O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Dzisiaj jeszcze kilka rzeczy o opiece. Napisałam o tym, co dała mi ta praca i dlaczego niczego nie żałuję. Zapraszam do komentowania i zadawania pytań.

1. Nauczyłam się wielu rzeczy, przede wszystkim trochę gotować. Jeszcze 2 lata temu nie umiałam ugotować jajka, makaronu, ziemniaków ani ryżu. Teraz już potrafię, a niedawno nauczyłam się nawet, jak robić jajecznicę i jajko sadzone, o co nigdy bym siebie nie podejrzewała. Kiedy udało mi się zrobić jajko sadzone, to byłam w takim szoku, że zrobiłam mu zdjęcie na pamiątkę. Czasami ludzie się dziwią, że nie potrafiłam ugotować takich rzeczy, ale skąd miałam umieć, jeśli ich nie jem. Jedyną rzeczą, której się pewnie nigdy nie nauczę gotować, są sosy, ale na szczęście można kupić gotowe.

2. Nasłuchałam się historii z przeszłości. Miałam i mam do czynienia z osobami w wieku około 90 lat i powyżej. Jeśli są to osoby, które nie mają demencji czy Alzheimera, to mogę posłuchać ciekawych historii z wojny. Ostatnio np. szef opowiadał mi, jak musiał na wojnie uciekać z płonącego czołgu i jak widział, że po jego koledze został tylko popiół. Pokazywał mi też miejsce na nodze, w które uderzył go granat. Do dzisiaj ma ślad. Takie historie mogłabym tylko poczytać w książkach. Dodatkowo bardzo ciekawa jest perspektywa Niemców.

3. Zmieniłam swoje nastawienie do życia. Rok temu pewna starsza osoba powiedziała mi: „Ja w moim życiu zawsze robiłam tylko to, co musiałam. Zawsze było tylko ich muss„. W tamtym momencie zrozumiałam, że ja pod koniec mojego życia nie chcę tego powiedzieć. Chcę wtedy powiedzieć: „Robiłam to, co chciałam robić„. Staram się to realizować na tyle, na ile mogę.

5. Nauczyłam się rzeczy związanych z opieką: stopnie opieki, instytucje pomagające, funkcjonowanie służby zdrowia, ogólnie opieki nad starszymi ludźmi. Wiem, jak to wszystko działa.

6. Poznałam dużo nowych osób, poszerzyłam horyzonty, dowartościowałam się.

7. Zmieniłam swoje nastawienie do starości. Starsi ludzie w Niemczech bardzo często mają dużo pieniędzy, które oszczędzali przez całe życie, często właśnie, żeby zapewnić sobie opiekę na starość. Wiadomo, że w Niemczech bardzo rzadko zdarza się, żeby dorosłe dzieci mieszkały z rodzicami. Znam tylko taki jeden przypadek, ale jest to akurat sytuacja wyjątkowa. Moja 83-letnia sąsiadka powiedziała mi kiedyś: „Nigdy bym nie chciała, żeby mój syn musiał się mną na starość zajmować”. Inna sąsiadka sama poszła do domu starców, kiedy widziała, że już nie może mieszkać sama. Tutaj ludzie nie oczekują od swoich dzieci opieki na starość i to jest moim zdaniem dobre, bo myślę, że to nie jest obowiązek dzieci. Tutaj dom starców nie jest widziany jako coś negatywnego, a oddanie tam rodziców jest normalne, podobnie jak opłata za prywatną opiekę w domu. Sądzę, że to jest zdrowe podejście, bo załóżmy, że starszy człowiek zapada np. na Alzheimera. Wtedy wymaga opieki całodobowej, co dla jego dziecka wiązałoby się z rezygnacją z pracy i z całego swojego życia. Tak nie powinno być.

Należy tu wyraźnie podkreślić, że w Niemczech najczęściej ludzie starsi mają pieniądze na opiekę. Poza tym dochodzi tu kwestia mentalności. Pamiętam do dziś, jak hospitowałam tu lekcję w klasie maturalnej. Nauczyciel powiedział do uczniów: „Uważajcie, bo jak dalej nie będziecie się uczyć, to w wieku 25 lat nadal będziecie mieszkać w hotelu mama”. Utkwiło mi to w pamięci, bo w Polsce to jest raczej niestety normalne. Oczywiście wiem, że wielu młodych ludzi nie ma innego wyjścia, bo zarabia 1300 zł netto.

8. Przestałam bać się śmierci i cierpienia. Wyrobiłam w sobie odporność psychiczną. Myślę, że zawsze musiałam być silna psychicznie, ale może dopiero niedawno to sobie uświadomiłam. Kiedy tak myślę o swoim dzieciństwie, to widzę teraz, że np. nie obchodziły mnie chamskie uwagi innych albo jak inne dzieci się ze mnie naśmiewały, więc zapewne zawsze byłam silna. Nigdy nie płakałam ani nie skarżyłam się mamie.

9. Wadą jest na pewno to, że zrobiłam się strasznie skąpa. Pracowałam i pracuję z osobami, które całe życie ciułały pieniądze i uzbierały duże kwoty. Oni żałują pieniędzy na wszystko. Widziałam dokładnie, jak to wyglądało u babci, u której pracowałam cały 2013 rok. Obracała każde euro 10 razy, a była już grubo po 90-tce i miała bardzo dużo pieniędzy. Wiadomo było, że i tak wszystko zostanie dla dalszej rodziny, bo dzieci nie miała. Mimo to skąpiła totalnie na wszystko i zapisywała każdy wydany cent. Nauczyłam się tego od niej i nie znoszę siebie za to. Na wszystko skąpię, kupuję tylko to, co konieczne. Oszczędzam, chociaż nie wiem na co. Jeśli już mam dzień wolny, to mogłabym gdzieś pojechać, coś zobaczyć, ale szkoda mi pieniędzy na bilet na pociąg i zostaję u siebie. To jeden z wielu przykładów.

10. Zrozumiałam, że muszę zabezpieczyć moją starość, a jedyną gwarancją są pieniądze. Najczęściej na dzieci nie można i nie powinno się liczyć (znam mnóstwo takich przykładów). Tak jak pisałam – jestem przeciwko liczeniu na dzieci, ale powinny one przynajmniej się interesować starymi rodzicami, a bardzo często mają ich gdzieś. Tylko pieniądze są dobrym zabezpieczeniem na starość. Wtedy o nic nie trzeba się martwić.

11. W tej pracy ważne jest to, że trzeba liczyć się z nieprzewidzianymi sytuacjami. Kilka razy zdarzyło się, że musiałam zostać dłużej, bo np. mój szef źle się czuł. Dlatego zawsze mam przy sobie komórkę i dbam o to, żeby mieć na niej numery telefonów osób, z którymi potem mam się spotkać. Nigdy nie nastawiam się na to, że zrealizuję swoje plany danego dnia.

12. Poza tym oczywiście nie wiadomo, jak długo będę pracować u danej osoby. W tej chwili pracuję na godziny, oczywiście. Ponieważ jestem dobra w tej pracy, to miałam już oferty opieki całodobowej, ale to mnie nie interesuje, bo wtedy musiałabym zrezygnować z wszystkiego innego, a przecież uczę i tłumaczę. Liczę się z tym, że w każdej chwili praca u danej osoby może się skończyć. Mój szef ma 90 lat, druga osoba, którą się zajmuję, ma 88 lat, więc koniec może nadejść w każdej chwili.

13. Zaletą jest to, że pracy nie brakuje. Kiedy w tamtym roku umarła pani, w opiece nad którą pomagałam znajomej, już na drugi dzień znalazł się dziadzio, u którego nadal pracuję. Kiedy w maju, po powrocie z urlopu w Polsce, powiedziałam znajomym, że chcę znaleźć następną pracę, to już na drugi dzień ją miałam. Starszych ludzi potrzebujących opieki jest bardzo dużo.

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 1

Odpowiadając na prośbę Czytelników, postanowiłam napisać coś o moim codziennym życiu tutaj.

Wspominałam chyba kiedyś, że mam 2 prace. Uczę niemieckiego, a poza tym zajmuję się opieką nad osobami starszymi. O uczeniu już dużo pisałam, to może dzisiaj wspomnę coś na temat mojej drugiej pracy. Może to będzie ciekawe dla moich uczniów.

Czy kiedykolwiek pomyślałabym, że nadaję się idealnie do opieki nad osobami starszymi? Nie, nigdy. Byłam pewna, że nigdy nie mogłabym się tym zajmować. Teraz wydaje mi się to zabawne. Wszystko mogę zrobić koło tych osób i kompletnie nic mnie nie przeraża. Wszystko jest w tej chwili normalne: duży ból, agonia, mycie, karmienie, nacieranie maściami, demencja, Alzheimer, sadzanie na wózek inwalidzki, obchodzenie się z cewnikiem, ranami itd. Nie mogę sobie wyobrazić, czego bym nie potrafiła zrobić. Na wszystko mam odpowiednie techniki.

Tak sobie myślę, jakie to życie jest przewrotne. Kiedy jeszcze mieszkałam z rodzicami, to byłam dosyć ciężko chora. Przez 2 lata codziennie musiałam przyjmować zastrzyki. Ani razu nie zrobiłam sobie zastrzyku sama. Codziennie robiła to moja mama, oczywiście po wielu próbach. Nieraz uciekałam, panikowałam, nieraz moja mama traciła cierpliwość i była wykończona. Teraz bez wahania wbiłabym sobie igłę, nawet 5 razy dziennie.

Kiedyś nie mogłam oglądać horrorów albo serialów o lekarzach. Teraz mogę bez problemu na wszystko patrzeć. Już nic nie jest w stanie mnie przerazić. Nawet w hospicjum mogłabym pracować.

Może zacznę ten temat od tego, jak „wpadłam” w tę pracę.

Prawie 3 lata temu poznałam tutaj wspaniałą osobę, która jest teraz moją przyjaciółką i z którą częściowo pracuję. Jakiś czas później stało się tak, że byłam bezrobotna. Jestem osobą niezwykle pełną inicjatywy, aktywną i była to dla mnie tragedia, która popchała mnie w marazm, poczucie beznadziei, stany depresyjne, myśli samobójcze, niepokojąco długie stanie na moście i zastanawianie się, czy nie skoczyć do rzeki. Właśnie wtedy ta osoba wyciągnęła do mnie rękę i zaproponowała pomoc w opiece nad osobą w ostatnim stadium Alzheimera. To było zrządzenie losu, że ją spotkałam. Zgodziłam się, żeby w ogóle mieć pracę. Nadal byłam przekonana, że się do tego nie nadaję, ale życie mnie de facto zmusiło.

Moja przyjaciółka opiekowała się chorą babcią 24 h na dobę, a ja 2 dni w tygodniu przejmowałam pracę, żeby ją odciążyć. Równocześnie zdarzyło się, że pomocy potrzebowała pani z mojej ulicy, dosłownie 2 minuty drogi na piechotę. To zbiegło się w czasie. Przez rok chodziłam do niej na godzinę czy dwie godziny dziennie i robiłam to, czego ona już nie mogła. Teraz obie te babcie już nie żyją, były już grubo po 90-tce. Z bliska obserwowałam agonię drugiej z nich, w ostatnich miesiącach życia potrzebowała już opieki 24 h na dobę. Zakolegowałam się z Polką, która się nią opiekowała. Odwiedzałam babcię raz w tygodniu. Ostatni tydzień jej życia to była koszmarna agonia. Trwało to kilka dni, ale i tak za długo. Zanim przyjechała do niej opiekunka, to przez miesiąc u niej spałam, bo bała się być w nocy sama w domu. Było to męczące, bo nieraz w nocy mnie budziła, ale wytrzymałam. Jej rodzina była mi za to bardzo wdzięczna i kiedy sprzątali dom po jej śmierci, to mogłam wziąć, co chciałam. Było dużo pięknych rzeczy, ale wzięłam tylko ładne, ozdobne chusteczki do nosa, bo nie lubię gromadzić rzeczy. Lubię mieć tylko to, czego potrzebuję.

Teraz napiszę, dlaczego nadaję się do opieki. Niektórych z tych rzeczy wcześniej o sobie nie wiedziałam: 

1. Na pierwszy rzut oka wzbudzam zaufanie. W sumie nie wiem dlaczego, ale każdy to mówi.

2. Jestem dyskretna.

3. Uśmiecham się, jestem cierpliwa, nie pokazuję po sobie zdenerwowania. Wyglądam na ucieleśnienie cierpliwości.

4. Mam klasę. Nie ubieram się byle jak, mam dobre maniery.

5. Wyczuwam potrzeby starszych ludzi. Nie muszą nic mówić. Ja wiem, o co chodzi.

6. Jestem pracowita. Nie olewam obowiązków. Nie wystarczy jednak pracować. Starszym ludziom trzeba POKAZAĆ, że się pracuje. Wiem, że oni muszą to widzieć. Jeśli nie wiem, jak coś zrobić, to pytam bez wahania.

7. Mam sztuczki na starszych ludzi, np. na osobę z demencją, którą teraz się zajmuję. Ona z pewnych rzeczy nie zdaje sobie sprawy, a ja opracowałam metody, jak ją namawiać do pewnych czynności.

8. Nie odzywam się nieproszona. Najczęściej jest wskazana powściągliwość.

9. Jestem bardzo odporna psychicznie. Nie porusza mnie czyjś ból albo agonia. Mogę bez problemu na to patrzeć. Tak, wiem jak to brzmi. Kiedyś nie rozumiałam lekarzy czy pielęgniarek, ale teraz doskonale ich rozumiem. To nie jest tak, że mam gdzieś czyjś ból. Pomagam, mogę potrzymać za rękę, ale nic więcej nie mogę zrobić. Nie zbawię świata, nie zlikwiduję bólu. Nie mogę brać wszystkiego do siebie, bo bym oszalała. Pracę zostawiam w pracy.

10. Mam siłę fizyczną. Czasami nie wiem, skąd mam tyle siły, bo jestem drobna, ale ją mam. Mojemu obecnemu szefowi pomagam wstawać z fotela czy kanapy, a jest przecież 2 razy cięższy ode mnie. Mogę bez problemu podciągnąć go do góry, a on czuje moją pewność i wie, że nie upadnie. Wszystko to kwestia odpowiedniej techniki, którą już dawno opracowałam.

11. Mam następujące nastawienie do tej pracy: „Muszę, to zrobię. Potrafię i nic mnie nie zatrzyma”.

12. Mam bardzo dużo dystansu do świata. Nie jestem naiwna, sama wszystko sprawdzam i testuję. Nic nie może mnie zaskoczyć.

Jedynym problemem jest dla mnie to, że muszę udowadniać ciągle, że potrafię to czy tamto. Wspominałam kiedyś, że nie wyglądam na swój wiek. Nie wyglądam nawet na pełnoletnią. Dlatego też starsi Niemcy zakładają, że większości rzeczy nie potrafię zrobić. Muszę udowadniać, że potrafię. Mój obecny szef myślał, że mam 21 lat. Już w dwóch pracach mówili na mnie „die Kleine”, czyli „mała”. W sumie miło to słyszeć, bo czuję się młodo 🙂

Zastanawiam się, o czym napisać kolejny post z tej serii. Czy jest coś, co by Was szczególnie interesowało? Na pewno chciałabym jeszcze napisać o tym, co dała mi opieka nad osobami starszymi i dlaczego niczego nie żałuję. 

O kursach polskiego ponownie

O kursach polskiego ponownie

Prowadzenie bloga stało się dla mnie w ostatnim czasie trochę bezcelowe, bo widzę, że prawie nikt nie komentuje. Nie wiem, czy to co piszę, komukolwiek się podoba lub kogoś interesuje. Jeśli ja poświęcam sporo czasu na napisanie posta, to cieszyłabym się, gdyby czytelnicy poświęcili minutę na napisanie komentarza… Tym bardziej że piszę raz na tydzień, maksymalnie dwa, żeby było na to wystarczająco dużo czasu. Niby ktoś zagląda na tego bloga, ale nie wiem, czy ktoś czyta. Blog ma co prawda dużo wyświetleń, ale nie wiem, ile osób zagląda na niego celowo, a ile przypadkiem…

Dzisiaj napiszę o moim kursie polskiego, o którym pisałam już tutaj:

Kurs polskiego

Jak już wspominałam, uczę polskiego dorosłych w VHS (Volkshochschule). Nowa edycja kursu rozpoczęła się 19 lutego. Tym razem prowadzę 2 kursy: pierwszy to kontynuacja, drugi dla początkujących. Są to małe grupy, co ma zarówno zalety, jak i wady. Naprawdę muszę powiedzieć tu jedno: nie ma wystarczającej liczby materiałów do nauczania polskiego na rynku. Istnieją co prawda niemieckie podręczniki do nauczania polskiego, z których korzystam, ale muszę bardzo modyfikować treści w nich zawarte. Nie chodzi o to, że podręczniki są złe, lecz raczej o to, że muszę ograniczać gramatykę do minimum. Gramatyka polskiego jest bardzo, bardzo, bardzo skomplikowana i gdybym zaczęła zajmować się na kursie końcówkami, to myślę, że uczestnicy szybko by się zniechęcili. Nie są w końcu studentami polskiego jako języka obcego, chcą się nauczyć komunikować. Jak już nieraz wspominałam, nie jestem zwolenniczką wykluczania gramatyki, absolutnie nie. Chodzi raczej o to, że nauczanie w VHS jest bardzo specyficzne. Na kursach jest dużo starszych ludzi i mają oni po prostu inne cele.

90% ćwiczeń opracowuję więc sama, cały czas myśląc o tym, gdzie Niemcy mogą mieć wątpliwości, czego nie rozumieć. Zawsze zastanawiam się nad tym, żeby przypadkiem nie umieścić gdzieś czegoś, co samej mi byłoby trudno wytłumaczyć, np. dlaczego mówi się „mam dwóch synów”, ale „mam czas” itp. W ogóle w polskim jest więcej wyjątków niż reguł i im dłużej uczę swojego języka ojczystego, tym bardziej odkrywam, że słuszność ma tu moje przysłowie „od każdego wyjątku jest reguła”…

Ostatnio zajmowałam się na kursie „zaawansowanym” powtórzeniem zaimków dzierżawczych, a na początkującym powtórzeniem podstawowego słownictwa, wykorzystując samodzielnie opracowane ćwiczenia.  Niedawno udało mi się dorwać do bardzo ciekawego podręcznika, a mianowicie „Polska po polsku”:

Mam 2 tomy tego podręcznika i muszę tutaj powiedzieć to, co od dawna twierdzę, czyli: stare podręczniki są najlepsze. Nowe podręczniki są czasami zbyt nowoczesne… W starych podręcznikach co prawda pojawiają się czasami słowa, które dzisiaj nie są często używane, ale można je wykluczyć. Podręcznik „Polska po polsku” wydawnictwa Interpress skupia się na komunikacji. Wyjaśnienia są w trzech językach: polskim, angielskim i francuskim. Spotkałam już kilku Niemców uczących się polskiego, którzy powiedzieli mi, że to najlepszy podręcznik, z jakim mieli do czynienia. Teraz można go kupić chyba tylko na Allegro. Ja mam wydanie z 1986 roku. Układ jest bardzo przejrzysty, logiczny, także korzystam z niego bardzo chętnie.

Ciekawy jest również podręcznik „Wir lernen Polnisch” wydawnictwa Wiedza Powszechna. Wydawnictwo wydało podręczniki do polskiego nie tylko dla Niemców, lecz także dla Anglików, Rosjan, Hiszpanów czy Włochów. Część pierwsza to teksty, część druga zawiera wyjaśnienia gramatyczne. Na moich kursach korzystam z obu części. Pod każdym tekstem jest słowniczek polsko-niemiecki. Słownictwo jest autentyczne, nie abstrakcyjne, co zdarza się w niektórych podręcznikach.

O niemieckich podręcznikach, „Witam” wyd. Hueber i „Razem” wyd. Klett już pisałam, więc nie będę się tu powtarzać.

Jeśli chodzi o „Witam”, to częściej niż z samego podręcznika korzystam z zeszytu ćwiczeń, w którym znajdują się dosyć praktyczne, pożyteczne ćwiczonka.

Czy znajdę tu kogoś, kto również naucza polskiego i mógłby wymienić się ze mną doświadczeniami lub też kogoś, kto zna obcokrajowców uczących się polskiego? 

Zdjęcia:

Polska po polsku

Wir lernen Polnisch

Razem

Witam

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Lądowanie w Niemczech. Cz. 2

Jak już wspomniałam, w 2010 roku wyjechałam do Niemiec na stypendium Comeniusa. Cieszyłam się, że wyjeżdżam. Stypendium było na rok. W niemieckim gimnazjum prowadziłam samodzielne lekcje. Były to pomocnicze lekcje niemieckiego, ale obowiązkowe. Przeszłam prawdziwą szkołę życia, gdyż uczyłam dzieci w wieku 10-14 lat, co na początku było dla mnie bardzo trudne. Przeżyłam wiele ekstremalnych sytuacji, np. kiedy jedna uczennica chciała wyskoczyć z okna na drugim piętrze. To tylko jeden przypadek, ale nie będę się tutaj rozpisywać o innych, równie ekstremalnych. Podczas stypendium Comeniusa zgromadziłam niesamowite doświadczenia zawodowe, nie tylko prowadząc lekcje, ale także prowadząc polskie kółko, inicjując różne projekty czy partnerstwo szkół. O szczegółach można poczytać na blogu Asystentury Comeniusa. Odsyłam do moich postów:

Moja asystentura

Po roku pracy jako asystentka Comeniusa myślałam, że wrócę do Polski i nawet wróciłam. Naiwnie sądziłam, że znajdę pracę w Polsce. Byłam nawet na trzech rozmowach kwalifikacyjnych, które były tak abstrakcyjne i oderwane od rzeczywistości (chociaż w znanych firmach międzynarodowych), że stwierdziłam, że nigdy więcej nie pójdę na żadną inną rozmowę w Polsce. Tego się trzymam. Dalsze poszukiwanie pracy nie było konieczne, gdyż dostałam wiadomość z niemieckiej szkoły, że zatrudnią mnie na kolejny rok, podczas którego nadal gromadziłam doświadczenia zawodowe i który był dla mnie tak samo wspaniały jak pierwszy. Eh, to były czasy. Skończyły się one jednak z nadejściem nowego dyrektora. Wiedziałam wtedy, że nie mam co liczyć na kolejną umowę, gdyż on mnie w ogóle nie znał, a poza tym miałam umowę na czas określony. Nie jest to miejsce, żeby rozpisywać się o innych czynnikach.

Od tamtego czasu minęły już 2 lata. Radzę sobie, ucząc niemieckiego i polskiego oraz robiąc różne inne rzeczy. Języka polskiego zaczęłam uczyć ponad rok temu. Pisałam już o tym na blogu. Robię to do dzisiaj. Tydzień temu zaczęłam prowadzić w pobliskim mieście 2 nowe kursy. Byłam zaskoczona, że w tym regionie Niemiec w ogóle znaleźli się chętni na naukę polskiego. Kursy są oczywiście małe, co dla mnie nie zawsze jest proste. Na początku nie lubiłam uczyć polskiego, ale po jakimś czasie się z tym oswoiłam. Na pewno wiem jedno: uczenie swojego ojczystego języka jest trudniejsze niż uczenie języka obcego. Na ten temat będą jeszcze posty.

Podczas tych lat w Niemczech przeżywałam wzloty i upadki. Był np. miesiąc, kiedy skończyło mi się ubezpieczenie zdrowotne, zostałam na lodzie i nie miałam pieniędzy, żeby opłacić je z własnej kieszeni. Normalnie chodzę po ulicach bardzo szybko, prawie biegam, ale wtedy chodziłam wyjątkowo powoli, żeby broń Boże np. nie złamać nogi w biegu. Był również czas, kiedy rozpaczliwie poszukiwałam nowej pracy. Złożyłam swe podanie np. w fabryce Oetkera, wymazując studia i wszelkie doświadczenia zawodowe. Nie dostałam tej pracy, ale to lepiej, bo być może do dzisiaj pracowałabym na produkcji pizzy. Po jakimś czasie odbiłam się od dna i teraz bezpiecznie dryfuję na tratwie (pływać nie umiem). Był czas, kiedy omal nie popełniłam samobójstwa, skacząc do rzeki, ale to wszystko jest już za mną. Z tamtych czasów został mi nałóg obsesyjnego oszczędzania i gromadzenia pieniędzy. Nie kupuję sobie praktycznie nic oprócz tego, co jest konieczne.

Od tamtego czasu żyję sobie bezpiecznie, nadal przeżywając wzloty i upadki. Z każdej złej sytuacji jakoś wychodzę. Jest osoba, której wiele zawdzięczam, ale chyba nie chciałaby, abym tu o niej pisała. Ciągle uczę niemieckiego i polskiego, poza tym też tłumaczę. Angażuję się też w szkole, w której kiedyś uczyłam.

Wsiąkłam w Niemcy. Kiedy raz na rok jestem w Polsce, to wszystko jest dla mnie obce. Zanim się przyzwyczaję, to muszę już wracać do Niemiec. Nie wiem, czy na zawsze zostanę w Niemczech. Moje życie nie jest proste, gdyż mieszkam sama i ze wszystkim muszę sobie radzić sama, ale wychodzi mi to na dobre, ponieważ nauczyłam się wielu pożytecznych rzeczy, np. zmieniać żarówkę, podłączać Internet i telefon albo gotować jajko. Tyle kobiet radzi sobie bez pomocy mężczyzn, więc kiedyś stwierdziłam, że i ja sobie poradzę.

To by było na tyle mojej niemieckiej historii. Mam nadzieję, że moje opowieści nie były nudne, ale chciałam tutaj pokazać, że nigdzie nie jest kolorowo. Mimo wszystko przy porównaniu z Niemcami (np. służba zdrowia, kultura pracy, traktowanie pracowników, pensje) Polska traci tak wiele, że nie ma po co wracać. Na pewno mogę powiedzieć to, co chyba mało osób może powiedzieć: nie żałuję niczego.

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Jak znalazłam się w Niemczech? Cz. 1

Powyższe pytanie wiele razy pojawiało się w komentarzach, więc postanowiłam tu opisać moją drogę.

Czy chciałam wyemigrować? Odpowiedź jest tylko jedna: nie. Po studiach chciałam znaleźć pracę w Polsce. Okazało się to jednak niemożliwe, gdyż nie miałam znajomości, a w moim regionie Polski bezrobocie jest wysokie. Np. na mojej dawnej ulicy już prawie nie ma młodych ludzi, bo wszyscy wyjechali do Anglii do pracy. Ci, którzy zostali, kombinują, jak związać koniec z końcem. Dziękuję za takie życie. Wiem, bo dosyć nasłucham się komentarzy od znajomych: „żałuję, że po studiach nie zrobiłem tak jak ty i że nie wyjechałem”.

Ok, wracam do tematu. Kiedy byłam na III roku studiów, to stwierdziłam, że nie będę dobrą germanistką, jeśli nie spędzę dłuższego czasu w kraju niemieckojęzycznym. Złożyłam więc podanie w ramach stypendium Erasmus i oczywiście je otrzymałam. Rok na uniwersytecie Bielefeld spędziłam bardzo produktywnie, dużo się ucząc i zbierając materiały do pracy magisterskiej. Nie imprezowałam, lecz starałam się nauczyć jak najwięcej, a to, czego się nauczyłam, było dla mnie nieocenione, gdyż zobaczyłam, jak naprawdę wygląda życie w Niemczech i jak Niemcy naprawdę mówią. Udział w zajęciach na niemieckim uniwersytecie był niesamowitym doświadczeniem, gdyż – jak wiadomo – w Niemczech studiuje wielu obcokrajowców i było tym bardziej ciekawie. Poza tym Uniwersytet Bielefeld ma bardzo szeroką ofertę różnych zajęć dla studentów i chodziłam np. na kurs fińskiego. W drugim semestrze już nie miałam czasu na to, ponieważ stypendium było niskie i już nie wystarczało na utrzymanie się. Pracowałam więc codziennie po zajęciach jako sprzątaczka w klinice dentystycznej. Wracałam padnięta do mieszkania, a uczyłam się na weekendzie. Było ciężko, ale dałam radę.

Po roku studiów w Niemczech wróciłam na piąty rok do Polski, aby skończyć studia magisterskie. Cieszyłam się, że zdecydowałam się na studia w Niemczech. Może moje zdanie wyda się w tym momencie kontrowersyjne, ale nie rozumiem, jak ktoś może uczyć np. angielskiego, a był w Anglii np. tylko na kilka dni. Wtedy nic się nie wie o tym kraju ani tym bardziej o języku mówionym. Nie bez powodu w wielu krajach zachodniej Europy istnieje obowiązek spędzenia semestru zagranicą, jeśli studiuje się język.

Wracając do tematu… Na V roku studiów zachowałam się jak głupek, gdyż sądziłam, że znajdę pracę w szkole jako nauczycielka niemieckiego. Pamiętam to jak dziś – zima 2010 roku była okropna. Minus 20 stopni w ciągu dnia, śnieg po kolana, a ja jak ostatni głupek jeździłam autobusami do okolicznych szkół i składałam podania. Przez cały styczeń i pół lutego jeździłam codziennie po szkołach. Na każdy dzień układałam sobie plan. Z perspektywy czasu oceniam, że w zasadzie najgłupsze było stracenie pieniędzy na drukowanie podań. Do dzisiaj mnie to boli.

Po kilku miesiącach od skończenia studiów zrozumiałam jeszcze raz, jakie to było głupie. Dowiedziałam się, że w jednym z gimnazjów, gdzie złożyłam swoje podanie, pracę dostała moja koleżanka z roku, która ledwo skończyła studia i Niemiec na oczy nie widziała. Dlaczego ją dostała? Bo dyrektorka tej szkoły była jej ciotką. Współczuję dzieciom, które są uczone przez taką nauczycielkę. Później dowiedziałam się jeszcze o kilku podobnych sytuacjach.

W czerwcu 2010 roku ukończyłam studia magisterskie. W momencie obrony wiedziałam już, że wyjeżdżam. Mniej więcej w połowie ostatniego roku studiów zobaczyłam na uczelni ogłoszenie o stypendium Comeniusa. Można było wyjechać do innego kraju i uczyć tam w szkole. Pomyślałam, że muszę spróbować. Pozbierałam opinie od wykładowców i od dziekana, złożyłam wniosek, którego o mało bym nie złożyła. Wniosek był bardzo długi. Trzeba było dokładnie opisać swoje doświadczenia i plany, cele. Ja zostawiłam to na ostatni dzień, a tamtego dnia akurat miałam bardzo mało czasu. Zmobilizowałam się jednak i wypełniłam ten wniosek błyskawicznie, bez zastanawiania się. Może to właśnie urzekło komisję w Warszawie? Że pisałam prostym językiem i nie wymyślałam nie wiadomo czego? Kilka miesięcy później dowiedziałam się, że otrzymałam stypendium. Nie wiedziałam, do jakiego kraju wyjeżdżam ani w jakiej szkole będę uczyć. Wiedziałam tylko, że wyjeżdżam. Tylko to się liczyło – świadomość, że mam jakąś przyszłość i że nie muszę iść na kasę do jakiegoś supermarketu. Chyba 2 miesiące później dostałam wiadomość, że wyjeżdżam do małej miejscowości Traben-Trarbach w Niemczech. Zobaczyłam na mapie, gdzie jest ta mieścinka, nawiązałam kontakt ze szkołą i ostatnie wakacje w Polsce beztrosko spędziłam z rodziną.

W połowie sierpnia 2010 roku bez obaw wyjechałam do Niemiec i już tam zostałam. Dalszy ciąg moich perypetii w następnym tekście, za kilka dni.

Weihnachtsmarkt w Trier

Weihnachtsmarkt w Trier

Dzisiaj wrzucam kilka zdjęć z jarmarku świątecznego w Trier, na którym byłam 2 lata temu. Może znowu pojadę za rok, żeby upić się grzanym winem i czymś tam jeszcze. Jak większość uczących się niemieckiego wie, Weihnachtsmarkt jest okazją do wczucia się w atmosferę zbliżających się świąt. Można na nim kupić napoje, jedzenie (nie tylko tradycyjne niemieckie), ozdoby na choinkę, pamiątki. Są także atrakcje dla dzieci, np. karuzele.

Na jarmarku w Trier 2 lata temu widziałam sprzedawców bursztynów z Gdańska, a także Hiszpanów sprzedających tradycyjne jedzenie.

Zdjęcia zostały zrobione przeze mnie.

Katedra w Trier

Katedra w Trier

Najpierw odpowiedzi na komentarze:

1. Napiszę post o tym, jak wylądowałam w Niemczech. Nie było to moim planem ani celem, ale teraz się z tego cieszę i nie chcę wracać do Polski.
2. Od stycznia posty będą pojawiać się nieco częściej. Teraz mam mnóstwo pracy. Pierwotnie miałam plan leniuchowania na świętach w samotności, ale praca to pokrzyżowała i do końca grudnia muszę pracować praktycznie 24h na dobę, włącznie ze świętami. Od stycznia rezygnuję z jednej z moich prac, żeby mieć w końcu trochę wolnego czasu. Poszukam od lutego czegoś mniej wymagającego.

Tymczasem wstawiam kilka zdjęć katedry w Trier, moim ukochanym mieście. Miałam zamiar w tym roku zrobić zdjęcia, które lepiej oddają wielkość tej pięknej katedry, ale jak wiadomo, musiałam odwołać wyjazd.

Katedra pod wezwaniem św. Piotra w Trier jest najstarszym kościołem biskupem Niemiec. Ma długość 112,5 m i szerokość 41 m. Zdjęcia nie oddają piękna tej budowli. Byłam tam kilka razy i za każdym razem wrażenie było tak samo wielkie.

Katedra wznosi się na resztkach okazałego domu mieszkalnego z czasów rzymskich. Kiedy cesarz Konstantyn wprowadził oficjalnie religię rzymskokatolicką, zlecono budowę tej bazyliki, która za biskupa Maximina (329-436) stała się jednym z największym kościołów w Niemczech, z czterema bazylikami, baptysterium i budynkami pobocznymi. Około 340 roku powstała tzw. kwadratowa budowa, główna część katedry z czterema monumentalnymi słupami z Odenwald.

W 1986 roku katedra została wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Przed katedrą leży wielki, czarny kamień (Domstein). Jest to czterometrowa granitowa kolumna. Według legendy do budowy świątyni podstępem zaangażowano diabła, który miał cisnąć kolumną, kiedy zorientował się, że pomógł wznieść kościół. W rzeczywistości Domstein to jeden z czterech filarów, które podtrzymywały rzymski Quadratbau, zniszczony w V wieku.

Suknia z Trewiru, inaczej Święta Suknia, Święta Tunika (der heilige Rock) jest najbardziej znaną relikwią w katedrze. Jest przechowywana za specjalną szybą, w szczególnym miejscu katedry, w drewnianym zamknięciu. Rzadko jest prezentowana z bliska, można ją obejrzeć tylko z daleka, podobnie jak Całun Turyński.

Tutaj znalazłam małe info na temat Sukni z Trewiru:

Pochodzenie sukni opisane jest w Ewangelii św. Jana:
Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty. […] Wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: «Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć». Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty, a los rzucili o moją suknię. To właśnie uczynili żołnierze.
Po wydaniu Edyktu Mediolańskiego przez cesarza KonstantynaPapież Sylwester I podarował mu i jego matce Św. Helenie jedną z najcenniejszych zachowanych relikwii – szatę męczeńską Jezusa. Trafiła ona do Trewiru, w którym cesarz i matka rezydowali.
Ostatni raz zbadano tę tkaninę w 1890 r. Według pomiarów, osoba nosząca szatę powinna mieć 180 cm wzrostu. Zgadza się to z badaniami Całunu Turyńskiego, który wskazuje na wysokość 181 cm.

W katedrze znajdują się liczne nagrobki dawnych biskupów Trewiru, m.in. Balduina von Luxemburg, Richarda von Greiffenklau zu Vollrads czy Theodericha von Wied.

 

 

W tej części katedry przechowywana jest Święta Suknia:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Te 2 myszki symbolizują biedę:

 

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Weihnachtsmarkt odwołany

Kiedy planuję coś długofalowo, to praktycznie nigdy się nie udaje, tak więc stało się i tym razem. Długo planowałam jazdę na Weihnachtsmarkt w Trier na 7 grudnia, ale oczywiście coś mi stanęło na przeszkodzie. Cały dzień będę w pracy, w nocy też. Wcześniej pracowałam 15-16 h na dobę, teraz zrobiły się z tego 24 h. Muszę tak pociągnąć jeszcze ze 2, 3 tygodnie. Potem mam zamiar tylko spać. Poza tym spać i spać. Do tego dołożę spanie.

Tak więc nie zrealizuję mojego planu upicia się grzanym winem i likierem jajecznym… Co prawda mogłabym go zrealizować kiedy indziej, ale przysmaki te smakują mi tylko na jarmarku świątecznym. Jeszcze zobaczę, może uda mi się zaglądnąć na chwilę na Weihnachtsmarkt w moim mieście, chociaż w to wątpię.

Lata temu przysięgłam sobie, że będę pracować tylko wtedy, kiedy będę chciała i gdzie będę chciała. Do tej pory z sukcesem realizowałam to postanowienie, ale nie przewidziałam, że jestem niezbędna i że są ludzie, którzy nie mogą się beze mnie obejść. No cóż – przetrwam, bo bywałam w o wiele gorszych sytuacjach. Szczerze mówiąc, to nie wiem, jak wszyscy sobie beze mnie radzą, kiedy raz na rok jadę do Polski.

Tak jak wspomniałam, w moim mieście też jest Weihnachtsmarkt, i to na dodatek pod ziemią. Z tego powodu przybywają tu turyści autobusami, bo jest to coś innego – wyjątkowy jarmark. Np. w lokalnej gazecie w Kolonii była reklama naszego jarmarku i oferta wycieczek. Na weekendzie jest duży tłok. Nasz jarmark nazywa się Moselweinnachtsmarkt. To nie błąd – w środku jest słowo „Wein”, gdyż u nas produkuje się wino. Nazwa jarmarku jest więc grą słów. Na oficjalnej stronie można poczytać więcej i obejrzeć zdjęcia:

Mosel-wein-nachts-markt

Odwołanie mojej planowanej wyprawy nauczyło mnie, że lepiej pozostać spontaniczną i nic nie planować, jak to mam w zwyczaju. Ale: mam zdjęcia z jarmarku świątecznego w Trier sprzed dwóch lat oraz zdjęcia z Muenster, gdzie byłam w 2008 roku. W najbliższych dniach postaram się je wrzucić. Miałam w planach ciekawą serię świąteczną, ale z powodu pracy raczej się nie wyrobię. Może na świętach się uda.

We wtorek byłam na spotkaniu adwentowym, gdzie śpiewałam wraz z innymi ładne niemieckie piosenki świąteczne, w tym moje ulubione, więc i je chciałabym przedstawić na niniejszym blogu.

Rynek Główny w Trier

Rynek Główny w Trier

Trier (Trewir) to chyba moje ulubione miasto. Zaledwie godzinę drogi ode mnie pociągiem, ale nie byłam tam już od dwóch lat. Kiedy sprowadziłam się do mojej mieścinki, to na początku często jeździłam do Trier do biblioteki uniwersyteckiej, żeby zbierać materiały do doktoratu, z którego potem jednak zrezygnowałam. W grudniu zwykle jeździłam do Trier częściej, żeby zobaczyć Weihnachtsmarkt. Minęły już jednak 2 lata, a ja nigdy nie miałam czasu, żeby tam pojechać. Teraz jednak już od dwóch miesięcy się zbierałam, planowałam i za tydzień w sobotę w końcu jadę. Najpierw pozbieram w bibliotece materiały do artykułu, a potem odwiedzę moje ulubione punkty miasta. Z tej okazji nawet po raz pierwszy w życiu wzięłam wolne. Rano co prawda muszę na godzinkę skoczyć do pracy, ale potem mam wolne 🙂 



Mieszkam w małym mieście, tak właściwie miasteczku, które otoczone jest wioskami i na co dzień nie widuję świateł ulicznych, centrów handlowych czy wielu samochodów, także będąc w Trier, będę musiała na to wszystko uważać, żeby nie skończyć pod kołami samochodu, co kiedyś już mi się zdarzyło. W wielkim mieście bywam raz na rok i tak jest dobrze. Spokój i cisza nie mają ceny. 

Należy zaznaczyć, że w Trier zachowało się wiele elementów powstałych jeszcze za czasów Cesarstwa Rzymskiego, o czym powoli będę pisać. Dzisiaj zacznę od Rynku Głównego miasta. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione przeze mnie. 

Rynek Główny w Trier (Trewir) jest centralnym punktem miasta. Na rynku znajduje się tzw. Marktkreuz, czyli krzyż, symbol władzy, który znajduje się tam od roku 958 i stoi na starym rzymskim słupie. Na krzyżu można przeczytać łaciński napis: Henricus archiepiscopus Treverensis me erexit“ („Arcybiskup Trewiru Henryk postawił / wzniósł mnie„). Na rynku znajduje się obecnie jedynie kopia średniowiecznego krzyża – oryginał można od roku 1964 podziwiać w miejskim muzeum Simeonstift. 


Domy na rynku reprezentują różne style: renesans, barok, klasycyzm, późny historyzm. Do najważniejszych budynków należą budynek głównej warty, dawny hotel, die Steipe, dom rady miejskiej, Czerwony Dom. 








Fontanna Petrusbrunnen została stworzona 1594/95 przez rzeźbiarza Hansa Ruprechta Hoffmanna. Na szczycie fontanny znajduje się figura patrona miasta św. Piotra (stąd nazwa fontanny). Na fontannie są odwzorowane 4 cnoty główne: Justitia – sprawiedliwość (z mieczem i wagą), Fortitudo – siła, moc (z rozbitym słupem), Temperantia – umiar (z winem i wodą) oraz Sapientia – mądrość (z lustrem i wężem).  Poza tym fontanna została udekorowana wieloma innymi elementami: figurami zwierząt (gęsi, lwy, delfiny, orły, małpy), herbem miasta oraz innymi detalami.  



Źródło:

Denkmaltopographie Bundesrepublik Deutschland. Kulturdenkmäler in Rheinland-Pfalz
. Band 17.1 Stadt Trier – Altstadt. Wernersche, Worms. Buchnummer 3-88462-171-8 (1. Auflage 2001). 

Most w Traben-Trarbach

Most w Traben-Trarbach

Dzisiaj chciałabym napisać kilka słów o moście w moim mieście:

 
 





Most łączy dwie części miasta: Traben z Trarbach. Jest jedyną drogą z jednej części miasta na drugą. Widok z niego jest taki:

 
 
 
Bardzo lubię iść przez most, chociaż w lecie znacznie utrudniają to tłumy turystów. Nie lubię iść przez niego w sumie tylko wtedy, kiedy wieje silny wiatr, bo trudno utrzymać wtedy równowagę. 
 
Przed II wojną światową most wyglądał tak:

 

 



 

 

Jak widzimy na zdjęciach, stary most był małym dziełem architektury i niewątpliwie nadawał miastu jeszcze więcej uroku. Niedawno dowiedziałam się, że pod koniec II wojny światowej został wysadzony. Postanowiłam zapytać o to moją 93-letnią sąsiadkę (Niemkę oczywiście), która mieszka tu mniej więcej od 1930 roku i doskonale wszystko pamięta. Opowiedziała mi taką historię: 
 

Stary most został zbudowany 1898/99 i wysadzony krótko przed końcem II wojny światowej. Dzień wcześniej, wieczorem, w domu mojej sąsiadki, która mieszkała wtedy z rodzicami i siostrą, zjawili się żołnierze niemieccy poszukujący kwatery. Trzeba było zwolnić mieszkanie na nocleg dla nich, ale to było normalne. Ludzie spali wtedy w piwnicach. Sąsiadka powiedziała mi, że tej nocy ułożyła się na skrzynkach na jabłka. Rano żołnierze jeździli po mieście i kazali wszystkim otworzyć okna, żeby wybuch ich nie zniszczył. Chwilę później wysadzono most. Zrobili to więc niemieccy żołnierze, żeby utrudnić Amerykanom przemieszczanie się. Lokalna ludność po tym wydarzeniu rozpoczęła zbieranie pieniędzy na nowy most. Koszt oszacowano na 900.000 Reichsmark. Rozpoczęto zbieranie pieniędzy, każdy datek się liczył. Nowy most został otworzony w lipcu 1947. Ludzie wtedy świętowali, burmistrz ufundował wino, które pito tego dnia nad rzeką. W czasie tych dwóch lat, kiedy nie było mostu, ludność przeprawiała się na drugą stronę miasta promem. Po otworzeniu mostu każdy darczyńca otrzymał oficjalne podziękowanie. W domu mojej sąsiadki wisi takie właśnie podziękowanie, które otrzymał jej ojciec.

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

25 faktów o mnie

Skoro ten temat jest na blogach popularny, to i ja się przyłączam.

1. Jestem pracoholiczką. Jeszcze nigdy nie wzięłam urlopu, pracuję od poniedziałku do niedzieli i nie umiem odpoczywać. Dlatego jestem samotnikiem.
2. Bardzo lubię uczyć. Już od dziecka nie wyobrażałam sobie innego zawodu.
3. Zawsze nienawidziłam tłumaczyć, ale ostatnio zaczynam to lubić.
4. Lubię pisać teksty czy artykuły naukowe. Gdybym tylko mogła, to poświęciłabym się całkowicie studiowaniu i analizie literatury. Siedziałabym całymi dniami i interpretowała.
5. Jestem molem książkowym. Uczę się różnych języków m.in. po to, żeby czytać książki w oryginale.
6. Moim pierwszym językiem obcym był angielski, potem niemiecki. W niemieckim jednak zakochałam się od pierwszej lekcji w 5 klasie podstawówki. Już wtedy postanowiłam, że kiedyś będę studiować ten język i przez te wszystkie lata to się nie zmieniło. Znam hiszpański, uczę się francuskiego i fińskiego. Miałam krótki epizod z włoskim, ale nie lubię tego języka.
7. Bardzo lubiłam studia germanistyczne, do tej pory tęsknię za nimi. Za czasem, kiedy mogłam zgłębiać niemiecki i nie zajmować się niczym innym.
8. Mam paniczny lęk wysokości. Już jako dziecko nie chciałam, żeby ktoś huśtał mnie na huśtawce. Jestem ciekawa, skąd się u mnie wziął ten lęk. Jest to jeden z powodów, dla których bezpiecznie mieszkam sobie na parterze.
9. Nie boję się ciemności. Czasami chodzę w nocy do lasu i wcale nie boję się dzików i innych leśnych stworzeń.
10. Nie boję się śmierci. Jestem ciekawa, jak to jest umierać.
11. Mam obsesję na punkcie oszczędzania pieniędzy. Nad każdym wydatkiem długo myślę.
12. Uważam, że uczenie się łaciny ma sens. Kiedyś ją umiałam, ale zapomniałam. Planuję powtórzyć.
13. W marzeniach jestem himalaistką zdobywającą najwyższe szczyty Himalajów i Karakorum. Czytam literaturę górską i bardzo podziwiam himalaistów. Moje marzenie nigdy się nie spełni przez lęk wysokości, ale w snach na pewno nadal będę zdobywać K2 albo Nanga Parbat, czyli dwie najtrudniejsze góry świata.
14. Lubię muzykę klasyczną i nie mówię tego tylko dlatego że tak wypada, ale naprawdę ją bardzo lubię.
15. Lubię telenowele meksykańskie, wenezuelskie, kolumbijskie i peruwiańskie. To właśnie z nich bardzo skutecznie nauczyłam się hiszpańskiego. Kiedy je oglądam, to siedzę z zeszytem i zapisuję ciekawe wyrażenia.
16. Jestem chorobliwie ambitna i czasami siebie za to nienawidzę.
17. Nie lubię kotów, psów i dzieci. Do szału doprowadza mnie miauczenie kotów, szczekanie psów i płacz dzieci, a ogólnie mało rzeczy potrafi wyprowadzić mnie z równowagi. Nie zachwycam się dziećmi, bo moim zdaniem nie są ani słodkie, ani urocze.
18. Jestem bardzo pewna siebie. Czasami chyba za bardzo.
19. Nigdy nie wychodzę z domu bez parasola, chusteczek higienicznych i lusterka.
20. Nie umiem posługiwać się telefonami dotykowymi. Mam starą komórkę z klawiaturą, którą kupiłam 8 lat temu. Niedawno kupiłam smartphone’a, ale przeraziła mnie ta technika i postanowiłam oddać go siostrze. Zdenerwowałam się, kiedy nie umiałam odebrać, jak ktoś dzwonił albo jak nie umiałam wyłączyć dzwonków.
21. Lubię uczyć Niemców polskiego. Na początku mi się to nie podobało, ale potem polubiłam to zajęcie.
22. Nie mam prawa jazdy i nie mam zamiaru go zrobić. Zdaję się na własne nogi i na Deutsche Bahn.
23. Kiedyś byłam uzależniona od czekolady.
24. Jestem uzależniona od mandarynek i od herbaty.
25. Zbieram znaczki pocztowe. Najcenniejsze w mojej kolekcji pochodzą z Indonezji i Jamajki.

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Kurs polskiego

Jest niedziela, a ja wstałam o 7:50. No cóż, muszę iść do pracy. Pracuję, kiedy mi się podoba, więc dzisiaj pójdę sobie wcześniej. To nie może zaszkodzić.

O tym, że uczę polskiego w Volkshochschule, pisałam już tutaj:

Doświadczenia zawodowe. Cz. 4

Jesienny kurs zaczął się 4 września. Pierwsze dwa spotkania poświęciłam na powtórki, gdyż jest to kontynuacja kursu zimowo-wiosennego. Miło było po 4 miesiącach spotkać się z uczestnikami i stwierdzić, że wszyscy przyszli ponownie. Teraz zaczęłam korzystać z nowych podręczników:

„Razem”

Podręcznik „Razem” uważam za ciekawy i nowoczesny, chyba trochę lepszy od „Witam” wydawnictwa Hueber, chociaż metodyka jest dosyć podobna. Jest w nim jednak wiele ćwiczeń, jakich nie widziałam nigdy wcześniej, chociaż miałam styczność z setkami podręczników do nauki niemieckiego. Widać, że autorzy zadali sobie dużo wysiłku, żeby jak najbardziej ułatwić Niemcom naukę polskiego.

Kiedy byłam w Polsce, to kupiłam podręczniki „Wir lernen Polnisch” Wiedzy Powszechnej:

„Wir lernen Polnisch”

W cz. 1 znajdują się dialogi i krótkie teksty, pod spodem zawsze jest słowniczek z tłumaczeniem na niemiecki. W cz. 2 znajdują się objaśnienia i ćwiczenia gramatyczne, wszystkie objaśnienia oczywiście po niemiecku. Podręcznik z dialogami uważam za pożyteczny, gdyż postępuje dosyć łopatologicznie, a czasami tego potrzeba.

Bardzo dużo ćwiczeń piszę sama, ostatnio korzystam przede wszystkim właśnie z nich. Kiedy przychodzi co do czego, to stwierdzam, że tylko moje ćwiczenia pozwolą na dokładną powtórkę tego, co było. Z gramatyki na razie zrobiłam koniugację czasowników -am/-asz (w polskim są 4 koniugacje), czasownik „być” i trochę odpowiedzi na pytania „gdzie?” i „dokąd?”. Obecnie zastanawiam się, jak „ugryźć” rodzaj rzeczownika i zaimki dzierżawcze.

Tu jeszcze wstawiam przykładowe ćwiczenia napisane przeze mnie:

Czasowniki -am/-asz
nazywać się
(ja) nazywam się
(ty) nazywasz się
(on, ona, ono) nazywa się
(my) nazywamy się
(wy) nazywacie się
(oni, one) nazywają się
1.   „nazywać się”
a)    (ty) Jak ________________?
b)   (pani) Jak ____ pani ____________?
c)    (my) _______________ Kasia i Michał.
d)   To są dziewczyny. One _________________ Ewa i Beata.
e)    (wy) _____________ Paweł i Jakub?
f)     Jak _____________ twój syn?
g)   Miasto _____________ Koblencja.
h)   Stolica Niemiec ______________ Berlin.
i)     Nauczyciel ______________ Schneiders.
j)     Jak _____________ pies?
2.   „sprzątać”
a)    (ja) __________ mój pokój.
b)   (ona) __________ mieszkanie.
c)    (wy) __________ dom i ogród.
d)   (oni) _________ ulicę.
e)    Kiedy __________ pani pokój gościnny?
f)     Dzieci __________ pokój.
g)   Sąsiedzi ____________ garaż.
h)   Kto ___________ dzisiaj pokój dziecinny?
i)     My __________ garaż, a oni ___________ ogród.
j)     Ludzie __________ dworzec.
3.   „mieszkać”
a)    (ty) Gdzie ___________?
b)   To są Beata i Irena. _____ ______________ w Polsce.
c)    (ja) ____________ w Monachium.
d)   Gdzie ___________ twoja córka?
e)    Państwo Kowalscy ______________ tutaj.
f)     Sąsiad ___________ mieszka obok.
g)   Moja rodzina ___________ w Polsce.
h)   Jego brat __________ w Niemczech, a jego siostra w Anglii.
i)     (my) ____________ na wsi, a (wy) ___________ w mieście.
4.   „mieć”
a)    (ty) _______ czas?
b)   On ________ pieniądze.
c)    (wy) Czy _________ słownik?
d)   (my) _________ dom, ale nie _________ ogrodu.
e)    (państwo) Czy __________ państwo zegarek?
f)     (ty) Gdzie ___________ bilet?
g)   (ja) Nie _________ teraz czasu. ________ czas potem.
h)   Kto _________ samochód?
5.   „znać”
a)    (ja) Nie ________ ciebie.
b)   (ty) Skąd mnie __________?
c)    (my) __________ dobrze to miasto.
d)   ________ pan moje nazwisko?
e)    (wy) Nie ________ nas?
6.   „witać”
a)    (ja) __________ was serdecznie.
b)   (my) ___________ cię w domu.
c)    Oni ___________ nas bardzo miło.
d)   (wy) Kogo ___________ tak serdecznie?
e)    Państwo ___________ nas.
7.   „czytać”
a)    (ty) __________ chętnie?
b)   (ja) Codziennie __________ gazety.
c)    Kto _________ teraz wiadomości?
d)   Dzieci __________ bajki.
e)    Co oni ___________?
f)     (wy) ____________ chętnie gazety.
g)   Co ___________ pani często?
8.   Uzupełnij tekst właściwymi formami czasowników! (być, nazywać się, sprzątać, mieszkać, mieć, witać, znać, czytać)
_________________ Magda. ____________ w Niemczech, ale ____________ z Polski. Mój kraj ___________ Polska. Moje miasto ____________ Głogów.
___________ niezamężna. Moja rodzina ___________ w Polsce. __________ siostrę i brata. _________ Niemcy dobrze. ___________ w Traben-Trarbach, ale _________ też Wittlich całkiem dobrze. Nie _________ Bernkastel.
Często _____________ moje mieszkanie. Ono ________ małe, ale wygodne. Moja ulica ______________ Wildbadstraße. Czasami _________ czas i wtedy ___________ książki albo gazety. Codziennie rano ____________ wiadomości. Wiadomości ___________ w gazecie i w Internecie.

____________ serdecznie gości.