasie 12 (również kurs przygotowujący do matury)
– hospitacja lekcji angielskiego w klasie 5

Drugi semestr:
– prowadzenie wspomagających lekcji z niemieckiego w klasach 5, 6 i 8
– opieka nad czasem do uczenia się
– prowadzenie polskiego kółka 3 razy w tygodniu dla uczniów klas 5 i 6 (cieszyłam się z tego, że uczniowie chcieli chodzić na moje kółko i że mogło ono odbywać się aż 3 razy w tygodniu)
– hospitacja lekcji matematyki w klasie 10
– hospitacja lekcji fizyki w klasie 7
– hospitacja lekcji geografii w klasie 5
– hospitacja lekcji angielskiego w klasie 5

Poza tym:
– przeprowadzenie projektu „Es macht Spaß, Briefe zu schreiben” („Pisanie listów sprawia radość”) we współpracy z Zespołem Szkół w Widełce (woj. podkarpackie). Prostszego pomysłu na projekt być nie może, ale to właśnie pisanie listów do polskich uczniów sprawiało najwięcej radości moim niemieckim uczniom. Na ich twarzach malowała się wielka radość za każdym razem, kiedy listy przychodziły.
– przeprowadzenie projektu „My i nasze szkoły” we współpracy z I Gimnazjum we Wrocławiu. Projekt ten opisałam szczegółowo w jednym z poprzednich postów
– tłumaczenie korespondencji dla dyrekcji szkoły (z niemieckiego na polski i z polskiego na niemiecki)
– pomaganie we współpracy Gymnasium Traben-Trarbach ze szkołami partnerskimi z Polski
– organizowanie spotkań dla uczniów, np. „Noc polskiej kultury” oraz „Polskiego dnia”. Na organizację tego drugiego spotkania udało mi się pozyskać pieniądze z fundacji Polsko-Niemiecka
Współpraca Młodzieży
– udział w projekcie Klippert dla klasy 11 (uczniowie w ciągu kilku dni uczyli się, jak przygotowywać i wygłaszać prezentacje i referaty)
– opieka nad uczniami w czasie szkolnych dyskotek
– oczywiście uczestniczyłam w spotkaniu asystentów w Bonn. Najbardziej podobały mi się tam warsztaty na temat przekazywania języka i kultury własnego kraju.
 

Tłumaczenia ustne

Doświadczenia zawodowe. Cz. 2

Dzisiaj chciałbym napisać trochę o moich praktykach nauczycielskich na studiach.

Pierwszą praktykę (2007) odbyłam w szkole podstawowej w małej wsi niedaleko mojego miasteczka rodzinnego. Myślałam wtedy, że zrobię praktykę w podstawówce w moim mieście, ale okazało się, że nie ma tam niemieckiego. Do malutkiej wsi, w której jednak doceniono wagę niemieckiego, udawałam się codziennie autobusem. Bardzo mi się tam podobało. Polubiłam się z innymi nauczycielami, czułam się jak jeden z nich. Chciałam zostać w tej szkole na dłużej. Wszystkie lekcje prowadziłam sama. Muszę powiedzieć, że dzieci moim zdaniem zachowywały się lepiej niż w mieście. Nie zauważyłam w tej szkole markowych ubrań czy nie wiadomo jakich elektronicznych gadżetów. Było skromnie, ale nauczyciele starali się, żeby uczniowie brali udział w regionalnych czy wojewódzkich konkursach. Starali się robić dla tej szkoły coś więcej, a dyrektor był i do dzisiaj jest człowiekiem bardzo aktywnym. Miałam wrażenie, że nauczyciele w tej szkole wiedzą, co to jest powołanie. Może nie wszyscy, ale na pewno większość. Jak na wiejską, biedną szkołę dużo się tam działo. Sam budynek jest pomalowany na kolorowo, klasy też są kolorowe, a to ma duże znaczenie dla uczniów.

Podczas pierwszej praktyki byłam zachwycona zawodem nauczyciela i utwierdziłam się w przekonaniu, że wybrałam dobry zawód.

Druga praktyka (2008) była w gimnazjum, do którego sama chodziłam. Chciałam ją robić u nauczycielki, która mnie uczyła, ale okazało się, że przeszła do liceum. Nie dziwię się jej, biorąc pod uwagę, co dzieje się dzisiaj często w gimnazjach. Praktykę robiłam u nauczycielki, która dobrze mnie znała z dawnych czasów. Powiedziała mi, że nie bierze praktykantów, bo poziom znajomości języka często jest u nich marny, ale dla mnie zrobiła wyjątek. W gimnazjum nie było źle, ale to pewnie dlatego że nauczycielka zawsze siedziała z tyłu klasy. Lekcji nie pozwoliła mi prowadzić tylko w jednej klasie, w której zachowanie było gorzej niż fatalne. Ogólnie mówiąc: podobało mi się, pewnie dlatego że mimo wszystko miałam dobre wspomnienia z tej szkoły.

Trzecią praktykę (2009) odbyłam po powrocie ze stypendium w Niemczech. Była to praktyka w liceum, do którego chodziłam, które bardzo lubiłam i które wspominam z wielkim sentymentem. Praktykę robiłam u mojej dawnej nauczycielki niemieckiego, z którą do dzisiaj utrzymuję kontakt. Spotykamy się, kiedy jestem w Polsce. Dla mojego dawnego liceum załatwiłam również kontakty z niemiecką szkołą, w której później uczyłam. Teraz obie szkoły współpracują w ramach projektu Comenius. To jednak materiał na inną historię. Na praktyce w liceum również bardzo mi się podobało. W szkole czułam się świetnie, bo znałam innych nauczycieli. Z żalem stamtąd odeszłam.

Żeby zrobić dobrą praktykę nauczycielską, trzeba moim zdaniem:

a) znaleźć dobrego nauczyciela (co wcale nie jest takie proste)
b) skrupulatnie obserwować lekcje, zapisywać pomysły
c) szukać metod nauczania i wybrać stosowne do danej lekcji
d) nie ograniczać się do jednego typu ćwiczeń
e) mieć odwagę do próbowania różnych metod nauczania
f) urozmaicać lekcje, nie ograniczać się do podręcznika, tablicy i kredy
g) analizować przeprowadzone lekcje i wyciągać wnioski
h) słuchać opinii nauczyciela i przyjąć do wiadomości, że on chce dobrze i że krytykuje w słusznej sprawie
i) zwracać uwagę na reakcje uczniów
j) być elastycznym – czasami trzeba odejść od konspektu lekcji i pozwolić sobie na spontaniczność
k) przygotowywać zabawy dydaktyczne. To fakt, że to zajmuje trochę czasu, ale potem można takie zabawy wykorzystywać przez dłuższy czas
l) obserwować sposób stawiania ocen przez nauczyciela prowadzącego. 
ł) zrobić podsumowanie praktyki i wyciągnąć wnioski na przyszłość

Doświadczenia zawodowe. Cz. 1

Doświadczenia zawodowe. Cz. 1

Gdybym nie pracowała po 18 godzin na dobę, to na pewno częściej pisałabym na tym blogu, ale jest jak jest. Niedługo skończę rozwijanie mojej działalności, więc może trochę odetchnę. Mam przynajmniej taką nadzieję, a że nadzieja matką głupich, to każdy wie.

Dobrze, następny post będzie poświęcony ciekawym słówkom, a dzisiaj rozpoczynam pisanie o moich doświadczeniach dydaktycznych. Mam ich bardzo dużo i jestem bardzo szczęśliwa, że je zdobyłam. Nauczanie to moja pasja i cieszę się z każdej przygody. Lubię przygotowywać materiały dydaktyczne. Mam taki arsenał materiałów, że niedługo chyba poszukam większego mieszkania. Postaram się kiedyś napisać o materiałach dydaktycznych. Posługuję się głównie niemieckimi, angielskimi i polskimi podręcznikami.

Na początek chciałabym opisać, z jakimi uczniami mam doświadczenia dydaktyczne. Piszę o mojej pracy tutaj w Niemczech. O uczeniu przez Skypie napiszę innym razem.

a) Polska – wiadomo, że w Niemczech Polacy to ogromna mniejszość narodowa. Gdyby tak wszyscy w moim mieście chcieli się uczyć, to byłabym bogata. Niestety, większość jest tym kompletnie niezainteresowana i wystarczy im, kiedy dukają. Kiedy muszą pójść do lekarza albo do urzędu, to proszą kogoś, kto zna język i może tłumaczyć. Trzeba ich cały czas prowadzić za rączkę jak dzieci. Sama to wiem, bo przecież nieraz tłumaczę takim osobom. Kiedy ktoś jest sam, to jeszcze ujdzie, ale kiedy są dzieci, to jest przecież więcej do załatwienia. Niezmiennie dziwi mnie, że takim osobom nie zależy, żeby np. dogadać się z nauczycielami swoich dzieci. Żyją w tym kraju, znając tylko wybrane słowa i zwroty. Sama znam osoby, które są tutaj 25 lat i znają dosłownie kilka zdań po niemiecku. Koszmar. Mam znajomego Polaka, który jest dekarzem i mógłby zarabiać świetne pieniądze, gdyby znał język, ale mu nie zależy. Ma pracę na pół etatu i ciągle narzeka. Jest w Niemczech od prawie roku i nawet dni tygodnia jeszcze nie umie. Koszmar, ale już naprawdę nic mnie nie zdziwi. Takie osoby mają nastawienie: „mi już nic nie pomoże”. Jasne, że nie, jeśli wolisz olewać sprawę i liczyć na to, że Niemcy będą gestykulować albo pokazywać ci obrazki.

Są jednak też ludzie, którzy chcą się nauczyć tego języka, żeby normalnie porozumiewać się z Niemcami i najbardziej lubię uczyć takie osoby, bo wtedy czuję, że moja praca ma sens. Moi uczniowie w większości pracują fizycznie, ale mimo to znajdują czas na lekcje i to mnie cieszy. Ucząc, muszę się oczywiście nastawiać na język codzienny, a nie na żadne abstrakcje.

Mam w tym tyle doświadczenia, że mogę powiedzieć, że najgorzej jest wyjechać do obcego kraju, nic nie umiejąc. Wtedy takie osoby powtarzają po Niemcach to, co wydawało im się, że usłyszały i wychodzą głupoty. Takim osobom strasznie trudno jest się nauczyć w miarę poprawnego języka. Nieraz uczą się latami, a i tak potem mówią po swojemu. Ciężko jest, kiedy nie miało się wcześniej żadnych podstaw i uczyło się ze słuchu. Dorośli to nie dzieci, które uczą się języka naturalnie. Potem często kłócą się ze mną, że słyszeli to czy tamto, a ja doskonale wiem, że źle zrozumieli i że Niemcy powiedzieli zupełnie coś innego.

Wielu moich uczniów chodziło wcześniej na kursy niemieckiego prowadzone w Volkshochschulen. Takie kursy są prowadzone przez Niemców. Większość z tych osób nic tam się nie nauczyła, bo ci nauczyciele nie mogli w żaden sposób porównać polskiego i niemieckiego oraz zwrócić uwagi na różnice, a na początkowym etapie jest to szalenie ważne. 

Poza tym uczę też polskie dzieci, które przyjechały z rodzicami do Niemiec będąc już w wieku szkolnym. Dzieci do wieku 10 lat załapują trochę szybciej, ale potem jest tylko trudniej. Obok języka ogólnego dochodzi język fachowy z poszczególnych przedmiotów, a niemiecki język fachowy jest dosyć specyficzny.

b) Niemcy – mam również niemieckich uczniów. Są to Niemcy, którzy chcą się uczyć języka polskiego. Teraz np. uczę polskiego jedną panią, która ma 77 lat. Nie pochodzi z Polski, nie ma tam rodziny, ale interesuje ją nasz język. Poza tym uczę również polskiego na uniwersytetach ludowych, ale o tym będzie osobny tekst.

c) Tajlandia – od dwóch lat uczę niemieckiego dziewczynę z Tajlandii. Teraz ma 18 lat. Poznałam ją w szkole, w której uczyłam. Ona mówi po niemiecku dobrze, nie ma żadnych problemów z porozumiewaniem się, ale robi błędy gramatyczne. Musi je wyeliminować możliwie w jak największym stopniu, żeby dobrze zdać maturę. Zrobiła skok z Realschule do Gymnasium, bardzo duże osiągnięcie. Bardzo trudno jest mi jej wytłumaczyć odmianę rodzajnika, bo w jej języku nie ma niczego podobnego. Trudno jest też z czasami, z końcówkami przymiotnika, z zaimkami i przyimkami. Bardzo trudno jest jej zrozumieć np. przyimki z celownikiem i biernikiem, bo w jej języku praktycznie w ogóle nie ma deklinacji. Mi też nie jest łatwo, bo nie znam tajskiego i nie mogę porównać. Mimo wszystko jednak sobie radzimy i moja uczennica zrobiła wyraźne postępy. Robi coraz mniej błędów gramatycznych i jej teksty są coraz lepsze.

d) Słowacja – może i słowacki jest w jakiś sposób podobny do polskiego, ale nie znam tego języka i nie odważyłam się robić porównań. Mój uczeń był w piątej klasie tutejszego gimnazjum. Ćwiczyłam z nim głównie deklinację rodzajnika i koniugację. Również zrobił duże postępy. Po niemiecku mówił dobrze, ale z błędami. Nie przeszkadzało mu to w życiu codziennym, dopóki nauczycielka niemieckiego nie zwróciła uwagi na błędy gramatyczne. Teraz już go nie uczę, bo rodzina przeprowadziła się do Frankfurtu.

e) Bułgaria – obecnie uczę 12-letnią dziewczynkę z Bułgarii, która jest w Niemczech od dwóch tygodni. Rodzice ją tutaj sprowadzili. W Bułgarii miała niemiecki przez 6 miesięcy, ale o wiele lepiej zna angielski. Tłumaczę jej więc po angielsku oraz stosuję wizualizację. Jeśli ją pytam „Do you know what Zeitung means?” i nie wie, to pokazuję gazetę. To samo robię z przedmiotami. Jeśli pojawiają się abstrakcyjne pojęcia, to na takie okazje znalazłam w Internecie słownik niemiecko-bułgarski, także nie ma problemu. Może nawet załapię coś po bułgarsku, nigdy nie zaszkodzi. Nie wiem jednak, jak długo będę ją uczyła, gdyż jej ojciec powiedział mi niedawno, że za jakiś czas chciałby z nią rozmawiać w domu po niemiecku, a na to ja absolutnie się nie zgadzam. A dlaczego? Z prostego powodu – on w każdym zdaniu robi błędy: w szyku zdania, w rodzajnikach, w odmianie czasownika. Przecież wtedy u jego córki błędy się tylko utrwalą! Poza tym w dydaktyce jest zalecane, aby rodzice rozmawiali ze swoimi dziećmi w języku ojczystym. Przecież dorośli i tak nie opanują języka obcego tak jak rodzimy użytkownik języka, więc po co uczyć dzieci błędów? Jeśli w rodzinie tej dziewczyny tak będzie, to ja zrezygnuję z jej uczenia i pieniądze będą mi obojętne. Dużo ważniejsze jest dla mnie, żeby moja praca nie szła na marne.

f) Indie – Hindusów też uczyłam i okazyjnie uczę. Podam tu przykład: mam znajomego Hindusa, który od dwóch lat twierdzi, że musi nauczyć się czytać i pisać po niemiecku, żeby zrobić tutaj prawo jazdy. Raz na 2 miesiące weźmie u mnie lekcję, więc wielkiej motywacji tutaj nie ma. Jego językiem ojczystym jest język pendżabski. Nie wiem dokładnie, co to za język, ale na pewno dziwny, skoro „mój” Hindus nad prawie każdą samogłoską stawia przegłos i w ogóle nie słyszy różnicy pomiędzy „o” a „ö”. On pisze tak dziwnie, że nie rozumiem, na jakich zasadach pisze to, co pisze i skąd biorą się litery w układzie takim, a nie innym. Próbowałam to ogarnąć, ale musiałabym dłużej nad tym posiedzieć i zapytać kogoś, co to za język. On mówi po niemiecku „ja być, ja mieć”. Nauczył się tego języka ze słuchu i stąd wiele problemów.

Wszystkie te doświadczenia na pewno mnie wzbogaciły i wzbogacają. Jeśli ktoś chce się uczyć, to ja na pewno potrafię go nauczyć. Musi tak być, skoro mam uczniów, którzy dojeżdżają do mnie 60 km w jedną stronę.

O moich doświadczeniach dydaktycznych napiszę jeszcze w zakresie: praktyki na studiach, praca w niemieckiej szkole, kursy polskiego w Volkshochschulen i uczenie poprzez Skype. Nie wiem kiedy, ale napiszę.

Traben-Trarbach. Cz. 5

Traben-Trarbach. Cz. 5

Dzisiaj ostatnia porcja zdjęć mojego miasteczka. Tak jak już wspominałam, bardzo je lubię. Jest tu kameralnie, bezpiecznie i czysto. Kameralnie nie jest może tylko w sezonie, kiedy jest dużo turystów. Wtedy nie jest łatwo przejść przez centrum miasta. Teraz trwa sezon i od razu to widać.

Nie lubię też wąskich uliczek. Najgorzej jest, kiedy ciężarówki przejeżdżają przez miasto. Wtedy od razu robi się swoistego rodzaju korek. Nie ma żadnego objazdu czy obwodnicy. Na szczęście na Mozeli jest budowany drugi most, żeby trochę odciążyć miasto. Będzie gotowy w 2016.

To, czego nie lubię, to również brak publicznych środków transportu. Jakieś tam autobusy są, ale rzadko jeżdżą. Osoba, która nie ma samochodu, zdana jest na własne nogi. Ja zawsze chodzę wszędzie na piechotę. Przez to wiele możliwości jest dla mnie zamkniętych. Ludzie zawsze się dziwią, jak żyję tutaj bez samochodu. No cóż, ja też się dziwię. Problem jest jednak taki, że nie mam prawa jazdy i nie mam czasu go zrobić. Teraz już nawet nie chcę, bo się przyzwyczaiłam. Kiedy prowadziłam kurs polskiego w mieście oddalonym o 22 km, to musiałam wyjść z mieszkania o 15:00, a kurs zaczynał się o 18:00. Musiałam jednak dojechać tam pociągiem z jedną przesiadką, a potem jeszcze dotrzeć autobusem do celu. Nie mówiąc już o tym, że byłam w domu bardzo późno. Nieraz czekałam na dworcach, kiedy pociągi się spóźniały. Dlatego zawsze mam przy sobie książkę, którą wtedy czytam. Pod względem przemieszczania się nie jest łatwo, ale przyzwyczaiłam się i nic mnie nie zatrzyma.

Gdy kiedyś miałam jeszcze czas, to lubiłam siedzieć nad rzeką i obserwować ptaki. Teraz już nie mam takiej możliwości, bo mam za dużo pracy. Tak właściwie mam kilka prac, więc nie zostaje mi ani minuta wolnego czasu.

Przyjechałam do tego miasta tylko na rok i nie spodziewałam się, że zostanę tutaj tak długo i że właśnie tu siebie odnajdę. Że osiągnę to, co było jednym z moich celów życiowych, czyli niezależność i możliwość decydowania o sobie. Mam taką osobowość, że muszę o wszystkim decydować sama. Nie dam sobie niczego narzucić. Ja decyduję, kiedy pracuję. Cieszę się, że ten stan osiągnęłam w wieku 27 lat. Cudowna jest świadomość, że już nic nie muszę. Robię tylko to, czego chcę. Nie muszę pracować od 8:00 do 16:00.

Nie wiem, ile jeszcze tu zostanę. Może pół roku, a może 5 lat, ale na pewno zawsze będę wspominać to miasteczko z wielkim sentymentem.

 

Traben-Trarbach. Cz. 4

Traben-Trarbach. Cz. 4

Już kiedyś pisałam, co lubię, a czego nie lubię w moim mieście. Tu tak naprawdę wszystko jest napisane:

Bez samochodu, ale z powodzią

Moje życie tutaj jest bardzo zabawne (na różne sposoby), szybkie i szalone. I pomyśleć, że zawsze byłam domatorką, która chciała zostać z rodzicami i nigdy nie planowała wyprowadzki z rodzinnego domu. Wszystko było takie nieoczekiwane, było tyle szczęśliwych przypadków.

Jestem straszną pracoholiczką. Jeszcze nigdy nie zrobiłam urlopu i nie mam takiego zamiaru. Nawet kiedy odwiedzam moją rodzinę, to pracuję. Nie umiem inaczej. Wiem, że to źle, ale kiedy mam godzinę wolną, to znajduję sobie coś do roboty. Zawsze coś się znajdzie, o to nietrudno.

Mam naprawdę dużo pracy. Oprócz mojej działalności zawodowej wykonuję również drugi zawód, którego uczę się od pół roku. Poza tym cały czas chcę się rozwijać. Dlatego uczę się francuskiego. Chciałabym robić wiele innych rzeczy, ale doba jest na to wszystko za krótka. Poza tym cały czas pomagam Polakom, którzy mnie znają. Są to osoby w większości wcale albo bardzo kiepsko znające niemiecki. Praktycznie codziennie idę z kimś do urzędu, do lekarza, wykonuję w czyimś imieniu telefony, załatwiam coś za kogoś albo tłumaczę. W większości nie dostaję za to pieniędzy, ale jeśli ktoś potrzebuje mojej pomocy, to nigdy nie odmawiam. Przykładowo dzisiaj: rano byłam w szkole oddać podręczniki syna moich znajomych, potem miałam u siebie w domu 2 lekcje, następnie zadzwoniłam dla znajomej do Caritasu, kolejno pobiegłam do Jobcenter, żeby tłumaczyć znajomej na spotkaniu z urzędnikiem. Potem oczywiście dalej praca. Nudów nie ma.

Oto widok na moje miasto ze wsi zwanej Starkenburg:

I kolejne zdjęcia:

Traben-Trarbach. Cz. 2

Traben-Trarbach. Cz. 2

Moje miasteczko leży w dolinie rzeki między wzgórzami. Jak już pisałam, widoki są bajkowe. Miasteczko ma niewiele ponad 5.000 mieszkańców. Największą mniejszością narodową są tu Polacy (często pracujący na winnicach), poza tym są również Turcy, Rosjanie, Włosi, Anglicy i Holendrzy. Anglicy i Holendrzy oczywiście nie przyjeżdżają tutaj do pracy. Kupują tu sobie domy i sprowadzają się najczęściej na emeryturę, gdyż podoba im się okolica.

W mieście jest bardzo dużo restauracji i hotelów, wszystko dla turystów. Wiele restauracji jest zamkniętych na okres zimowy. Turyści są tu ważnym źródłem utrzymania. W sezonie jest ich bardzo dużo, trudno jest przecisnąć się wtedy przez główne ulice. Na ulicy najczęściej słychać wtedy, oprócz niemieckiego, francuski, niderlandzki i angielski.

Region utrzymuje się z uprawy winorośli i produkcji wina. W moim mieście jest bardzo dużo winnic, ciągle widać napisy „Weingut”, „Weinkeller”, „Weinkellerei”, „Weinstube”,
„Weingeschäft”

itp. W sezonie dużo Polaków przyjeżdża na zbiory, dużo pracuje tutaj również na stałe. Właśnie produkcja wina jest również czynnikiem przyciągającym turystów. Winnice sprawiają, że widoki są tu takie piękne.

Położenie nad Mozelą również jest atrakcją turystyczną, gdyż turyści udają się na rejsy licznymi statkami. Kolejną atrakcją są szlaki wędrowne, z których rozciągają się śliczne widoki.

To, co mi się w moim mieście za bardzo nie podoba, to wąskie uliczki. Dużo ulic jest jednokierunkowych. Trudno jest się z kimś minąć. Żeby jeździć tu na rowerze, trzeba mieć wprawę.

Podoba mi się, że jest tu spokojnie, cicho i czysto.

Moje miasto ma liczne zabytki, przede wszystkim śliczne budynki w stylu secesyjnym oraz ruiny zamku. Wiele restauracji mieści się w zabytkowych piwnicach. W miejscowościach nad Mozelą jest wiele zamków (tzw. „Burgromantik”).

 

Traben-Trarbach. Pierwsza porcja

Traben-Trarbach. Pierwsza porcja

Dzisiaj przedstawiam pierwszą część zdjęć mojego miasteczka, w którym mieszkam od 3 lat (aż trudno w to uwierzyć!). Żeby je polubić, trzeba je dobrze poznać, bo jest bardzo specyficzne. Bardzo je lubię, ale równocześnie wiele rzeczy mnie denerwuje. Oczywiście napiszę na ten temat coś więcej. Gdybym tylko miała czas, to zrobiłabym to dzisiaj, ale jak zwykle mam robotę.

Traben-Trarbach leży w landzie Nadrenia-Palatynat (Rheinland-Pfalz), w pd.-wsch. Niemczech. Niedaleko mamy do Luksemburga i do Francji. Miasteczko położone jest nad Mozelą. Od rzeki wiele tu zależy. To ona dzieli miasto na pół – stąd nazwy Traben i Trarbach. Ja mieszkam w Trarbach.

Zdjęcia te zostały zrobione przeze mnie 2 lata temu. Od tamtego dnia nie miałam czasu zrobić nowych, ale niewiele się tu zmieniło. W oczy na pewno rzuca się ta bajkowa okolica, w jakiej mieszkam. Tak, czasem czuję się jak bohaterka powieści. Szanse, że kiedyś ukaże się jakaś powieść o mnie, są jednak nikłe, gdyż nie mam czasu na jej napisanie. Może po mojej śmierci ktoś odkryje jednak mój pamiętnik, no ale do tego czasu to jeszcze z 70 lat upłynie, bo zamierzam długo żyć, żeby się ze wszystkim wyrobić. Dobrze, do dzieła więc. Moje miasteczko jest bardzo ciekawe, kiedyś był tu nawet Goethe, o czym na pewno napiszę. Lubię obecną tu wszędzie naturę. Położenie w dolinie rzeki między wzgórzami jest cudowne. Nawet w centrum miasta słychać śpiew ptaków, wszędzie są drzewa, a wieczorem można zobaczyć na wzgórzach dziki, które wcale nie boją się ludzi (ale ludzie ich tak).

Na pewno opublikuję zdjęcia z ciekawych miejsc w Niemczech i w Luksemburgu, które odwiedziłam.

 

Frühling in Polen

Frühling in Polen

Postanowiłam dzisiaj umieścić na blogu kolejną prezentację Power Point o Polsce. Poprzednia znajduje się pod tym linkiem:

Ciekawe tradycje

Tym razem zamieszczam prezentację pt. „Fruehling in Polen”, czyli „Wiosna w Polsce”. Znajdują się w niej informacje na temat ciekawych polskich zwyczajów, po niemiecku oczywiście. Myślę, że jest to ciekawe dla uczących się niemieckiego, gdyż wiele osób nie ma pojęcia, jak opowiedzieć po niemiecku o topieniu Marzanny czy o zwyczajach związanych z Wielkanocą. Na ostatnich slajdach znajduje się krótki test wiedzy. Ze swojej strony muszę wspomnieć, że takie słownictwo jest najczęściej bardzo zaniedbywane w nauczaniu niemieckiego i w efekcie uczący się nie wiedzą, jak powiedzieć Niemcowi, jakie potrawy spożywane są na Wigilię Bożego Narodzenia, jakie zwyczaje wiążą się z ukończeniem szkoły albo co robi się w Lany Poniedziałek.

Zapraszam do zapoznania się z treścią prezentacji, z której można nauczyć się bardzo przydatnego słownictwa. Mi już nieraz przyszło opowiadać Niemcom o polskich zwyczajach, więc na pewno warto to potrafić:

 

 

Tłumaczenia ustne

Bez samochodu, ale z powodzią

Tak jak obiecywałam, chciałabym w końcu zacząć pisać o moim zwariowanym życiu w Niemczech.

Mieszkam w regionie, gdzie są same miasteczka i wioseczki. Moja mieścinka ma 5.000 mieszkańców, dookoła same wioski. Jest w pobliżu jedno miasto, które ma 20.000 mieszkańców i uchodzi tutaj za duże, bo przynajmniej mają centrum handlowe. Do najbliższego naprawdę dużego miasta trzeba jechać 50 minut samochodem.

Nie mam ani prawa jazdy, ani samochodu. Swego czasu nie posłuchałam rodziców i nie poszłam na kurs prawa jazdy, tak więc nigdy nawet nie próbowałam go zrobić. Od tego czasu często sobie obiecuję, że w końcu to zrobię, ale odpowiedni moment jakoś nie nadchodzi.

W moim regionie bardzo ciężko jest żyć bez samochodu. Kiedy ludzie słyszą, że go nie mam, to zawsze bardzo dziwią się, że żyję tu bez auta. Każdy jest w szoku i robi wielkie oczy. No cóż, sama jestem tym bardzo zaskoczona. W regionie tym wylądowałam zupełnym przypadkiem. Gdybym swego czasu miała jakiś wybór, to na pewno wolałabym mieszkać w dużym mieście. Życie moje potoczyło się i toczy się jednak w szalony sposób.

Nie ma tutaj połączeń autobusowych pomiędzy poszczególnymi miasteczkami i wioskami. Tzn. widuję czasami autobusy, ale jeżdżą raz czy dwa razy na dzień. Swego czasu szukałam pracy i 95% ofert dla mnie odpadało, bo nie mam prawa jazdy. Jak mogłabym dojechać do pracy, skoro nie mam samochodu? Tak to u nas jest. Nie znam nikogo, kto nie miałby samochodu. Kiedy chcę odwiedzić przyjaciół, to oni muszą mnie odebrać, bo nie mam jak się do nich dostać. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że moi najlepsi przyjaciele mieszkają na górze wznoszącej się nad miastem. Raz, tylko raz próbowałam tam wjechać rowerem i już nigdy nie będę próbować. Pod górkę musiałam prowadzić ten rower, a kiedy potem zjeżdżałam na dół, to skończyło się to fatalnym wypadkiem. Straciłam panowanie nad rowerem i uderzyłam w barierkę koło drogi. Miałam ogromne szczęście, że akurat nie przejeżdżał żaden samochód, bo byłoby po mnie. Jeśli uderzyłabym głową w tę barierkę, to byłby koniec. Ale powiem w tym momencie jedno: to nieprawda, że człowiekowi przelatuje całe życie przed oczami, kiedy ma zginąć. W momencie kiedy przekoziołkowałam na moim rowerze, myślałam raczej o tym, że szkoda, że umieram w taki sposób. Pamiętam, że pomyślałam też o moich rodzicach. Kiedy już leżałam na ziemi, nie mogłam uwierzyć w to, że przeżyłam. Minęła dłuższa chwila, zanim udało mi się podnieść. Wieczorem jednak strasznie zaczęła mnie boleć głowa i poszłam do szpitala. Okazało się, że mam wstrząśnienie mózgu. Od tamtej pory już nigdy nie próbowałam wjechać rowerem na tę górę. W ogóle unikam jeżdżenia na rowerze, bo moje miasto jest bardzo specyficzne. Leży na wzniesieniach, cały czas jest: góra, dół, góra, dół. Kobiety nie noszą tutaj szpilek.

Bez samochodu jest też trudno dlatego, że kiedy mam gdzieś się dostać, to muszę zaplanować pół dnia, często cały dzień. Jeśli się da, to jadę pociągiem. Jeśli się nie da, to nie jadę w ogóle. W środy prowadzę teraz kurs polskiego dla Niemców w pobliskim mieście. Miasto to jest tylko 20 km od mojego, ale co z tego, skoro nie ma tam dojazdu? Muszę jechać pociągiem, potem się przesiąść, a potem jeszcze autobusem. Kurs jest o 18:00, a ja o 15:00 muszę wyjść z domu, a przecież to „tylko” 20 km!!! Na powrotny pociąg o 20:00 wyrabiam się tylko dlatego, że jakiś uczestnik kursu zawsze podrzuci mnie na dworzec. Inaczej musiałabym czekać godzinę na następny pociąg, co zresztą już nieraz mi się zdarzyło. Dlatego zawsze mam przy sobie książkę, którą w takiej sytuacji mogłabym czytać w trakcie czekania. Gdybym miała samochód, to dojazd na ten kurs i z powrotem zająłby mi 2,5 godziny. Bez samochodu jest to 6-7 godzin, ale co mam zrobić? Raz musiałam pojechać na badanie do szpitala oddalonego zaledwie o 12 km i musiałam poprosić przyjaciółkę, żeby mnie zawiozła, bo inaczej nie mogłabym się tam dostać. Szpital jest położony tak jak wszystkie szpitale tutaj: na wysokiej górze. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. To dotyczy również wielu firm, przedsiębiorstw, hoteli: leżą na wzniesieniach, na które prowadzą wjazdy z ostrymi zakrętami i można się tam dostać tylko samochodem albo samolotem, bo są tam też lądowiska dla małych samolotów.

Na początku mojego pobytu tutaj nie wiedziałam, jak to wszystko funkcjonuje. Raz spóźniłam się na ostatni pociąg do mojej mieściny i musiałam nocować na dworcu. Cóż, przynajmniej miałam wtedy gwarancję, że nie spóźnię się na pierwszy pociąg 🙂

Życie bez samochodu jest o tyle denerwujące, że kiedy pada deszcz i muszę udać się gdzieś daleko, to wyglądam jak zmokła kura (czy jakoś tak). Ostatnio miałam taką sytuację: musiałam udać się do miasta oddalonego o 35 km. Tego dnia strasznie padało i wiał bardzo silny wiatr. Nie dało się utrzymać parasola, więc niesamowicie zmokłam. Mogłam sobie darować wcześniejsze mycie włosów i robienie makijażu, bo wyglądałam potem tak, jakbym tego nie zrobiła. Dlatego kiedy mam gdzieś pojechać, to zawsze planuję to tak, żeby mieć jeszcze chwilę na doprowadzenie się do porządku w jakiejś toalecie. Muszę zabrać cały ekwipunek: kosmetyki i czasami ubranie na zmianę, dlatego zawsze jestem obładowana torbami i wyglądam, jakbym gdzieś wyjeżdżała, podczas gdy jadę tylko na pół dnia do miasta oddalonego o kilkanaście km (!). Cóż jednak innego mogę zrobić?

Jestem tak zajęta, że już od kilku tygodni próbuję pójść do banku. Jeśli już mam chwilę wolną, to w południe, a w południe bank jest zamknięty (przerwa obiadowa). Bank jest na drugim końcu miasta. Gdybym tak miała samochód, to mogłabym po prostu szybko podjechać, a tak muszę zaplanować 2 godziny na spacerek tam i z powrotem. Podobnie jest z zakupami – supermarkety są po drugiej stronie miasta.

Czy mam zamiar zrobić prawo jazdy? Nie mam takiego zamiaru. Po pierwsze: nie mam pieniędzy na kurs, bo w Niemczech zrobienie prawa jazdy jest bardzo drogie, a ja takich pieniędzy na oczy nie widziałam. Po drugie: już przyzwyczaiłam się do takiego życia. Kiedy marnuję czas na dojazdy, to zawsze przysięgam sobie, że w końcu zrobię to głupie prawko, ale nigdy nic z tego nie wychodzi. W najbliższych miesiącach też na pewno nie wyjdzie, bo nie mam czasu na chodzenie na kurs. Jest on wieczorem, a ja wieczorami mam pracę, więc odpada. 

Mieszkam nad dużą rzeką. Już od dwóch tygodni non stop pada deszcz. Skutkiem tego jest powódź. Poziom wody w rzece jest już bardzo wysoki, w wielu miejscach wylewa. Tutaj całe życie toczy się wokół rzeki, wiele rzeczy i ludzi jest od niej zależnych. Rejsy dla turystów zostały już wstrzymane.  Kiedy rzeka wylewa, to ulice są zamykane i do wielu miejscowości nie można się dostać. Tzn. może inni mają ten problem, ale ja nie, bo jeśli już jadę, to pociągiem, a tory są na dużej wysokości, więc na razie nie grozi im zamknięcie. Kiedy dzisiaj jechałam pociągiem na kurs polskiego, to patrzyłam w dół, na rzekę, i ogarniało mnie przerażenie. Domy nad rzeką są już podtopione, wiele ulic jest zalanych. Z góry doskonale to było widać. Ja mieszkam ok. 300 m od rzeki, na trochę wyższym poziomie, i nie powinno zalać mojej ulicy, ale nigdy nie wiadomo. Mam nadzieję, że w końcu przestanie padać, ale prognozy pogody nie są niestety optymistyczne pod tym względem. Ma padać dalej. Nawet nie chcę o tym myśleć. Miejmy nadzieję, że nie będzie tak źle.

Mam też nadzieję, że ten post nie był taki nudny i że nie dało się go przeczytać. Wiem, że stylistycznie może nie jest doskonały, ale wyszłam już z wprawy w pisaniu po polsku, gdyż teraz piszę tylko po niemiecku.

Następny post będzie pod tytułem: „Ordnung muss sein” 🙂 Potem napiszę też o tym, jak bardzo nienawidzę przerwy obiadowej.