Rozstrzygnięcie konkursu i motywacja do uczenia się niemieckiego (moim zdaniem)

Rozstrzygnięcie konkursu i motywacja do uczenia się niemieckiego (moim zdaniem)

Przyszła pora na rozstrzygnięcie konkursu. Miałam to zrobić już wczoraj, ale zabrakło czasu. Wybór komentarzy był dla mnie bardzo trudny, gdyż były one naprawdę bardzo przekonujące, ale musiałam jednak wybrać dwa. Tym sposobem:

a) książkę Charlotte Link wygrywa Karolina G. za komentarz:
3 lata temu zdecydowałam się studiować germanistykę, m.in. dlatego, by później – jako nauczycielka- likwidować uprzedzenia wobec tego języka, narodu, etc..:) poza tym…niemiecki ma tyle pięknie brzmiących słów..moim ulubionym jest „Nachtigall”.. mfG.. 🙂

Karolina G. studiuje germanistykę, więc mam nadzieję, że w wolnym czasie chętnie poczyta. Tak się składa, że jednym z moich ulubionych słów też jest „Nachtigall” :)))

b) film o cesarzowej Sorayi wygrywa Jagoda Ostrowska za komentarz:
Język niemiecki otwiera mnóstwo bram do lepszej przyszłości. Chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę, jaką potęgą są Niemcy, prawda ? Prawda. Jestem tego pewna. Poza tym… Niemcy to nasz sąsiad ! Potrzebujemy rodaków znających ich piękną Sprache. Jakie to miłe kiedy przyjeżdża do Niemiec Polak znający ten język… nasze konflikty z przeszłości odchodzą w niepamięć. Dbajmy o dobre kontakty i wspieranie naszej współpracy !

Zwycięzców proszę o napisanie do mnie: msurowiec2010@gmail.com

Teraz chciałabym napisać o tym, dlaczego moim zdaniem warto uczyć się niemieckiego. Do zamieszczonych komentarzy niewiele trzeba dodawać, ale mimo to też wypowiem się na ten temat.

Moje osobiste powody:
1. Niemiecki jest po prostu bardzo ciekawym językiem i wcale nie takim trudnym, o czym pisałam już tutaj:

Czy niemiecki jest trudny?

2. Niemcy są sąsiadem Polski, nadal wiele osób wyjeżdża tam do pracy i warto umieć się dogadać, chociażby po to, żeby inni nie robili z nas głupka albo nie oszukali. Znam niestety takie smutne historie.

3. Praca, praca, praca… W Polsce mieszkałam w regionie rolniczym, ale właśnie w takich dziurach Niemcy często otwierają siedziby swoich firm, bo mogą tam oszczędzić. W pobliżu mojego dawnego miasteczka jest kilka firm z niemieckim kapitałem.

4. Globalna kariera: wiadomo, że Niemcy są potęgą gospodarczą, więc nawet jeśli pracujemy np. w Azji, to niemiecki może się przydać.

5. Czytanie dobrej niemieckiej literatury w oryginale.

6. Możliwość studiowania na niemieckich uniwersytetach, które otrzymują duże dofinansowania na badania naukowe i oferują bardzo wysoki poziom nauczania.

7. Żeby zaimponować Niemcom i obalić stereotypy, a przynajmniej im zaprzeczać.

8. Aby móc opowiadać o swoim kraju i przyczynić się do zmiany myślenia na temat Polski.

To byłyby moim zdaniem najważniejsze powody 🙂

Rozstrzygnięcie konkursu i motywacja do uczenia się niemieckiego (moim zdaniem)

Polskie dzieci w niemieckich szkołach

Jak wiecie, od kilku lat mieszkam w Niemczech. Jednym z moich zajęć tutaj jest udzielanie korepetycji. Uczę zarówno dorosłych, jak i dzieci. Mam wielu polskich znajomych, których dzieci uczę. Co tu dużo mówić – im wcześniej dziecko jest zabrane do Niemiec, tym lepiej. Znam kilka historii od ludzi, którzy wyjechali do Niemiec, a dziecko zostało z dziadkami. Kiedy już rodzice ustabilizowali swoje życie w Niemczech, to oczywiście postanowili ściągnąć tutaj dziecko. Dziadkowie się sprzeciwiali, padały argumenty w stylu „ale ona jest taka mała”, „nie poradzi sobie z niemieckim”, „przecież jest jej z nami dobrze” itp. Rodzice oczywiście mimo to zabrali dziecko do siebie. Można tu wyróżnić 3 sytuacje (wszystkie sytuacje opisane z autopsji):

1. Małe dziecko, w wieku do 5 lat: bardzo szybko łapie niemiecki. Na początku czuje się w przedszkolu niepewnie, ale już po kilku tygodniach zaczyna rozumieć, co się do niego mówi. Następnie słychać, jak w domu mówi do siebie po niemiecku albo śpiewa piosenki wyuczone w przedszkolu. Po pół roku, czasami z hakiem, można usłyszeć od wychowawczyń, że dziecko dobrze sobie radzi w przedszkolu, potrafi dyskutować czy kłócić się z innymi dziećmi. Jeśli nie ma zaburzeń języka, to mówi po niemiecku jak Niemcy.

2. Dziecko w wieku 6-10 lat: idzie do niemieckiej podstawówki z dobrze już opanowanym językiem polskim. Szybko łapie niemiecki, jego wymowa i akcent są nienaganne, lecz popełnia błędy gramatyczne, np. w rodzajnikach czy końcówkach czasownika. Często przenosi rodzaje polskich słów na niemiecki i powie np. „die Buch” zamiast „das Buch”. Jeśli w polskiej szkole zaczęło uczyć się pisać lub już się nauczyło, to przenosi zasady pisowni na niemiecki i robi błędy ortograficzne z tego wynikające.

3. Powyżej 10 lat: proces szybkiego przyswajania języka już nie występuje. Pasowałoby usiąść i zakuć, ale nastolatki nie mają na to ochoty. Opiszę przypadek, który znam. Rodzice zabrali do Niemiec syna w wieku 13 lat. Chłopak miał w Polsce niemiecki, ale na poziomie A1, więc na niemiecką szkołę to nie starczyło. W Niemczech poszedł do siódmej klasy Realschule. W pierwszym roku miał tylko siedzieć w klasie, starać się brać udział, ale nie dostawał ocen. Ponieważ nie mówił ani nie pisał po niemiecku, to nie było jak go ocenić. Teraz ponownie chodzi do siódmej klasy, ale nadal nie dostaje ocen, ponieważ nie nauczył się niemieckiego. Nie ma na to ochoty, więc rodzice zastanawiają się, co z nim dalej zrobić. Niestety, powinien ostro zakuwać niemiecki, biorąc pod uwagę to, że przecież nie wystarczy mu tylko codzienny język, ale musi znać pojęcia fachowe z wielu przedmiotów. Znam również całkiem inną sytuację: chłopaka w wieku 15 lat, który już trochę znał niemiecki, kiedy przybył do Niemiec. W szkole było mu na początku trudno (a poszedł do Gymnasium). Codziennie jednak dużo się uczył: nie tylko na poszczególne przedmioty, ale i ogólnego niemieckiego. Z czasem zaczął sobie radzić równie dobrze jak Niemcy i podejdzie do niemieckiej matury.

Trzy opisane sytuacje są typowe, chociaż oczywiście daleka jestem od stwierdzenia, że każdego ucznia można wpasować w jeden z tych schematów. Mogę jednak powiedzieć, że w jeden z nich z pewnością będzie pasowała większość dzieci z polskich rodzin. Zawsze istnieją indywidualne różnice, jednak te ogólne kategorie powtarzają się najczęściej.

„Wetten dass” i Samuel Koch

„Wetten dass” i Samuel Koch

Wielu z Was zapewne słyszało o wypadku na planie niemieckiego programu „Wetten dass”, który zdarzył się w 2010 roku. Dzisiaj chciałabym napisać o tym kilka słów.

„Wetten dass” to program na żywo wyświetlany w niemieckiej telewizji od 1981 roku. Cieszy się dużą popularnością. Kilka lat temu licencję na jego produkcję zakupiła polska telewizja. Z tego, co pamiętam, to polski tytuł brzmiał „Załóż się”, ale program nie osiągnął sukcesu. W Niemczech pokazuje go stacja ZDF (Zweites Deutsches Fernsehen).

W programie biorą udział ludzie, którzy zakładają się, że uda im się zrobić coś szczególnego. Poza tym znane osoby zakładają się o to, czy uczestnik odniesie sukces czy też nie – tak w skrócie wygląda koncepcja programu. Poza samymi zakładami można obejrzeć również występy muzyczne zaproszonych gwiazd czy też rozmowy z nimi. W programie często biorą udział gwiazdy światowego formatu, które akurat przebywają w Niemczech z promocją płyt czy filmów.

4 grudnia 2010 roku doszło na antenie do wypadku, o którym długo mówiło się w Niemczech. „Wetten dass” prowadził Thomas Gottschalk, bardzo znany prezenter i aktor. Dzięki „Wetten dass” stał się jeszcze bardziej popularny Można go kojarzyć również z reklam „Haribo” :

Właśnie tego dnia w programie brał udział 23-letni student aktorstwa Samuel Koch, który założył się o to, że uda mu się przeskoczyć przez 5 samochodów wykonując salta przy użyciu szczudeł do skakania. Nie wiem, jak te szczudła nazywają się po polsku, czy jest jakaś specjalna nazwa, ale na filmiku możecie zobaczyć, jak to wyglądało. Mniej więcej od 9 minuty można zobaczyć fragmenty programu mrożące krew w żyłach:

Wetten dass – 04.12.2010

Po raz pierwszy w historii program został przerwany. Stacja ZDF oczywiście sprawdziła potem, czy zostały dochowane wszelkie standardy bezpieczeństwa. Zewnętrzne kontrole wykazały, że producenci programu nie ponoszą winy. Samuel Koch ciężko się zranił, po wypadku opinia publiczna w Niemczech żywo interesowała się jego stanem. Tragizmu sytuacji dodaje, że samochodem, którego Samuel nie zdołał przeskoczyć, kierował jego ojciec. Niestety, młody człowiek do dzisiaj jest sparaliżowany, nie czuje nic od szyi w dół. Po wypadku ponad rok przebywał w klinikach. Obecnie angażuje się charytatywnie i kontynuuje studia aktorskie. Jego autobiografia „Zwei Leben” wydana w kwietniu 2012 roku była bestsellerem i została wyróżniona nagrodą „Goldener Kompass”. Autorem przedmowy jest Thomas Gottschalk.

Na oficjalnej stronie S. Kocha można więcej o nim poczytać:

Samuel Koch

Program „Wetten dass” został wznowiony w lutym 2011 roku. Wtedy to Thomas Gottschalk ogłosił swoją rezygnację z prowadzenia, ponieważ stwierdził, że po tym, co się stało, nie jest już w stanie prowadzić „Wetten dass” tak jak wcześniej.

Wypadek wywołał dyskusję na temat związku między ryzykiem a wskaźnikami oglądalności. Każdy ma na ten temat swoje zdanie, ja tylko wyrażę na koniec swoje: jestem przeciwko pokazywaniu w programach rozrywkowych sytuacji narażających uczestników na wypadek lub nawet na śmierć.

Zdjęcia:

Zdjęcie 1

Zdjęcie 2

Eau de Cologne

Eau de Cologne

Pojęcie „woda kolońska” słyszał chyba każdy, ale może nie każdy zna historię Eau de Cologne. Może nie każdemu przyszło na myśl, że pojęcie odnosi się właśnie do Kolonii.

Zapachy Johanna Marii Fariny (1685-1766) były sukcesem już w XVIII wieku: już cesarz Napoleon zawsze nosił ich flakonik w swoich butach z cholewami, a caryca Katarzyna Wielka kazała je sobie wysyłać do Rosji. Farina odnotował w 1766 roku: „Nie ma w Europie cesarza albo rodziny królewskiej, której bym nie zaopatrywał„.

Historia wody kolońskiej zaczęła się w 1708 roku, kiedy to Farina odnotował: „Znalazłem zapach, który przypomina mi włoski wiosenny poranek, górskie narcyzy, kwiaty pomarańczy krótko po deszczu„. Sześć lat później rozpoczął pracę w firmie swojego brata „G.B. Farina” w Kolonii. Rozszerzył wtedy asortyment firmy, która sprzedawała francuskie dobra luksusowe, właśnie o perfumy. Jego „Eau de Cologne” szybko została dużym sukcesem sprzedażowym. Zapach stał się popularny w całej Europie dzięki francuskim oficerom stacjonującym w Kolonii.

Wśród stałych klientów Fariny byli brytyjska królowa Victoria, król Bawarii Ludwik II oraz księżna Diana. Podczas II wojny światowej firma straciła wszystkich królewskich klientów. Mimo to sukces perfumy był długotrwały, co przyciągnęło wielu naśladowców. Z biegiem czasu z unikatowej nazwy „Eau de Cologne” powstało pojęcie rodzajowe „Kölnisch Wasser”.

Oryginał jest do dzisiaj produkowany przez „Johann Maria Farina gegenüber dem Jülichs-Platz” – to właściwa nazwa firmy. W domu, gdzie powstała „Eau de Cologne”, znajduje się dzisiaj „Farina Duftmuseum”

Tutaj strona internetowa firmy, gdzie można kupić oryginalną „Eau de Cologne”:

Farina 1709

Źródła:

Zdjęcia

Frau im Spiegel Royal, 2/2014

Z cyklu „znani Niemcy”: Karl Lagerfeld

Z cyklu „znani Niemcy”: Karl Lagerfeld

Dzisiaj przyszła kolej na kolejnego Niemca, czyli Karla Lagerfelda. To właśnie dzięki niemu dom mody Chanel kontynuuje swoją świetność, a poza tym – kto nie słyszał nazwiska „Lagerfeld”?

Karl Lagerfeld urodził się 28 września 1933 w Hamburgu. Poza projektowaniem mody zajmuje się fotografią. Projektował także kostiumy dla potrzeb teatru i opery oraz wygłaszał wykłady dotyczące mody na uniwersytecie sztuki stosowanej w Wiedniu. Poza domem mody nazwanym od własnego nazwiska – Karl Lagerfeld (wcześniej Lagerfeld Gallery) – prowadzi także domy mody Chanel oraz Fendi. O wysokiej renomie tych domów mody chyba nie muszę pisać, gdyż każdy o nich słyszał, nawet jeśli nie interesuje się modą.

Chciałabym opisać drogę sukcesu Karla Lagerfelda. Przez wiele lat utrzymywał, że nie wie, kiedy dokładnie się urodził. W Internecie czy encyklopediach można było spotkać dwie daty – rok 1933 lub 1938. Dopiero w 2013 roku Lagerfeld ujawnił, że urodził się w 1933 roku. Twierdził, że dopiero po śmierci matki odnalazł dokument ze swoją datą urodzenia i że wcześniej ona sama ukrywała przed nim właściwą datę. Nazwisko rodziny brzmiało wcześniej Lagerfeldt, w takiej formie nosił je jeszcze ojciec Karla – Otto Lagerfeldt, który pochodził z Rosji. Karl utrzymywał jednak, że jego ojciec był Niemcem. Wydaje mi się, że chciał stworzyć pewien mit na swój temat. Skoro miał starszą siostrę urodzoną w 1931 roku (Marthę Christiane), to musiał wiedzieć, ile mniej więcej wynosiła różnica wieku pomiędzy nimi.

W 1953 roku wyemigrował razem ze swoją matką do Paryża. Po tym jak w 1955 roku wygrał konkurs mody, otrzymał pracę w domu mody Balmain. Następnie pracował dla domu mody Jean Patou, od 1959 roku m.in. dla Valentino. W 1964 roku opuścił Francję i wyjechał do Włoch, aby tam studiować sztukę. Międzynarodową sławę jako projektant mody uzyskał w 1972 roku, kiedy to wraz z domem mody Chloe stworzył kolekcję Deco. Od 1983 kieruje domem mody Chanel. Mieszka i pracuje w Paryżu.

Karl Lagerfeld jest miłośnikiem literatury, jego prywatna kolekcja liczy ok. 300 000 książek. Jest on człowiekiem bardzo wykształconym, obytym i oczytanym, także pracoholikiem. Jest właścicielem księgarni w Paryżu i wydawnictwa LSD.

W 1983 roku zmarł na AIDS jego partner życiowy, Jacques de Bacher. Od tego czasu żyje sam (a przynajmniej to podaje oficjalnie).

Jest postacią bardzo kontrowersyjną, także w świecie mody, gdyż preferuje bardzo chude modelki, nawet wychudzone. W 2004 roku zaprojektował ubrania dla H&M, rozpoczynając współpracę znanych projektantów z tą marką. Jak wiadomo, H&M sprzedaje też ubrania w większych rozmiarach, na co Lagerfeld zareagował: „To, co zaprojektowałem, jest modą dla szczupłych ludzi. To był pierwotny pomysł„.

Obsesja na punkcie chudości wynika prawdopodobnie z faktu, że Lagerfeld przez wiele lat był otyły (zaczął tyć po śmierci swojego partnera życiowego). Pod koniec 2000 roku przeszedł na dietę, na której w ciągu 13 miesięcy schudł 42 kg. Sam twierdzi, że postanowił schudnąć, aby móc nosić wąskie garnitury Diora. Od 1976 roku nosi włosy splecione w koński ogon, jego znakiem firmowym są również okulary przeciwsłoneczne.

Lagerfeld zakochany jest w swojej kotce – Choupette, której materialnie wiedzie się lepiej niż większości ludzi, która ma nawet osobistą służbę i nawet konto na Twitterze.

Słynne cytaty Lagerfelda:

Jestem pewnego rodzaju wampirem, który wysysa krew z ludzi” (1975) – o pracoholizmie

Życie to nie konkurs piękności, niektórzy brzydcy ludzie są wspaniali. To, czego nienawidzę, to złośliwi, brzydcy ludzie. Najgorsi są brzydcy, niscy mężczyźni. Kobiety mogą być niskie, ale w przypadku mężczyzny jest to niedopuszczalne” (2003) – o nieatrakcyjnych i niskich ludziach

Jestem karykaturą samego siebie i lubię to. To jest pewnego rodzaju maska. Dla mnie karnawał w Wenecji trwa cały rok” (2007) – o swoim wizerunku

To farmerzy są mili dla krów i świń, a potem je zabijają. Są większymi hipokrytami od myśliwych. Myśliwi nie pochlebiają zwierzętom. Nie podoba mi się to, że ludzie zarzynają zwierzęta, ale nie podoba mi się również, że zarzynają ludzi. Najwidoczniej jest to bardzo popularne na świecie” (2010) – o futrach i okrucieństwie wobec zwierząt 

Stworzyłem dietę i mój doktor zarobił na tym pieniądze. Sprzedaliśmy prawie milion egzemplarzy. Nie dotykam cukru, sera, pieczywa… To była bardzo dobra, zdrowa rzecz. Najlepszy krok w moim życiu i w dodatku łatwy. Lubię jedynie to, co mi wolno robić. Jestem ponad pokusą. Nie mam słabości. Kiedy widzę tony jedzenia w studiu, dla mnie to jedzenie zrobione z plastiku. Pomysł, żeby to włożyć do ust nawet nie przychodzi mi do głowy. Jestem jak zwierzyna w lesie. Ona też nie dotyka tego, czego nie może zjeść” (2011) – o swojej diecie 

Uważam, że tatuaże są okropne. To jak całe życie chodzić w sukience Pucci. Kiedy jesteś młody i jędrny, może jest to Ok, ale później…” (2012) – o tatuażach 

 

Lagerfeld kiedyś:

 

Źródła:

Tekst 1

Tekst 2

Cytaty

Rozstrzygnięcie konkursu i motywacja do uczenia się niemieckiego (moim zdaniem)

O „Gesichtserker” i zniemczeniach

Jak każdy uczący się niemieckiego, czytający gazety lub oglądający filmy widzi, w języku tym jest bardzo dużo anglicyzmów. Ponieważ mieszkam w Niemczech, to tym bardziej na co dzień mam styczność z anglicyzmami i zawsze jestem przerażona, kiedy słyszę słowa takie jak „killen”, „discovern” lub „stylen”. Przykłady można by mnożyć, ale to już mój temat na inny post. Duża liczba anglicyzmów jest tym bardziej moim zdaniem zła, gdyż niemiecki tak dobrze radził sobie kiedyś z wymyślaniem własnych słów.

Dzisiaj zajmę się tematem puryzmu językowego, który rozwinął się w XVII i XVIII wieku. Polegał on na chronieniu języka przed zapożyczeniami i wyrazami obcymi. Powstawały wtedy liczne towarzystwa zajmujące się właśnie ochroną języka. Skutkiem były zniemczenia słów pochodzących z łaciny czy z francuskiego.

Przykłady:

1. Filozof Philipp von Zesen (1619-1689) wymyślił słowa takie jak „der Abstand” zamiast „die Distanz”, „die Bücherei” zamiast „die Liberey”, „der Augenblick” zamiast „der Moment”, „die Leidenschaft” zamiast „die Passion” czy „der Entwurf” zamiast „das Projekt”.
2. Filozof Christian Wolff (1679-1754) zaczął zniemczać łacińskie wyrazy, np. „die Grundlage” wywodzące się z łacińskiego „fundamentum”.
3. Pisarz, wydawca i pedagog Joachim Heinrich Campe (1746-1818) stworzył słowa takie jak „das Altertum” zamiast „die Antike”, „das Erdgeschoss” zamiast „das Parterre” lub „tatsächlich” zamiast „faktisch”.
4. Germanista Hermann von Pfister-Schwaighusen (1836-1916) zaproponował słowo „völkisch” zamiast „national”.

Oto przykłady, które jeszcze przyszły mi do głowy, kiedy pisałam ten post: 

  • die Anschrift – zamiast „die Adresse” 
  • der Versuch – zamiast „das Experiment” 
  • der Einfall – zamiast „die Idee” 
  • die Aufnahme – zamiast „das Foto” 
  • der Rechner – zamiast „der Computer” 
  • das Ergebnis – zamiast „das Resultat” 
  • der Verfasser – zamiast „der Autor” 
  • die Auskunft – zamiast „die Information” 
  • das Andenken – zamiast „das Souvenir” 
  • die Sammlung – zamiast „die Kollektion” 
  • der Flugbegleiter – zamiast „der Steward” 
  • die Einzelheit – zamiast „das Detail” 
  • die Anstalt (lub die Einrichtung) – zamiast „die Institution” 
  • herstellen – zamiast „produzieren” 
  • das Erzeugnis – zamiast „das Produkt” 

W niektórych przypadkach niemieckie słowa są zdecydowanie faworyzowane (jak np. „der Verfasser”, „die Sammlung” lub „der Flugbegleiter”), w innych słowa niemieckie i obce odpowiedniki istnieją równocześnie, np. „der Einfall” i „die Idee”, „der Rechner” i „der Computer”. Są pary słów, gdzie występują małe różnice w znaczeniu.

Jednak nie wszystkie niemieckie słowa przyjęły się w użytkowaniu języka. Pamiętam, że na III roku studiów na wykładzie z historii języka po raz pierwszy usłyszałam słowo „der Gesichtserker”, które zostało wymyślone zamiast „die Nase”. Nie wiadomo dokładnie, kto je stworzył, ale wiadomo, że się nie przyjęło, chociaż jest moim zdaniem logiczne:

der Gesichtserker = das Gesicht (twarz) + der Erker (wykusz, czyli w architekturze wystający z elewacji element budynku) 

Jak widać na przykładach powyżej, język niemiecki świetnie potrafił sobie radzić z wymyślaniem własnych słów na obce słowa. Dzisiaj ten trend nie jest już tak silny jak kiedyś i muszę powiedzieć, że gdybym dobrze nie znała angielskiego, to miałabym problem z czytaniem tekstów w niektórych niemieckich czasopismach, gdyż czasami przynajmniej 2-3 słowa w zdaniu są po angielsku.

Źródło:

Tekst

Z cyklu „znane osobistości”: Reinhold Messner

Z cyklu „znane osobistości”: Reinhold Messner

Jako miłośniczka himalaizmu i niespełniona himalaistka muszę oczywiście napisać o postaci Reinholda Meissnera. No ok, przyznaję się – „niespełniona himalaistka” to może źle powiedziane, bo mam paniczny lęk wysokości i boję się wyjść nawet na balkon, ale w snach zdobywam Mount Everest. Zimą oczywiście, a nie latem (dla niezorientowanych – zimą jest trudniej).

Przechodzę jednak do rzeczy.

Reinhold Messner urodził się 17 września 1944 roku w południowym Tyrolu, czyli niemieckojęzycznej części Włoch. Miał 7 braci i siostrę. Jego języki ojczyste to niemiecki i włoski. Już jako dziecko chciał zostać wspinaczem wszechczasów i udało mu się to. Jest nie tylko wspinaczem, ale i działaczem społecznym oraz politykiem. Dzieciństwo miał smutne, gdyż był bity przez ojca, który nauczał w miejscowej szkole, a prywatnie interesował się wspinaczką. Reinhold razem ze swym bratem, Güntherem, uciekał w góry, gdzie czuł się bezpiecznie. Już jako nastolatek przeszedł wiele trudnych górskich dróg, a jako 18-latek miał za sobą trudne wspinaczki w Dolomitach.

Messner wprowadził alpejski styl wspinania – chodziło o zabieranie ze sobą jak najmniejszej ilości rzeczy. Często zabierał ze sobą tylko linę i kilku haków, innym razem tylko mały plecak. Nie będę tu opisywać wszystkich jego osiągnięć, gdyż myślę, że może to być ciekawe głównie dla osób interesujących się wspinaczką. Wspomnę tylko, że zanim skończył 20 lat, miał za sobą przejście około 500 dróg we wschodnich Alpach.

W 1971 roku uzyskał tytuł inżyniera na Uniwersytecie w Padwie.

W 1969 roku zaczął wspinać się w góry wysokie i tutaj zaczyna się to, co jest najbardziej interesujące. W 1970 roku rozpoczął wspinanie się w górach Pamir, Hindukusz, Karakorum i w Himalajach. Zaraz na samym początku spotkała go jednak tragedia. Został zaproszony przez niemiecką wyprawę na wspinaczkę na ścianę Rupal góry Nanga Parbat, która to ściana do tej pory pozostawała niezdobyta. Podczas schodzenia ścianą Diamir zastała ich burza śnieżna i przez 4 dni nie mogli schodzić dalej. Reinhold wyprzedził brata i czekał na niego na dole. Günther jednak się nie pojawiał, dlatego Reinhold rozpoczął jego poszukiwania, odnalazł jednak tylko ślad po lawinie, która porwała Günthera. Przez kolejne 35 lat poszukiwał jego ciała i był atakowany przez współtowarzyszy wyprawy, którzy sądzili, że pozostawił brata na ścianie Rupal, sam schodząc po ścianie Diamir. W 2005 roku odnaleziono ciało Günthera i Reinhold został oczyszczony z zarzutów.

Po powrocie lekarze amputowali mu 7 palców. Trudniejsze od tego była dla niego śmierć ukochanego brata.  Zrozumiał wtedy, że śmierć jest praktycznie nieodłącznym elementem wspinaczki wysokogórskiej (wystarczy wspomnieć, że większość wybitnych himalaistów zginęła w górach). Ta tragiczna wyprawa była równocześnie punktem, kiedy to Messner postanowił zdobyć Koronę Himalajów, czyli wszystkie 14 ośmiotysięczników. Żeby zrozumieć, jak wielkie jest to osiągnięcie, trzeba interesować się himalaizmem. Zajęło mu to 16 lat (1970-1986). Warto w tym momencie nadmienić, że polski himalaista, Jerzy Kukuczka, ścigał się z Messnerem. Kukuczka jako drugi człowiek to osiągnął, zajęło mu to jednak tylko 8 lat. Dużym osiągnięciem Messnera było zdobycie Mount Everest bez użycia tlenu (1978). Po zdobyciu ośmiotysięczników wyruszał w różne rejony świata na wyprawy eksploracyjno-podróżnicze.

Po tym jak przestał czynnie uprawiać wspinaczkę, zajął się polityką. W latach 1999-2004 zasiadał w Parlamencie Europejskim z ramienia Federacji Zielonych. Następnie zajął się projektem „MMM”, czyli „Messner Mountain Museum”. W 2006 muzeum zostało otwarte w zamku Sigmundskron koło Bozen, następnie w kilku innych miejscowościach.

Dzisiaj Messner zajmuje się wygłaszaniem odczytów i prelekcji. Z rodziną mieszka w zamku Juval (pd. Tyrol), hoduje jaki i prowadzi własną winnicę.

Swoje wyprawy opisał w ok. 50 książkach.

Messner po zdobyciu ostatniego ośmiotysięcznika – Lhotse (1986)

Reinhold Messner dziś

Źródła:

Tekst i zdjęcia

Oficjalna strona:

http://www.reinhold-messner.de/

Film o tragicznej wyprawie na Nanga Parbat:

„Das Drama um G. Messner”

Z cyklu „znani Niemcy”: Wilhelm Conrad Röntgen

Z cyklu „znani Niemcy”: Wilhelm Conrad Röntgen

Wielu z nas zapewne miało robione zdjęcia rentgenowskie. A komu zawdzięczamy to, że diagnostyka medyczna w ten sposób jest w ogóle możliwa? Zapraszam do czytania. 

Wilhelm Conrad Röntgen urodził się w 1845 roku w Lennep w Niemczech. Był jedynakiem. Z powodów ekonomicznych rodzina przeniosła w 1848 roku do Apeldoorn w Holandii. W latach 1861-1863 Röntgen uczęszczał do technicznej szkoły w Utrecht. Został z niej wyrzucony, gdyż omyłkowo uznano go za autora karykatury jednego z nauczycieli. 23 listopada 1864 roku rozpoczął studia na Eidgenössische Technische Hochschule Zürich (Politechnika Federalna, w skrócie ETH). Było to możliwe, gdyż nie wymagano tam wcześniejszych dyplomów, lecz jedynie egzaminu wstępnego. W 1868 roku otrzymał dyplom inżyniera budowy maszyn, w 1869 uzyskał tytuł doktora na uniwersytecie w Zurychu. 

Od 1870 roku pracował w Würzburgu jako asystent Augusta Kundta (znany niemiecki fizyk) i opublikował tam pierwszą rozprawę naukową. W 1872 poślubił Annę Berthę Ludwig, w 1874 otrzymał na Uniwersytecie Strasburg habilitację. Uniwersytet Würzburg odmówił mu habilitacji ze względu na to, że nie miał matury. Od 1875 roku pracował jako profesor nadzwyczajny na Akademii Rolniczej w Hohenheim, następnie był profesorem fizyki w Strasburgu. W otrzymaniu tego stanowiska pomógł mu A. Kundt.  Od 1879 pracował w Gießen. W 1887 roku małżeństwo Wilhelma i Anny Röntgenów zaopiekowało się córką jej brata, Josephine Berthą, którą później adoptowali.

Następnie Röntgen  powrócił do Würzburga, gdzie w 1888 został mianowany profesorem fizyki eksperymentalnej, 5 lat później został rektorem uniwersytetu. „Promienie X” zostały przez niego odkryte właśnie tutaj, 8 listopada 1895 roku. Potem określano je właśnie jako promienie rentgenowskie. W wielu językach przyjęła się właśnie ta nazwa, po polsku również, podczas gdy np. po angielsku nie. 22 grudnia 1895 roku Röntgen  zrobił w ten sposób zdjęcie dłoni swojej żony, na którym doskonale widoczne były kości i obrączka. Do tej pory ukryte części ludzkiego ciała w końcu były widoczne. Prześwietlenie trwało ponad 20 minut. Długo, prawda? Szkodliwość zbyt długiego czy zbyt częstego prześwietlania nie była wtedy znana i kosztowała życie wielu osób. 

Od 1900 pracował na uniwersytecie Monachium. W 1901 roku otrzymał nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki właśnie za odkrycie promieni. Nagrodę pieniężną ofiarował uniwersytetowi Würzburg. Zrezygnował z opatentowania swojego odkrycia, uzasadniając to w ten sposób, że jego odkrycie służy ogółowi i prawa do niego nie powinny być zastrzeżone jednemu przedsiębiorstwu. Dzięki rezygnacji z patentu odkrycie szybko mogło być zastosowane w medycynie. 

W 1919 roku zmarła jego żona, a rok później przeszedł na emeryturę. Zmarł w 1923 roku na raka jelita. Niestety w testamencie zaznaczył, że jego naukowe zapiski mają być zniszczone, a to życzenie spełnili jego przyjaciele. Z tego powodu zachowane są nieliczne zapiski. 

Röntgen był introwertykiem, uchodził za człowieka skromnego i sprawiedliwego. Także wobec swojej żony był milczący. Lubił góry, chętnie wędrował. 



Źródła:

Zdjęcie 1

Tekst 1

Tekst 2

Z cyklu „znani Niemcy”: Alois Alzheimer

Z cyklu „znani Niemcy”: Alois Alzheimer

Każdy słyszał określenie „choroba Alzheimera”. Dzisiaj napiszę o człowieku, od którego nazwiska pochodzi nazwa choroby. Strasznie mnie denerwuje, kiedy w potocznym języku słyszę to określenie, tzn. kiedy ktoś o czymś zapomni i usłyszy „ty chyba masz Alzheimera”. Podobnie jak „on jest chyba upośledzony umysłowo” itp. Zawsze zastanawiam się, co czują ludzie, którzy słyszą takie nieprzemyślane słowa, a mają w rodzinie kogoś chorego i muszą się z tym zmagać na co dzień.

Ale do rzeczy. Alois Alzheimer urodził się 14 czerwca 1864 roku w Marktbreit (Bawaria). Był psychiatrą i neuropatologiem, a także profesorem psychiatrii Uniwersytetu Wrocławskiego. Medycynę studiował w Berlinie, Tybindze i Würzburgu. W 1887 roku otrzymał dyplom lekarza medycyny i przedstawił swoją dysertację doktorską.

W 1889 roku rozpoczął pracę w zakładzie psychiatrycznym „Städtische Anstalt für Irre und Epileptische” we Frankfurcie. Nieco zrewolucjonizował jego funkcjonowanie. Chyba każdy nas czytał/słyszał o nieco brutalnym jak na dzisiejsze standardy traktowaniu pacjentów szpitali psychiatrycznych w tamtych czasach. Alzheimer wspólnie z neurologiem Franzem Nisslem wprowadził zasadę polegającą na unikaniu środków przemocy, np. kaftanów bezpieczeństwa albo karmienia na siłę. Niektórzy pacjenci mogli swobodnie poruszać się po zakładzie i brać udział w wycieczkach. W 1902 roku Alzheimer rozpoczął pracę w Heidelbergu, potem pracował w Monachium. Nadal współpracował z F. Nisslem. W 1912 roku został kierownikiem Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zmarł w wieku zaledwie 51 lat, kiedy to gwałtownie podupadł na zdrowiu. Dręczyły go niewydolność nerek, wada serca i duszności. Zmarł 19 grudnia 1915 roku we Wrocławiu, a pochowany został we Frankfurcie obok swojej żony (z którą miał troje dzieci).

A skąd wzięła się nazwa „choroba Alzheimera”?

25 listopada 1901 roku A. Alzheimer poznał nową pacjentkę, 51-letnią Auguste Deter. Do zakładu psychiatrycznego we Frankfurcie została ona przywieziona przez swojego męża, który zauważył w ostatnim czasie duże zmiany w jej zachowaniu. Jego żona zrobiła się zazdrosna, zapominała, jak wykonywać podstawowe czynności w domu, chowała rzeczy i nie potrafiła ich odnaleźć, czuła, że ktoś ją śledzi. Po rozmowie z nią Alzheimer orzekł, że pacjentka udziela odpowiedzi, które nie mają związku z pytaniem. Poza tym nie ma orientacji czasoprzestrzennej i nie pamięta szczegółów z życia. Jej nastroje bardzo często się zmieniały. Nie mogła swobodnie poruszać się po zakładzie. Miała również zaburzenia mowy oraz kłopoty z utrzymaniem higieny.

Auguste Deter nie była pierwszą pacjentką z takimi objawami, jaką spotkał Alzheimer. Inni pacjenci mieli jednak przeważnie ponad 70 lat. Dlatego właśnie jej poświęcił dużo uwagi. Przeprowadził z nią wiele rozmów, podczas których powtarzała „ach Gott” („o Boże”). Pewnego razu powiedziała „ich habe mich sozusagen selbst verloren” („poniekąd sama się zgubiłam”).

Alzheimer co prawda nie pracował długo we Frankfurcie, ale nadal interesował się pacjentką i dowiadywał się o jej stan zdrowia. Zmarła ona 9 kwietnia 1906 roku w wyniku zakażenia krwi. Na prośbę Alzheimera przesłano mu do Monachium jej historię choroby, a także jej mózg. W badaniu mikroskopowym stwierdzono rozległe zwyrodnienie komórek nerwowych. Chorobę lekarz określił jako „Krankheit des Vergessens” („choroba zapominania”). Nazwa „choroba Alzheimera” została po raz pierwszy używa przez Emila Kraepelina w 1910 roku, natomiast oficjalnie przyjęta została w 1967 roku na kongresie lekarzy w Lozannie.

To jednak nie wszystkie zasługi Alzheimera. Psychiatria zawdzięcza mu też opis symptomatologii miażdżycy, otępienia starczego, jego odmian oraz delirium.

Alois Alzheimer

Auguste Deter

Źródła:

Tekst 1

Zdjęcia

Tekst 2

Glücksbringer – co przynosi w Niemczech szczęście?

Glücksbringer – co przynosi w Niemczech szczęście?

Dzisiaj napiszę kilka słów o rzeczach, które w Niemczech uznawane są za talizmany przynoszące szczęście i które uchodzą za symbole szczęścia. Osobiście nie wierzę w coś takiego, uznaję raczej za formę zabawy. Jedynie horoskopy czytam, ale tylko wtedy, kiedy jestem w dołku i szukam pocieszenia.

der Glücksbringer – talizman 

der Glückspilz – szczęściarz

der Glückspfennig – fenig przynoszący szczęście. W czasach euro musiałby to być tak właściwie cent, ale nikt nie myśli o zmianie. Dosyć znane jest niemieckie powiedzenie: „Wer den Pfennig nicht ehrt, ist des Talers nicht wert” – „Kto nie szanuje feniga, nie jest wart talara”. 1 marka niemiecka składała się ze 100 fenigów.

das Hufeisen – podkowa. Jako talizman chronić ma dom. Nie może być kupiona, powinna być znaleziona. Zawiesza się ją nad drzwiami wejściowymi do domu.

der Schornsteinfeger (der Kaminkehrer) – kominiarz. Uchodzi w Niemczech za symbol szczęścia, gdyż wcześniej w Nowy Rok to właśnie kominiarz wychodził pierwszy na ulice i gratulował ludziom z okazji nowego roku.

der Marienkäfer – biedronka. Pierwotnie uchodziła za posłańca z nieba Matki Boskiej, chroniła dzieci i chorych, kiedy do nich podleciała. Nigdy nie powinno było się jej strącać lub zabijać, gdyż przyciągało to nieszczęście.

das Glücksschwein – świnka przynosząca szczęście. Szczególnie popularne są świnki z marcepanu, które można kupić tu w prawie każdym supermarkecie. Świnia uchodzi za symbol płodności oraz za znak bogactwa i dobrobytu. Powiedzenie „Schwein haben” oznacza „mieć szczęście”.

das vierblättrige Kleeblatt – czterolistna koniczyna. Koniczyna ma zwykle oczywiście trzy liście, więc bardzo trudno jest znaleźć czterolistną. Mi udało się to tylko raz w życiu. Istnieje legenda, która mówi o tym, że przepędzona z raju Ewa zabrała z niego jedną czterolistną koniczynę. Koniczyna jest też dlatego symbolem raju.

Zdjęcia:

Zdjęcie 1

Zdjęcie 2

Zdjęcie 3

Rozstrzygnięcie konkursu i motywacja do uczenia się niemieckiego (moim zdaniem)

Wojenne historie. Cz. 2

Póki mam wenę, to czas na drugą część wojennych historii.

Mój bundesland, Nadrenia-Palatynat, należał po wojnie do strefy francuskiej. Tak jak już wspominałam, Niemcy mieli wtedy znacznie gorzej niż w trakcie wojny. 90% jedzenia musieli oddawać Francuzom, więc musieli kombinować, jakby tu przetrwać. Nie tylko w tym zakresie były ograniczenia. Nie można było nic wysyłać do innych krajów, a tylko francuscy żołnierze mogli otrzymywać przesyłki.

Szczególnie mięso było wtedy towarem deficytowym. Osoba, która opowiadała mi te historie, zaraz po wojnie zdawała egzamin na prawo jazdy. Tak się zdarzyło, że przejechała królika. Nie można było oczywiście zmarnować takiej okazji, więc od razu obrała go ze skóry. Ona to zrobiła, gdyż egzaminator nie miał w tym doświadczenia, a także brakowało mu odwagi. Jej rodzina bardzo się ucieszyła, widząc królika, którego można było przyrządzić na obiad.

Ludzie często sobie zadają pytanie, czy Niemcy naprawdę nie wiedzieli o obozach koncentracyjnych, o prześladowaniu niektórych narodowości i o okrutnych mordach niewinnych ludzi. Też kiedyś zadawałam sobie pytanie, jak można było o tym nie wiedzieć, bo przecież na pewno były jakieś przecieki. Teraz już nie pytam, gdyż moja znajoma w swoich opowieściach wyraźnie zaznaczyła wpływ propagandy. Obejmowała ona każdego Niemca: od dziecka do staruszka. Nikogo tu nie pominięto. Kiedy wprost ją zapytałam, czy ludzie tutaj naprawdę nic nie wiedzieli, odpowiedziała mi: „Ah, nein, wir waren alle so dumm”. Dopiero po wojnie dowiedziano się prawdy, chociaż oczywiście nie można powiedzieć, że Niemcy bezkrytycznie popierali Hitlera. Ojciec mojej znajomej działał w podziemiu, rozdając np. ulotki. Była to tajemnica poliszynela, ale nie było na niego dowodów. Niemniej dom był niejednokrotnie przeszukany, a on sam został wykluczony z lokalnych stowarzyszeń, a podczas lokalnego festynu nikt nie chciał obok niego usiąść ani z nim rozmawiać. Moja znajoma ma w swoim domu ulotki, które podczas wojny rozdawał jej ojciec. Mam nadzieję, że po jej śmierci jej rodzina tego nie wyrzuci. Już im powiedziałam, że chętnie przygarnę.

Do ludzi propaganda oczywiście docierała, w dużym stopniu poprzez radio. Oczywiście nie każdy je miał, ale kiedy miała być transmitowana jakaś ważna mowa Hitlera, to ludzie zbierali się u kogoś, kto miał radio.

Rozstrzygnięcie konkursu i motywacja do uczenia się niemieckiego (moim zdaniem)

Wojenne historie. Cz. 1

W moich licznych planach znajdowały się m.in. historie z II wojny światowej, których miałam okazję wysłuchać. Dzisiaj czas, aby zacząć. Miałam nadzieję, że rok 2014 będzie spokojniejszy dla mnie, ale zaczął się bardzo intensywnie, a to nie wróży najlepiej…

Poziom stylistyczny tego wpisu może w niektórych miejscach budzić wątpliwości. To dlatego że bardzo rzadko piszę teraz po polsku i w niemieckim czuję się pewniej. Za ewentualne niedociągnięcia przepraszam.

Interesuję się historią, więc i II wojną światową. Dopóki miałam okazję, często wysłuchiwałam historii opowiadanych przez moich dziadków. Teraz mam tylko jednego dziadka i widzę go tylko raz na rok, kiedy jadę do Polski. Od jakiegoś czasu postanowiłam pytać starszych znajomych Niemców o ich przeżycia z okresu wojny. Zależało mi na tym, żeby poznać ich perspektywę, dopóki jest czas. Zostało przecież jeszcze tylko kilka lat, nim w ogóle nie będzie ludzi, którzy pamiętają wojnę. Jest co prawda wiele osób po 90-tce, ale duża część z nich cierpi na demencję albo na Alzheimera. Niełatwo jest znaleźć ludzi, którzy wszystko świetnie pamiętają i jeszcze chcą o tym opowiadać. Znam też kogoś, kto prawdopodobnie ma przeszłość nazistowską i dlatego nie chce o tym mówić.

Niedawno miałam okazję porozmawiać z Niemcem, który wychowywał się w Polsce, a po wojnie wraz z rodziną został wypędzony. Opowiedział mi bardzo ciekawe historie, ale na nie jeszcze przyjdzie czas. Kiedy z nim rozmawiałam (było to ok. 2 miesiące temu), pytał mnie w trakcie, co chciałabym jeszcze wiedzieć. Był bardzo otwarty, a ja nie do końca wiedziałam, o co zapytać.

Moje historie zacznę może od propagandy. Osoba, która mi o tym opowiadała, podczas II wojny światowej chodziła do szkoły. Swastyka była obecna wszędzie, było to oczywiście normalne. Co tydzień wszyscy uczniowie i nauczyciele zbierali się, aby wspólnie odśpiewać Deutschlandlied.

Deutschlandlied – potoczna nazwa. Właściwa nazwa brzmi „Lied der Deutschen” („Pieśń Niemców), jest to od 1922 roku hymn narodowy Niemiec. Został napisany w 1841 roku, ma 3 strofy, ale obecnie tylko trzecia strofa jest śpiewana jako hymn narodowy. W czasach nazizmu (1933-1945) była śpiewana tylko pierwsza strofa – propaganda wykorzystywała jej wymowę i dlatego po II światowej więcej już jej nie wykonywano. Nie jest to co prawda w Niemczech zabronione, ale pierwsza i druga strofa są omawiane w szkołach jako utwór literacki. 

Dziewczęta były skupione w BDM. Organizacja ta uchodziła wtedy za zwykłą organizację młodzieżową, dopiero później była identyfikowana z nazistowskimi Niemcami.

BDM (Bund Deutscher Mädel – Związek Niemieckich Dziewcząt) był damską gałęzią Hitlerjugend. Od 1936 roku każda dziewczyna w odpowiednim wieku (10-18 lat) należała do niego automatycznie, było to tzw. przymusowe członkostwo. W 1944 roku BDM był największą damską organizacją młodzieżową świata z 4,5 mln członkiń. 

Pani, która mi o tym opowiadała, mówiła, że była dumna, że należała do tej organizacji, że dzięki niej czuła się patriotką. Ważna była też przynależność do grupy.

Zaraz przed tym, kiedy było jasne, że wybuchnie wojna, ludzie robili sobie rodzinne zdjęcia, bo nie wiadomo było, czy po wojnie wszyscy jeszcze będą. Osoba, która opowiadała mi te historie, miała jedną siostrę. Jej ojciec przed wojną często mówił o tym, że chciałby mieć syna. Kiedy wojna wybuchła, to cieszył się, że ma 2 córki, gdyż nie musiały one iść walczyć. Zaraz przed wybuchem wojny, w sierpniu, ludzie musieli oddawać na potrzeby armii np. samochody dostawcze. W miejscu, gdzie moja znajoma robiła wtedy szkolenie zawodowe, mieszkała rodzina prowadząca jakieś magazyny (już nie pamiętam, co tam magazynowali). Mieli oni jednego syna, który właśnie w sierpniu musiał dostarczyć do Koblencji samochód dostawczy. Od razu został wciągnięty do armii i już nigdy nie powrócił do domu.

W domu mojej znajomej widziałam takie rodzinne zdjęcie zrobione zaraz przed II wojną światową. Na szczęście u niej także po wojnie rodzina liczyła tyle samo członków.

W trakcie wojny Niemcy nie cierpieli biedy. Nie brakowało jedzenia. Dopiero po wojnie zaczęła się bieda. W moim regionie była strefa francuska. Niemcy musieli oddawać dużą część jedzenia Francuzom. Cytat pani opowiadającej mi o tym: „Dopiero po wojnie zrozumieliśmy, co to jest bieda. Mój ojciec… Zdaje się, że po wojnie zajęty był tylko i wyłącznie tym, jak zapewnić rodzinie jedzenie. Nie pamiętam, żeby w tych latach robił coś innego”.