Wycieczka do Trier. Cz. 2

Wycieczka do Trier. Cz. 2

Dzisiaj kontynuuję opowieść o mojej małej wycieczce do Trewiru. Opowiem trochę o rynku, który bardzo lubię. Jest moim zdaniem śliczny, a byłby jeszcze ładniejszy, gdyby nie było na nim tylu handlarzy. Chyba jednak w każdym większym mieście tak jest.

Teraz dosyć rzadko piszę na blogu. Chciałabym częściej, w kolejce czeka mnóstwo ciekawych tematów, ale niestety czas mi na to nie pozwala. Ostatnio musiałam zastąpić kogoś w pracy i szykuje się jeszcze jedno zastępstwo. Na szczęście w drugiej połowie września będę w końcu mieć trochę czasu, bo mój szef wyjeżdża na urlop. Ponieważ pracuję bezpośrednio z nim, nie będę musiała chodzić do jednej z moich prac 🙂

Rynek główny (der Hauptmarkt) jest centralnym punktem miasta. Jak widzicie, można tam podziwiać piękne domy. Reprezentują one różne style: renesans, barok, klasycyzm, późny historyzm, także styl gotycki.

Na rynku znajduje się także fontanna – der Petrusbrunnen. Została ona stworzona w 1594-1595 roku przez rzeźbiarza Hansa Ruprechta Hoffmanna. Na szczycie znajduje się figura św. Piotra, patrona miasta. Na fontannie widzimy rzeźby czterech cnót: Justitia – sprawiedliwość (z mieczem i wagą), Fortitudo – siła, moc (z przełamaną kolumną), Temperanta – umiarkowanie (z winem i wodą) oraz Sapientię – mądrość (z lustrem i wężem). Fontanna została udekorowana wieloma innymi elementami, między innymi figurami zwierząt (np. gęsi, lwy, delfiny, orzeł, małpy).

Na rynku znajduje się Marktkreuz, czyli krzyż. Jest on symbolem godności, dostojeństwa. Został on postawiony w 958 roku przez arcybiskupa Heinricha I, stoi na starej rzymskiej kolumnie. Na krzyżu przeczytamy łaciński napis: „Henricus archiepiscopus Treverensis me erexit” („Trewirski arcybiskup Henryk mnie postawił”). Na rynku głównym znajduje się obecnie tylko kopia średniowiecznego krzyża – oryginał można podziwiać od 1964 roku w miejskim muzeum Simeonstift.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. 

Wycieczka do Trier. Cz. 1

Wycieczka do Trier. Cz. 1

Dzisiaj nadszedł czas na opis mojej wyprawy do Trier (po polsku Trewir). Wybrałam się tam w zeszłą sobotę. Trier i Koblenz to najbliższe duże miasta w moim regionie. Do Trier trzeba jechać godzinę pociągiem. Nie byłam tam już ponad 2 lata i dlatego postanowiłam, że jak tylko będę mieć wolne popołudnie, to się wybiorę. Zasadniczo zbierałam się do tego już od wielu miesięcy, ale jakoś nie tęsknię za dużymi miastami. Trudno było mi się zebrać. Poza tym dzisiaj po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że lepiej iść do pracy niż mieć wolne. Dzisiaj np. mam wolne popołudnie, to już skręciłam kostkę. Ponieważ u nas w szpitalu dzisiaj prawie nikt nie pracuje, to muszę udać się tam jutro z samego rana. A niech to! Jak chodzę do pracy, to nigdy nic mi się nie dzieje. Jak mam wolne popołudnie, to od razu coś takiego… Praca rządzi!!!

To jednak post na temat Trier, więc może wrócę do tematu. Jest to moim zdaniem przepiękne miasto. Jeszcze nie takie ogromne, bo ma niewiele ponad 100.000 mieszkańców. Tutaj w regionie wydaje się jednak być ogromne. Kiedyś częściej jeździłam do Trier, teraz (widocznie na szczęście) nie mam na to czasu.

Bardzo lubię klimat tego miasta. Dla mnie co prawda i tak jest za duże, ale obiektywnie nie można nazwać go wielkim miastem. Przerażają mnie mimo to wszechobecne samochody i autobusy.

W Trier jest wiele budowli, a tak właściwie ich pozostałości, z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Poza tym bardzo lubię piękną katedrę. Rynek też jest śliczny, ale aż tak bardzo go nie lubię, bo za dużo na nim handlarzy wszystkim, co tylko możliwe.

Na początek selfie w parku. Bardzo nie lubię takich zdjęć, nigdy ich sobie nie robię, ale tutaj zrobiłam na pamiątkę:

Na początku nie byłam pewna, czy pamiętam, jak dojść do Porta Nigra i do rynku, ale po chwili odświeżyłam pamięć i trafiłam. Tutaj już wyłania się Porta Nigra:

Porta Nigra („czarna brama”) uchodzi za symbol miasta. Zawsze robiła i robi na mnie ogromne wrażenie. Jest do dawna rzymska brama miejska oraz najlepiej zachowana rzymska brama miejska na terenie Niemiec. Od 1986 roku Porta Nigra jest wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO.

Brama została wybudowana około 180 roku n.e. jako północne wejście do miasta Augusta Treverorum, czyli do dzisiejszego Trewiru. Nigdy nie została ukończona. Nazwa Porta Nigra używana jest od średniowiecza, kiedy to ciemny kolor powstał na skutek wietrzenia piaskowca. Inna dawna nazwa to „Porta Martis” (brama Marsa).

Pochodzący z Sycylii bizantyjski mnich Symeon w 1028 osiedlił się w Porta Nigra jako pustelnik. Rzekomo kazał się tam zamurować. Po śmierci w 1035 roku został tam też pochowany, a biskup Trewiru doprowadził w tym samym roku do jego kanonizacji. Ustanowił kapitułę Symeona (Simeonstift) i wybudował bramę do bocznego kościoła, w którego dolnej kaplicy pochowany był Symeon.

W 1802 roku Napoleon nakazał zamknąć kościół i kapitułę, a podczas swojej wizyty w Trewirze w 1804 roku zarządził rozbiórkę budowli kościelnych. W latach 1804-1809 budynek został całkowicie przebudowany. Prusacy zarządzili w 1815 roku wyburzenie budowli powstałych za Napoleona, więc brama Porta Nigra znowu była doskonale widoczna.

W latach 70-tych XIX wieku rozebrano miejski mur i prawie wszystkie średniowieczne bramy miejskie, między innymi także bramę Symeona.

Porta Nigra można dokładnie obejrzeć również od środka. Kiedyś tam byłam i mam gdzieś zdjęcia, lecz muszę je odszukać. Ulica, która prowadzi od Porta Nigra do rynku, czyli Simeonstrasse, jest klasycznym deptakiem. Znajduje się na niej oczywiście mnóstwo sklepów. Do centrów handlowych w stylu Karstadt czy Galeria Kaufhof nawet nie wchodziłam, bo nie lubię takich miejsc. Wolę małe sklepiki. Ktoś kiedyś powiedział mi, że czynsze na Simeonstrasse są najwyższe w całych Niemczech, wyższe niż nawet w Berlinie.

Kolejnym razem napiszę o rynku i o przepięknej katedrze. Mam nadzieję, że odnajdę moje stare zdjęcia z Trier. Podobnie jak zdjęcia z Luksemburga, gdyż chciałabym Wam opisać i pokazać, co swojego czasu zwiedziłam. Kiedy będę mieć pewnego dnia znowu wolne popołudnie, to wybiorę się do Saarbruecken.

Zdjęcia są mojego autorstwa. 

Moje miasteczko plus

Moje miasteczko plus

Posty o moim miasteczku, Traben-Trarbach, już się pojawiły, ale w koncercie życzeń znalazła się prośba, abym napisała o tym, co jest typowe. Dzisiaj przyszedł na to czas. Tutaj wcześniejsze posty o moim mieście:

Traben-Trarbach. Pierwsza porcja

Traben-Trarbach. Cz. 2

Traben-Trarbach. Cz. 3

Traben-Trarbach. Cz. 4

Traben-Trarbach. Cz. 5

Most w Traben-Trarbach

Bez samochodu, ale z powodzią

Tak jak pisałam, miasteczko leży w dolinie rzeki. Z jednej strony jest to dla mnie dobre, bo nienawidzę zimy i śniegu. Tutaj zima jest taka jak w Polsce jesień i bardzo mi to odpowiada. Z drugiej strony w lecie jest strasznie duszno i parno. W upalne dni ledwo da się wytrzymać. Tak to jest w dolinie. Mówi się często, że mamy „dicke Luft” (ciężkie powietrze). Nic dziwnego, że wiele osób tutaj mówi o sobie, że są „wetterfühlig” (wrażliwy na zmianę pogody). Na dodatek pogoda jest bardzo zmienna. Nieraz jest tak, że idąc, co chwilę zamykam i otwieram parasol, bo co deszcz zacznie padać, to zaraz przestaje. Kiedy idę gdzieś na piechotę i świeci słońce, to i tak nigdy nie zapominam parasola, bo wiem, że za minutę mogą wyjść ciemne chmury i może lunąć deszcz. W lecie często są burze, częściej niż w Polsce. Nienawidzę tutaj lata i każdego roku nie mogę się doczekać, kiedy się skończy. Ogólnie nie znoszę słońca, dlatego cieszę się, że moja strona miasta jest mniej nasłoneczniona. Mieszkam w starym domu. W lecie jest to świetne, bo w środku jest chłodno.

Pisałam już o tym, że mój region jest regionem turystycznym. Co przyciąga tutaj turystów? Przede wszystkim wspaniałe widoki, rejsy statkiem po rzece, zamki nad Mozelą, szlaki wędrowne, liczne zabytki, piwnice na wino, które można zwiedzać. Poza tym wielu też pewnie fakt, że są tutaj same małe miasteczka i wsie. Nie ma wielkich miast i dla mnie jest to super, bo nie lubię dużych miast.

W zimie miasto zamiera. Mniej więcej pod koniec października zamykanych jest wiele lokali, restauracji, sklepów, lodziarnie. W marcu są ponownie otwierane na sezon. W sezonie, który trwa pół roku, jest w mieście bardzo dużo turystów. Z obcych języków słychać przede wszystkim niderlandzki, francuski i angielski. Muszę przyznać, że turyści okropnie działają mi na nerwy, bo chodzą po mieście jak święte krowy i większość uważa chyba, że zawsze mają pierwszeństwo przed samochodami i rowerami. Kiedy jadę rowerem, to nieraz muszę drastycznie zwalniać, żeby ktoś nie wszedł mi pod koła. Nigdy nie krzyczę „Vorsicht!”, bo nie wiem, czy ta osoba zna niemiecki, zawsze brzęczę dzwonkiem. Co roku oddycham z ulgą, kiedy sezon się kończy. Wiem oczywiście, że turyści to wielkie źródło dochodów dla regionu, ale i tak co roku jesienią się cieszę.

 

Turyści sprawiają również, że ceny w sklepach są wysokie. Jest w mieście kilka sklepów z ubraniami czy z różnymi pamiątkami, rzeczami do domu, ale nic tam nie kupuję, bo nie wydam przecież 150 euro na sukienkę. Dlatego ubrania kupuję tylko w Internecie. Tutaj robię zakupy tylko w supermarkecie.

Charakterystyczne w moim mieście i regionie jest to, że prawie wszędzie jest „Mittagspause”, czyli przerwa obiadowa. W godzinach południowych nie warto wybierać się do urzędu, na pocztę czy do wielu sklepów. Nieraz mnie to denerwuje, ale co poradzić. Ciekawe jest to, że 95% restauracji ma tzw. „Ruhetag”, czyli dzień odpoczynku, nawet w sezonie. W ten jeden dzień w tygodniu są one zamknięte. Podoba mi się to. W Polsce coś takiego byłoby chyba nie do pomyślenia – żeby zamykać lokal w szczycie sezonu na jeden dzień w tygodniu. Poza tym prawie każda restauracja czy sklep ma tzw. „Betriebsferien”, czyli przerwę urlopową. Wiąże się to z zamknięciem na 2 tygodnie. Z tego, co widzę, to jest to raz w roku, niektóre lokale robią takie przerwy 2 razy w roku. W Polsce chyba nie ma czegoś takiego. Wiele lokali robi takie przerwy w sezonie.

Ciekawe jest również to, że wielu Holendrów czy Anglików kupuje sobie w moim regionie „Ferienhaus” albo „Ferienwohnung”, żeby spędzać tu urlop. Na mojej ulicy jeden z takich domów mają Finowie. Dla mnie wszystko jest tu normalne, ale kiedy ktoś przyjeżdża nad Mozelę po raz pierwszy, to wszystko jest dla niego jak z bajki. Ciekawe jest również, że wielu Holendrów czy Anglików sprowadza się tutaj na starość. Moi przyjaciele Anglicy są emerytami i kupili dom w moim miasteczku, żeby spędzić tutaj starość. Wiem, że jest dużo takich osób.

Zdjęcia są mojego autorstwa. 

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Dzisiaj jeszcze kilka rzeczy o opiece. Napisałam o tym, co dała mi ta praca i dlaczego niczego nie żałuję. Zapraszam do komentowania i zadawania pytań.

1. Nauczyłam się wielu rzeczy, przede wszystkim trochę gotować. Jeszcze 2 lata temu nie umiałam ugotować jajka, makaronu, ziemniaków ani ryżu. Teraz już potrafię, a niedawno nauczyłam się nawet, jak robić jajecznicę i jajko sadzone, o co nigdy bym siebie nie podejrzewała. Kiedy udało mi się zrobić jajko sadzone, to byłam w takim szoku, że zrobiłam mu zdjęcie na pamiątkę. Czasami ludzie się dziwią, że nie potrafiłam ugotować takich rzeczy, ale skąd miałam umieć, jeśli ich nie jem. Jedyną rzeczą, której się pewnie nigdy nie nauczę gotować, są sosy, ale na szczęście można kupić gotowe.

2. Nasłuchałam się historii z przeszłości. Miałam i mam do czynienia z osobami w wieku około 90 lat i powyżej. Jeśli są to osoby, które nie mają demencji czy Alzheimera, to mogę posłuchać ciekawych historii z wojny. Ostatnio np. szef opowiadał mi, jak musiał na wojnie uciekać z płonącego czołgu i jak widział, że po jego koledze został tylko popiół. Pokazywał mi też miejsce na nodze, w które uderzył go granat. Do dzisiaj ma ślad. Takie historie mogłabym tylko poczytać w książkach. Dodatkowo bardzo ciekawa jest perspektywa Niemców.

3. Zmieniłam swoje nastawienie do życia. Rok temu pewna starsza osoba powiedziała mi: „Ja w moim życiu zawsze robiłam tylko to, co musiałam. Zawsze było tylko ich muss„. W tamtym momencie zrozumiałam, że ja pod koniec mojego życia nie chcę tego powiedzieć. Chcę wtedy powiedzieć: „Robiłam to, co chciałam robić„. Staram się to realizować na tyle, na ile mogę.

5. Nauczyłam się rzeczy związanych z opieką: stopnie opieki, instytucje pomagające, funkcjonowanie służby zdrowia, ogólnie opieki nad starszymi ludźmi. Wiem, jak to wszystko działa.

6. Poznałam dużo nowych osób, poszerzyłam horyzonty, dowartościowałam się.

7. Zmieniłam swoje nastawienie do starości. Starsi ludzie w Niemczech bardzo często mają dużo pieniędzy, które oszczędzali przez całe życie, często właśnie, żeby zapewnić sobie opiekę na starość. Wiadomo, że w Niemczech bardzo rzadko zdarza się, żeby dorosłe dzieci mieszkały z rodzicami. Znam tylko taki jeden przypadek, ale jest to akurat sytuacja wyjątkowa. Moja 83-letnia sąsiadka powiedziała mi kiedyś: „Nigdy bym nie chciała, żeby mój syn musiał się mną na starość zajmować”. Inna sąsiadka sama poszła do domu starców, kiedy widziała, że już nie może mieszkać sama. Tutaj ludzie nie oczekują od swoich dzieci opieki na starość i to jest moim zdaniem dobre, bo myślę, że to nie jest obowiązek dzieci. Tutaj dom starców nie jest widziany jako coś negatywnego, a oddanie tam rodziców jest normalne, podobnie jak opłata za prywatną opiekę w domu. Sądzę, że to jest zdrowe podejście, bo załóżmy, że starszy człowiek zapada np. na Alzheimera. Wtedy wymaga opieki całodobowej, co dla jego dziecka wiązałoby się z rezygnacją z pracy i z całego swojego życia. Tak nie powinno być.

Należy tu wyraźnie podkreślić, że w Niemczech najczęściej ludzie starsi mają pieniądze na opiekę. Poza tym dochodzi tu kwestia mentalności. Pamiętam do dziś, jak hospitowałam tu lekcję w klasie maturalnej. Nauczyciel powiedział do uczniów: „Uważajcie, bo jak dalej nie będziecie się uczyć, to w wieku 25 lat nadal będziecie mieszkać w hotelu mama”. Utkwiło mi to w pamięci, bo w Polsce to jest raczej niestety normalne. Oczywiście wiem, że wielu młodych ludzi nie ma innego wyjścia, bo zarabia 1300 zł netto.

8. Przestałam bać się śmierci i cierpienia. Wyrobiłam w sobie odporność psychiczną. Myślę, że zawsze musiałam być silna psychicznie, ale może dopiero niedawno to sobie uświadomiłam. Kiedy tak myślę o swoim dzieciństwie, to widzę teraz, że np. nie obchodziły mnie chamskie uwagi innych albo jak inne dzieci się ze mnie naśmiewały, więc zapewne zawsze byłam silna. Nigdy nie płakałam ani nie skarżyłam się mamie.

9. Wadą jest na pewno to, że zrobiłam się strasznie skąpa. Pracowałam i pracuję z osobami, które całe życie ciułały pieniądze i uzbierały duże kwoty. Oni żałują pieniędzy na wszystko. Widziałam dokładnie, jak to wyglądało u babci, u której pracowałam cały 2013 rok. Obracała każde euro 10 razy, a była już grubo po 90-tce i miała bardzo dużo pieniędzy. Wiadomo było, że i tak wszystko zostanie dla dalszej rodziny, bo dzieci nie miała. Mimo to skąpiła totalnie na wszystko i zapisywała każdy wydany cent. Nauczyłam się tego od niej i nie znoszę siebie za to. Na wszystko skąpię, kupuję tylko to, co konieczne. Oszczędzam, chociaż nie wiem na co. Jeśli już mam dzień wolny, to mogłabym gdzieś pojechać, coś zobaczyć, ale szkoda mi pieniędzy na bilet na pociąg i zostaję u siebie. To jeden z wielu przykładów.

10. Zrozumiałam, że muszę zabezpieczyć moją starość, a jedyną gwarancją są pieniądze. Najczęściej na dzieci nie można i nie powinno się liczyć (znam mnóstwo takich przykładów). Tak jak pisałam – jestem przeciwko liczeniu na dzieci, ale powinny one przynajmniej się interesować starymi rodzicami, a bardzo często mają ich gdzieś. Tylko pieniądze są dobrym zabezpieczeniem na starość. Wtedy o nic nie trzeba się martwić.

11. W tej pracy ważne jest to, że trzeba liczyć się z nieprzewidzianymi sytuacjami. Kilka razy zdarzyło się, że musiałam zostać dłużej, bo np. mój szef źle się czuł. Dlatego zawsze mam przy sobie komórkę i dbam o to, żeby mieć na niej numery telefonów osób, z którymi potem mam się spotkać. Nigdy nie nastawiam się na to, że zrealizuję swoje plany danego dnia.

12. Poza tym oczywiście nie wiadomo, jak długo będę pracować u danej osoby. W tej chwili pracuję na godziny, oczywiście. Ponieważ jestem dobra w tej pracy, to miałam już oferty opieki całodobowej, ale to mnie nie interesuje, bo wtedy musiałabym zrezygnować z wszystkiego innego, a przecież uczę i tłumaczę. Liczę się z tym, że w każdej chwili praca u danej osoby może się skończyć. Mój szef ma 90 lat, druga osoba, którą się zajmuję, ma 88 lat, więc koniec może nadejść w każdej chwili.

13. Zaletą jest to, że pracy nie brakuje. Kiedy w tamtym roku umarła pani, w opiece nad którą pomagałam znajomej, już na drugi dzień znalazł się dziadzio, u którego nadal pracuję. Kiedy w maju, po powrocie z urlopu w Polsce, powiedziałam znajomym, że chcę znaleźć następną pracę, to już na drugi dzień ją miałam. Starszych ludzi potrzebujących opieki jest bardzo dużo.

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 1

Odpowiadając na prośbę Czytelników, postanowiłam napisać coś o moim codziennym życiu tutaj.

Wspominałam chyba kiedyś, że mam 2 prace. Uczę niemieckiego, a poza tym zajmuję się opieką nad osobami starszymi. O uczeniu już dużo pisałam, to może dzisiaj wspomnę coś na temat mojej drugiej pracy. Może to będzie ciekawe dla moich uczniów.

Czy kiedykolwiek pomyślałabym, że nadaję się idealnie do opieki nad osobami starszymi? Nie, nigdy. Byłam pewna, że nigdy nie mogłabym się tym zajmować. Teraz wydaje mi się to zabawne. Wszystko mogę zrobić koło tych osób i kompletnie nic mnie nie przeraża. Wszystko jest w tej chwili normalne: duży ból, agonia, mycie, karmienie, nacieranie maściami, demencja, Alzheimer, sadzanie na wózek inwalidzki, obchodzenie się z cewnikiem, ranami itd. Nie mogę sobie wyobrazić, czego bym nie potrafiła zrobić. Na wszystko mam odpowiednie techniki.

Tak sobie myślę, jakie to życie jest przewrotne. Kiedy jeszcze mieszkałam z rodzicami, to byłam dosyć ciężko chora. Przez 2 lata codziennie musiałam przyjmować zastrzyki. Ani razu nie zrobiłam sobie zastrzyku sama. Codziennie robiła to moja mama, oczywiście po wielu próbach. Nieraz uciekałam, panikowałam, nieraz moja mama traciła cierpliwość i była wykończona. Teraz bez wahania wbiłabym sobie igłę, nawet 5 razy dziennie.

Kiedyś nie mogłam oglądać horrorów albo serialów o lekarzach. Teraz mogę bez problemu na wszystko patrzeć. Już nic nie jest w stanie mnie przerazić. Nawet w hospicjum mogłabym pracować.

Może zacznę ten temat od tego, jak „wpadłam” w tę pracę.

Prawie 3 lata temu poznałam tutaj wspaniałą osobę, która jest teraz moją przyjaciółką i z którą częściowo pracuję. Jakiś czas później stało się tak, że byłam bezrobotna. Jestem osobą niezwykle pełną inicjatywy, aktywną i była to dla mnie tragedia, która popchała mnie w marazm, poczucie beznadziei, stany depresyjne, myśli samobójcze, niepokojąco długie stanie na moście i zastanawianie się, czy nie skoczyć do rzeki. Właśnie wtedy ta osoba wyciągnęła do mnie rękę i zaproponowała pomoc w opiece nad osobą w ostatnim stadium Alzheimera. To było zrządzenie losu, że ją spotkałam. Zgodziłam się, żeby w ogóle mieć pracę. Nadal byłam przekonana, że się do tego nie nadaję, ale życie mnie de facto zmusiło.

Moja przyjaciółka opiekowała się chorą babcią 24 h na dobę, a ja 2 dni w tygodniu przejmowałam pracę, żeby ją odciążyć. Równocześnie zdarzyło się, że pomocy potrzebowała pani z mojej ulicy, dosłownie 2 minuty drogi na piechotę. To zbiegło się w czasie. Przez rok chodziłam do niej na godzinę czy dwie godziny dziennie i robiłam to, czego ona już nie mogła. Teraz obie te babcie już nie żyją, były już grubo po 90-tce. Z bliska obserwowałam agonię drugiej z nich, w ostatnich miesiącach życia potrzebowała już opieki 24 h na dobę. Zakolegowałam się z Polką, która się nią opiekowała. Odwiedzałam babcię raz w tygodniu. Ostatni tydzień jej życia to była koszmarna agonia. Trwało to kilka dni, ale i tak za długo. Zanim przyjechała do niej opiekunka, to przez miesiąc u niej spałam, bo bała się być w nocy sama w domu. Było to męczące, bo nieraz w nocy mnie budziła, ale wytrzymałam. Jej rodzina była mi za to bardzo wdzięczna i kiedy sprzątali dom po jej śmierci, to mogłam wziąć, co chciałam. Było dużo pięknych rzeczy, ale wzięłam tylko ładne, ozdobne chusteczki do nosa, bo nie lubię gromadzić rzeczy. Lubię mieć tylko to, czego potrzebuję.

Teraz napiszę, dlaczego nadaję się do opieki. Niektórych z tych rzeczy wcześniej o sobie nie wiedziałam: 

1. Na pierwszy rzut oka wzbudzam zaufanie. W sumie nie wiem dlaczego, ale każdy to mówi.

2. Jestem dyskretna.

3. Uśmiecham się, jestem cierpliwa, nie pokazuję po sobie zdenerwowania. Wyglądam na ucieleśnienie cierpliwości.

4. Mam klasę. Nie ubieram się byle jak, mam dobre maniery.

5. Wyczuwam potrzeby starszych ludzi. Nie muszą nic mówić. Ja wiem, o co chodzi.

6. Jestem pracowita. Nie olewam obowiązków. Nie wystarczy jednak pracować. Starszym ludziom trzeba POKAZAĆ, że się pracuje. Wiem, że oni muszą to widzieć. Jeśli nie wiem, jak coś zrobić, to pytam bez wahania.

7. Mam sztuczki na starszych ludzi, np. na osobę z demencją, którą teraz się zajmuję. Ona z pewnych rzeczy nie zdaje sobie sprawy, a ja opracowałam metody, jak ją namawiać do pewnych czynności.

8. Nie odzywam się nieproszona. Najczęściej jest wskazana powściągliwość.

9. Jestem bardzo odporna psychicznie. Nie porusza mnie czyjś ból albo agonia. Mogę bez problemu na to patrzeć. Tak, wiem jak to brzmi. Kiedyś nie rozumiałam lekarzy czy pielęgniarek, ale teraz doskonale ich rozumiem. To nie jest tak, że mam gdzieś czyjś ból. Pomagam, mogę potrzymać za rękę, ale nic więcej nie mogę zrobić. Nie zbawię świata, nie zlikwiduję bólu. Nie mogę brać wszystkiego do siebie, bo bym oszalała. Pracę zostawiam w pracy.

10. Mam siłę fizyczną. Czasami nie wiem, skąd mam tyle siły, bo jestem drobna, ale ją mam. Mojemu obecnemu szefowi pomagam wstawać z fotela czy kanapy, a jest przecież 2 razy cięższy ode mnie. Mogę bez problemu podciągnąć go do góry, a on czuje moją pewność i wie, że nie upadnie. Wszystko to kwestia odpowiedniej techniki, którą już dawno opracowałam.

11. Mam następujące nastawienie do tej pracy: „Muszę, to zrobię. Potrafię i nic mnie nie zatrzyma”.

12. Mam bardzo dużo dystansu do świata. Nie jestem naiwna, sama wszystko sprawdzam i testuję. Nic nie może mnie zaskoczyć.

Jedynym problemem jest dla mnie to, że muszę udowadniać ciągle, że potrafię to czy tamto. Wspominałam kiedyś, że nie wyglądam na swój wiek. Nie wyglądam nawet na pełnoletnią. Dlatego też starsi Niemcy zakładają, że większości rzeczy nie potrafię zrobić. Muszę udowadniać, że potrafię. Mój obecny szef myślał, że mam 21 lat. Już w dwóch pracach mówili na mnie „die Kleine”, czyli „mała”. W sumie miło to słyszeć, bo czuję się młodo 🙂

Zastanawiam się, o czym napisać kolejny post z tej serii. Czy jest coś, co by Was szczególnie interesowało? Na pewno chciałabym jeszcze napisać o tym, co dała mi opieka nad osobami starszymi i dlaczego niczego nie żałuję. 

O kursach polskiego ponownie

O kursach polskiego ponownie

Prowadzenie bloga stało się dla mnie w ostatnim czasie trochę bezcelowe, bo widzę, że prawie nikt nie komentuje. Nie wiem, czy to co piszę, komukolwiek się podoba lub kogoś interesuje. Jeśli ja poświęcam sporo czasu na napisanie posta, to cieszyłabym się, gdyby czytelnicy poświęcili minutę na napisanie komentarza… Tym bardziej że piszę raz na tydzień, maksymalnie dwa, żeby było na to wystarczająco dużo czasu. Niby ktoś zagląda na tego bloga, ale nie wiem, czy ktoś czyta. Blog ma co prawda dużo wyświetleń, ale nie wiem, ile osób zagląda na niego celowo, a ile przypadkiem…

Dzisiaj napiszę o moim kursie polskiego, o którym pisałam już tutaj:

Kurs polskiego

Jak już wspominałam, uczę polskiego dorosłych w VHS (Volkshochschule). Nowa edycja kursu rozpoczęła się 19 lutego. Tym razem prowadzę 2 kursy: pierwszy to kontynuacja, drugi dla początkujących. Są to małe grupy, co ma zarówno zalety, jak i wady. Naprawdę muszę powiedzieć tu jedno: nie ma wystarczającej liczby materiałów do nauczania polskiego na rynku. Istnieją co prawda niemieckie podręczniki do nauczania polskiego, z których korzystam, ale muszę bardzo modyfikować treści w nich zawarte. Nie chodzi o to, że podręczniki są złe, lecz raczej o to, że muszę ograniczać gramatykę do minimum. Gramatyka polskiego jest bardzo, bardzo, bardzo skomplikowana i gdybym zaczęła zajmować się na kursie końcówkami, to myślę, że uczestnicy szybko by się zniechęcili. Nie są w końcu studentami polskiego jako języka obcego, chcą się nauczyć komunikować. Jak już nieraz wspominałam, nie jestem zwolenniczką wykluczania gramatyki, absolutnie nie. Chodzi raczej o to, że nauczanie w VHS jest bardzo specyficzne. Na kursach jest dużo starszych ludzi i mają oni po prostu inne cele.

90% ćwiczeń opracowuję więc sama, cały czas myśląc o tym, gdzie Niemcy mogą mieć wątpliwości, czego nie rozumieć. Zawsze zastanawiam się nad tym, żeby przypadkiem nie umieścić gdzieś czegoś, co samej mi byłoby trudno wytłumaczyć, np. dlaczego mówi się „mam dwóch synów”, ale „mam czas” itp. W ogóle w polskim jest więcej wyjątków niż reguł i im dłużej uczę swojego języka ojczystego, tym bardziej odkrywam, że słuszność ma tu moje przysłowie „od każdego wyjątku jest reguła”…

Ostatnio zajmowałam się na kursie „zaawansowanym” powtórzeniem zaimków dzierżawczych, a na początkującym powtórzeniem podstawowego słownictwa, wykorzystując samodzielnie opracowane ćwiczenia.  Niedawno udało mi się dorwać do bardzo ciekawego podręcznika, a mianowicie „Polska po polsku”:

Mam 2 tomy tego podręcznika i muszę tutaj powiedzieć to, co od dawna twierdzę, czyli: stare podręczniki są najlepsze. Nowe podręczniki są czasami zbyt nowoczesne… W starych podręcznikach co prawda pojawiają się czasami słowa, które dzisiaj nie są często używane, ale można je wykluczyć. Podręcznik „Polska po polsku” wydawnictwa Interpress skupia się na komunikacji. Wyjaśnienia są w trzech językach: polskim, angielskim i francuskim. Spotkałam już kilku Niemców uczących się polskiego, którzy powiedzieli mi, że to najlepszy podręcznik, z jakim mieli do czynienia. Teraz można go kupić chyba tylko na Allegro. Ja mam wydanie z 1986 roku. Układ jest bardzo przejrzysty, logiczny, także korzystam z niego bardzo chętnie.

Ciekawy jest również podręcznik „Wir lernen Polnisch” wydawnictwa Wiedza Powszechna. Wydawnictwo wydało podręczniki do polskiego nie tylko dla Niemców, lecz także dla Anglików, Rosjan, Hiszpanów czy Włochów. Część pierwsza to teksty, część druga zawiera wyjaśnienia gramatyczne. Na moich kursach korzystam z obu części. Pod każdym tekstem jest słowniczek polsko-niemiecki. Słownictwo jest autentyczne, nie abstrakcyjne, co zdarza się w niektórych podręcznikach.

O niemieckich podręcznikach, „Witam” wyd. Hueber i „Razem” wyd. Klett już pisałam, więc nie będę się tu powtarzać.

Jeśli chodzi o „Witam”, to częściej niż z samego podręcznika korzystam z zeszytu ćwiczeń, w którym znajdują się dosyć praktyczne, pożyteczne ćwiczonka.

Czy znajdę tu kogoś, kto również naucza polskiego i mógłby wymienić się ze mną doświadczeniami lub też kogoś, kto zna obcokrajowców uczących się polskiego? 

Zdjęcia:

Polska po polsku

Wir lernen Polnisch

Razem

Witam

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Lądowanie w Niemczech. Cz. 2

Jak już wspomniałam, w 2010 roku wyjechałam do Niemiec na stypendium Comeniusa. Cieszyłam się, że wyjeżdżam. Stypendium było na rok. W niemieckim gimnazjum prowadziłam samodzielne lekcje. Były to pomocnicze lekcje niemieckiego, ale obowiązkowe. Przeszłam prawdziwą szkołę życia, gdyż uczyłam dzieci w wieku 10-14 lat, co na początku było dla mnie bardzo trudne. Przeżyłam wiele ekstremalnych sytuacji, np. kiedy jedna uczennica chciała wyskoczyć z okna na drugim piętrze. To tylko jeden przypadek, ale nie będę się tutaj rozpisywać o innych, równie ekstremalnych. Podczas stypendium Comeniusa zgromadziłam niesamowite doświadczenia zawodowe, nie tylko prowadząc lekcje, ale także prowadząc polskie kółko, inicjując różne projekty czy partnerstwo szkół. O szczegółach można poczytać na blogu Asystentury Comeniusa. Odsyłam do moich postów:

Moja asystentura

Po roku pracy jako asystentka Comeniusa myślałam, że wrócę do Polski i nawet wróciłam. Naiwnie sądziłam, że znajdę pracę w Polsce. Byłam nawet na trzech rozmowach kwalifikacyjnych, które były tak abstrakcyjne i oderwane od rzeczywistości (chociaż w znanych firmach międzynarodowych), że stwierdziłam, że nigdy więcej nie pójdę na żadną inną rozmowę w Polsce. Tego się trzymam. Dalsze poszukiwanie pracy nie było konieczne, gdyż dostałam wiadomość z niemieckiej szkoły, że zatrudnią mnie na kolejny rok, podczas którego nadal gromadziłam doświadczenia zawodowe i który był dla mnie tak samo wspaniały jak pierwszy. Eh, to były czasy. Skończyły się one jednak z nadejściem nowego dyrektora. Wiedziałam wtedy, że nie mam co liczyć na kolejną umowę, gdyż on mnie w ogóle nie znał, a poza tym miałam umowę na czas określony. Nie jest to miejsce, żeby rozpisywać się o innych czynnikach.

Od tamtego czasu minęły już 2 lata. Radzę sobie, ucząc niemieckiego i polskiego oraz robiąc różne inne rzeczy. Języka polskiego zaczęłam uczyć ponad rok temu. Pisałam już o tym na blogu. Robię to do dzisiaj. Tydzień temu zaczęłam prowadzić w pobliskim mieście 2 nowe kursy. Byłam zaskoczona, że w tym regionie Niemiec w ogóle znaleźli się chętni na naukę polskiego. Kursy są oczywiście małe, co dla mnie nie zawsze jest proste. Na początku nie lubiłam uczyć polskiego, ale po jakimś czasie się z tym oswoiłam. Na pewno wiem jedno: uczenie swojego ojczystego języka jest trudniejsze niż uczenie języka obcego. Na ten temat będą jeszcze posty.

Podczas tych lat w Niemczech przeżywałam wzloty i upadki. Był np. miesiąc, kiedy skończyło mi się ubezpieczenie zdrowotne, zostałam na lodzie i nie miałam pieniędzy, żeby opłacić je z własnej kieszeni. Normalnie chodzę po ulicach bardzo szybko, prawie biegam, ale wtedy chodziłam wyjątkowo powoli, żeby broń Boże np. nie złamać nogi w biegu. Był również czas, kiedy rozpaczliwie poszukiwałam nowej pracy. Złożyłam swe podanie np. w fabryce Oetkera, wymazując studia i wszelkie doświadczenia zawodowe. Nie dostałam tej pracy, ale to lepiej, bo być może do dzisiaj pracowałabym na produkcji pizzy. Po jakimś czasie odbiłam się od dna i teraz bezpiecznie dryfuję na tratwie (pływać nie umiem). Był czas, kiedy omal nie popełniłam samobójstwa, skacząc do rzeki, ale to wszystko jest już za mną. Z tamtych czasów został mi nałóg obsesyjnego oszczędzania i gromadzenia pieniędzy. Nie kupuję sobie praktycznie nic oprócz tego, co jest konieczne.

Od tamtego czasu żyję sobie bezpiecznie, nadal przeżywając wzloty i upadki. Z każdej złej sytuacji jakoś wychodzę. Jest osoba, której wiele zawdzięczam, ale chyba nie chciałaby, abym tu o niej pisała. Ciągle uczę niemieckiego i polskiego, poza tym też tłumaczę. Angażuję się też w szkole, w której kiedyś uczyłam.

Wsiąkłam w Niemcy. Kiedy raz na rok jestem w Polsce, to wszystko jest dla mnie obce. Zanim się przyzwyczaję, to muszę już wracać do Niemiec. Nie wiem, czy na zawsze zostanę w Niemczech. Moje życie nie jest proste, gdyż mieszkam sama i ze wszystkim muszę sobie radzić sama, ale wychodzi mi to na dobre, ponieważ nauczyłam się wielu pożytecznych rzeczy, np. zmieniać żarówkę, podłączać Internet i telefon albo gotować jajko. Tyle kobiet radzi sobie bez pomocy mężczyzn, więc kiedyś stwierdziłam, że i ja sobie poradzę.

To by było na tyle mojej niemieckiej historii. Mam nadzieję, że moje opowieści nie były nudne, ale chciałam tutaj pokazać, że nigdzie nie jest kolorowo. Mimo wszystko przy porównaniu z Niemcami (np. służba zdrowia, kultura pracy, traktowanie pracowników, pensje) Polska traci tak wiele, że nie ma po co wracać. Na pewno mogę powiedzieć to, co chyba mało osób może powiedzieć: nie żałuję niczego.

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Jak znalazłam się w Niemczech? Cz. 1

Powyższe pytanie wiele razy pojawiało się w komentarzach, więc postanowiłam tu opisać moją drogę.

Czy chciałam wyemigrować? Odpowiedź jest tylko jedna: nie. Po studiach chciałam znaleźć pracę w Polsce. Okazało się to jednak niemożliwe, gdyż nie miałam znajomości, a w moim regionie Polski bezrobocie jest wysokie. Np. na mojej dawnej ulicy już prawie nie ma młodych ludzi, bo wszyscy wyjechali do Anglii do pracy. Ci, którzy zostali, kombinują, jak związać koniec z końcem. Dziękuję za takie życie. Wiem, bo dosyć nasłucham się komentarzy od znajomych: „żałuję, że po studiach nie zrobiłem tak jak ty i że nie wyjechałem”.

Ok, wracam do tematu. Kiedy byłam na III roku studiów, to stwierdziłam, że nie będę dobrą germanistką, jeśli nie spędzę dłuższego czasu w kraju niemieckojęzycznym. Złożyłam więc podanie w ramach stypendium Erasmus i oczywiście je otrzymałam. Rok na uniwersytecie Bielefeld spędziłam bardzo produktywnie, dużo się ucząc i zbierając materiały do pracy magisterskiej. Nie imprezowałam, lecz starałam się nauczyć jak najwięcej, a to, czego się nauczyłam, było dla mnie nieocenione, gdyż zobaczyłam, jak naprawdę wygląda życie w Niemczech i jak Niemcy naprawdę mówią. Udział w zajęciach na niemieckim uniwersytecie był niesamowitym doświadczeniem, gdyż – jak wiadomo – w Niemczech studiuje wielu obcokrajowców i było tym bardziej ciekawie. Poza tym Uniwersytet Bielefeld ma bardzo szeroką ofertę różnych zajęć dla studentów i chodziłam np. na kurs fińskiego. W drugim semestrze już nie miałam czasu na to, ponieważ stypendium było niskie i już nie wystarczało na utrzymanie się. Pracowałam więc codziennie po zajęciach jako sprzątaczka w klinice dentystycznej. Wracałam padnięta do mieszkania, a uczyłam się na weekendzie. Było ciężko, ale dałam radę.

Po roku studiów w Niemczech wróciłam na piąty rok do Polski, aby skończyć studia magisterskie. Cieszyłam się, że zdecydowałam się na studia w Niemczech. Może moje zdanie wyda się w tym momencie kontrowersyjne, ale nie rozumiem, jak ktoś może uczyć np. angielskiego, a był w Anglii np. tylko na kilka dni. Wtedy nic się nie wie o tym kraju ani tym bardziej o języku mówionym. Nie bez powodu w wielu krajach zachodniej Europy istnieje obowiązek spędzenia semestru zagranicą, jeśli studiuje się język.

Wracając do tematu… Na V roku studiów zachowałam się jak głupek, gdyż sądziłam, że znajdę pracę w szkole jako nauczycielka niemieckiego. Pamiętam to jak dziś – zima 2010 roku była okropna. Minus 20 stopni w ciągu dnia, śnieg po kolana, a ja jak ostatni głupek jeździłam autobusami do okolicznych szkół i składałam podania. Przez cały styczeń i pół lutego jeździłam codziennie po szkołach. Na każdy dzień układałam sobie plan. Z perspektywy czasu oceniam, że w zasadzie najgłupsze było stracenie pieniędzy na drukowanie podań. Do dzisiaj mnie to boli.

Po kilku miesiącach od skończenia studiów zrozumiałam jeszcze raz, jakie to było głupie. Dowiedziałam się, że w jednym z gimnazjów, gdzie złożyłam swoje podanie, pracę dostała moja koleżanka z roku, która ledwo skończyła studia i Niemiec na oczy nie widziała. Dlaczego ją dostała? Bo dyrektorka tej szkoły była jej ciotką. Współczuję dzieciom, które są uczone przez taką nauczycielkę. Później dowiedziałam się jeszcze o kilku podobnych sytuacjach.

W czerwcu 2010 roku ukończyłam studia magisterskie. W momencie obrony wiedziałam już, że wyjeżdżam. Mniej więcej w połowie ostatniego roku studiów zobaczyłam na uczelni ogłoszenie o stypendium Comeniusa. Można było wyjechać do innego kraju i uczyć tam w szkole. Pomyślałam, że muszę spróbować. Pozbierałam opinie od wykładowców i od dziekana, złożyłam wniosek, którego o mało bym nie złożyła. Wniosek był bardzo długi. Trzeba było dokładnie opisać swoje doświadczenia i plany, cele. Ja zostawiłam to na ostatni dzień, a tamtego dnia akurat miałam bardzo mało czasu. Zmobilizowałam się jednak i wypełniłam ten wniosek błyskawicznie, bez zastanawiania się. Może to właśnie urzekło komisję w Warszawie? Że pisałam prostym językiem i nie wymyślałam nie wiadomo czego? Kilka miesięcy później dowiedziałam się, że otrzymałam stypendium. Nie wiedziałam, do jakiego kraju wyjeżdżam ani w jakiej szkole będę uczyć. Wiedziałam tylko, że wyjeżdżam. Tylko to się liczyło – świadomość, że mam jakąś przyszłość i że nie muszę iść na kasę do jakiegoś supermarketu. Chyba 2 miesiące później dostałam wiadomość, że wyjeżdżam do małej miejscowości Traben-Trarbach w Niemczech. Zobaczyłam na mapie, gdzie jest ta mieścinka, nawiązałam kontakt ze szkołą i ostatnie wakacje w Polsce beztrosko spędziłam z rodziną.

W połowie sierpnia 2010 roku bez obaw wyjechałam do Niemiec i już tam zostałam. Dalszy ciąg moich perypetii w następnym tekście, za kilka dni.

Weihnachtsmarkt w Trier

Weihnachtsmarkt w Trier

Dzisiaj wrzucam kilka zdjęć z jarmarku świątecznego w Trier, na którym byłam 2 lata temu. Może znowu pojadę za rok, żeby upić się grzanym winem i czymś tam jeszcze. Jak większość uczących się niemieckiego wie, Weihnachtsmarkt jest okazją do wczucia się w atmosferę zbliżających się świąt. Można na nim kupić napoje, jedzenie (nie tylko tradycyjne niemieckie), ozdoby na choinkę, pamiątki. Są także atrakcje dla dzieci, np. karuzele.

Na jarmarku w Trier 2 lata temu widziałam sprzedawców bursztynów z Gdańska, a także Hiszpanów sprzedających tradycyjne jedzenie.

Zdjęcia zostały zrobione przeze mnie.

Katedra w Trier

Katedra w Trier

Najpierw odpowiedzi na komentarze:

1. Napiszę post o tym, jak wylądowałam w Niemczech. Nie było to moim planem ani celem, ale teraz się z tego cieszę i nie chcę wracać do Polski.
2. Od stycznia posty będą pojawiać się nieco częściej. Teraz mam mnóstwo pracy. Pierwotnie miałam plan leniuchowania na świętach w samotności, ale praca to pokrzyżowała i do końca grudnia muszę pracować praktycznie 24h na dobę, włącznie ze świętami. Od stycznia rezygnuję z jednej z moich prac, żeby mieć w końcu trochę wolnego czasu. Poszukam od lutego czegoś mniej wymagającego.

Tymczasem wstawiam kilka zdjęć katedry w Trier, moim ukochanym mieście. Miałam zamiar w tym roku zrobić zdjęcia, które lepiej oddają wielkość tej pięknej katedry, ale jak wiadomo, musiałam odwołać wyjazd.

Katedra pod wezwaniem św. Piotra w Trier jest najstarszym kościołem biskupem Niemiec. Ma długość 112,5 m i szerokość 41 m. Zdjęcia nie oddają piękna tej budowli. Byłam tam kilka razy i za każdym razem wrażenie było tak samo wielkie.

Katedra wznosi się na resztkach okazałego domu mieszkalnego z czasów rzymskich. Kiedy cesarz Konstantyn wprowadził oficjalnie religię rzymskokatolicką, zlecono budowę tej bazyliki, która za biskupa Maximina (329-436) stała się jednym z największym kościołów w Niemczech, z czterema bazylikami, baptysterium i budynkami pobocznymi. Około 340 roku powstała tzw. kwadratowa budowa, główna część katedry z czterema monumentalnymi słupami z Odenwald.

W 1986 roku katedra została wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Przed katedrą leży wielki, czarny kamień (Domstein). Jest to czterometrowa granitowa kolumna. Według legendy do budowy świątyni podstępem zaangażowano diabła, który miał cisnąć kolumną, kiedy zorientował się, że pomógł wznieść kościół. W rzeczywistości Domstein to jeden z czterech filarów, które podtrzymywały rzymski Quadratbau, zniszczony w V wieku.

Suknia z Trewiru, inaczej Święta Suknia, Święta Tunika (der heilige Rock) jest najbardziej znaną relikwią w katedrze. Jest przechowywana za specjalną szybą, w szczególnym miejscu katedry, w drewnianym zamknięciu. Rzadko jest prezentowana z bliska, można ją obejrzeć tylko z daleka, podobnie jak Całun Turyński.

Tutaj znalazłam małe info na temat Sukni z Trewiru:

Pochodzenie sukni opisane jest w Ewangelii św. Jana:
Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty. […] Wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: «Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć». Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty, a los rzucili o moją suknię. To właśnie uczynili żołnierze.
Po wydaniu Edyktu Mediolańskiego przez cesarza KonstantynaPapież Sylwester I podarował mu i jego matce Św. Helenie jedną z najcenniejszych zachowanych relikwii – szatę męczeńską Jezusa. Trafiła ona do Trewiru, w którym cesarz i matka rezydowali.
Ostatni raz zbadano tę tkaninę w 1890 r. Według pomiarów, osoba nosząca szatę powinna mieć 180 cm wzrostu. Zgadza się to z badaniami Całunu Turyńskiego, który wskazuje na wysokość 181 cm.

W katedrze znajdują się liczne nagrobki dawnych biskupów Trewiru, m.in. Balduina von Luxemburg, Richarda von Greiffenklau zu Vollrads czy Theodericha von Wied.

 

 

W tej części katedry przechowywana jest Święta Suknia:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Te 2 myszki symbolizują biedę:

 

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Weihnachtsmarkt odwołany

Kiedy planuję coś długofalowo, to praktycznie nigdy się nie udaje, tak więc stało się i tym razem. Długo planowałam jazdę na Weihnachtsmarkt w Trier na 7 grudnia, ale oczywiście coś mi stanęło na przeszkodzie. Cały dzień będę w pracy, w nocy też. Wcześniej pracowałam 15-16 h na dobę, teraz zrobiły się z tego 24 h. Muszę tak pociągnąć jeszcze ze 2, 3 tygodnie. Potem mam zamiar tylko spać. Poza tym spać i spać. Do tego dołożę spanie.

Tak więc nie zrealizuję mojego planu upicia się grzanym winem i likierem jajecznym… Co prawda mogłabym go zrealizować kiedy indziej, ale przysmaki te smakują mi tylko na jarmarku świątecznym. Jeszcze zobaczę, może uda mi się zaglądnąć na chwilę na Weihnachtsmarkt w moim mieście, chociaż w to wątpię.

Lata temu przysięgłam sobie, że będę pracować tylko wtedy, kiedy będę chciała i gdzie będę chciała. Do tej pory z sukcesem realizowałam to postanowienie, ale nie przewidziałam, że jestem niezbędna i że są ludzie, którzy nie mogą się beze mnie obejść. No cóż – przetrwam, bo bywałam w o wiele gorszych sytuacjach. Szczerze mówiąc, to nie wiem, jak wszyscy sobie beze mnie radzą, kiedy raz na rok jadę do Polski.

Tak jak wspomniałam, w moim mieście też jest Weihnachtsmarkt, i to na dodatek pod ziemią. Z tego powodu przybywają tu turyści autobusami, bo jest to coś innego – wyjątkowy jarmark. Np. w lokalnej gazecie w Kolonii była reklama naszego jarmarku i oferta wycieczek. Na weekendzie jest duży tłok. Nasz jarmark nazywa się Moselweinnachtsmarkt. To nie błąd – w środku jest słowo „Wein”, gdyż u nas produkuje się wino. Nazwa jarmarku jest więc grą słów. Na oficjalnej stronie można poczytać więcej i obejrzeć zdjęcia:

Mosel-wein-nachts-markt

Odwołanie mojej planowanej wyprawy nauczyło mnie, że lepiej pozostać spontaniczną i nic nie planować, jak to mam w zwyczaju. Ale: mam zdjęcia z jarmarku świątecznego w Trier sprzed dwóch lat oraz zdjęcia z Muenster, gdzie byłam w 2008 roku. W najbliższych dniach postaram się je wrzucić. Miałam w planach ciekawą serię świąteczną, ale z powodu pracy raczej się nie wyrobię. Może na świętach się uda.

We wtorek byłam na spotkaniu adwentowym, gdzie śpiewałam wraz z innymi ładne niemieckie piosenki świąteczne, w tym moje ulubione, więc i je chciałabym przedstawić na niniejszym blogu.

Rynek Główny w Trier

Rynek Główny w Trier

Trier (Trewir) to chyba moje ulubione miasto. Zaledwie godzinę drogi ode mnie pociągiem, ale nie byłam tam już od dwóch lat. Kiedy sprowadziłam się do mojej mieścinki, to na początku często jeździłam do Trier do biblioteki uniwersyteckiej, żeby zbierać materiały do doktoratu, z którego potem jednak zrezygnowałam. W grudniu zwykle jeździłam do Trier częściej, żeby zobaczyć Weihnachtsmarkt. Minęły już jednak 2 lata, a ja nigdy nie miałam czasu, żeby tam pojechać. Teraz jednak już od dwóch miesięcy się zbierałam, planowałam i za tydzień w sobotę w końcu jadę. Najpierw pozbieram w bibliotece materiały do artykułu, a potem odwiedzę moje ulubione punkty miasta. Z tej okazji nawet po raz pierwszy w życiu wzięłam wolne. Rano co prawda muszę na godzinkę skoczyć do pracy, ale potem mam wolne 🙂 



Mieszkam w małym mieście, tak właściwie miasteczku, które otoczone jest wioskami i na co dzień nie widuję świateł ulicznych, centrów handlowych czy wielu samochodów, także będąc w Trier, będę musiała na to wszystko uważać, żeby nie skończyć pod kołami samochodu, co kiedyś już mi się zdarzyło. W wielkim mieście bywam raz na rok i tak jest dobrze. Spokój i cisza nie mają ceny. 

Należy zaznaczyć, że w Trier zachowało się wiele elementów powstałych jeszcze za czasów Cesarstwa Rzymskiego, o czym powoli będę pisać. Dzisiaj zacznę od Rynku Głównego miasta. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione przeze mnie. 

Rynek Główny w Trier (Trewir) jest centralnym punktem miasta. Na rynku znajduje się tzw. Marktkreuz, czyli krzyż, symbol władzy, który znajduje się tam od roku 958 i stoi na starym rzymskim słupie. Na krzyżu można przeczytać łaciński napis: Henricus archiepiscopus Treverensis me erexit“ („Arcybiskup Trewiru Henryk postawił / wzniósł mnie„). Na rynku znajduje się obecnie jedynie kopia średniowiecznego krzyża – oryginał można od roku 1964 podziwiać w miejskim muzeum Simeonstift. 


Domy na rynku reprezentują różne style: renesans, barok, klasycyzm, późny historyzm. Do najważniejszych budynków należą budynek głównej warty, dawny hotel, die Steipe, dom rady miejskiej, Czerwony Dom. 








Fontanna Petrusbrunnen została stworzona 1594/95 przez rzeźbiarza Hansa Ruprechta Hoffmanna. Na szczycie fontanny znajduje się figura patrona miasta św. Piotra (stąd nazwa fontanny). Na fontannie są odwzorowane 4 cnoty główne: Justitia – sprawiedliwość (z mieczem i wagą), Fortitudo – siła, moc (z rozbitym słupem), Temperantia – umiar (z winem i wodą) oraz Sapientia – mądrość (z lustrem i wężem).  Poza tym fontanna została udekorowana wieloma innymi elementami: figurami zwierząt (gęsi, lwy, delfiny, orły, małpy), herbem miasta oraz innymi detalami.  



Źródło:

Denkmaltopographie Bundesrepublik Deutschland. Kulturdenkmäler in Rheinland-Pfalz
. Band 17.1 Stadt Trier – Altstadt. Wernersche, Worms. Buchnummer 3-88462-171-8 (1. Auflage 2001).