Deutsche Bahn. Part II + refleksje o rowerku

Deutsche Bahn. Part II + refleksje o rowerku

Miałam już o tym nie pisać, ale miałam ostatnio jeszcze kilka przygód…

Ostatnio Deutsche Bahn miło mnie zaskoczyła, gdyż w dwie ostatnie środy Intercity do Luksemburga nie zaliczyła spóźnienia!!! Nawet o minutę, co jest doprawdy godne odnotowania.

Tak jak może pisałam, kurs polskiego, który prowadzę dla Niemców, odbywa się w budynku gimnazjum w Wittlich. Centrum miasta jest oddalone o kilka kilometrów od dworca, więc z dworca dostaję się tam autobusem. Kiedy tam jadę, to jest ok. Powrót na dworzec i potem do mojego miasta jest dosyć problematyczny.

Tak to wygląda:

Kurs kończy się o 19:30. Autobus na dworzec jest o 19:50, a pociąg do Koblenz, w który muszę wsiąść, jest o 19:57. Kiedyś był o 19:58, a ta minuta robi wielką różnicę!!! Zwykle modliłam się, żeby autobus jechał sprawnie i żebym zdążyła wpaść do pociągu. Do tej pory się to udawało, gdyż pociąg jak zwykle był spóźniony o 5 minut, ale… ostatnio mam doprawdy pecha. Tydzień temu byłam wściekła, gdyż pociąg był punktualny i mi odjechał. To okropne uczucie widzieć, jak pociąg odjeżdża i mieć świadomość, że trzeba czekać godzinę na następny. Czekać w zimnie, ponieważ hala dworca o 20:00 jest zamykana. No tak, po co ma być otwarta? Oprócz sieroty mnie prawie nigdy nikogo tam nie ma. Czasem trafi się jakaś grupa Turków, ale nie boję się ich.

Tak więc tydzień temu siedziałam godzinę na dworcu i zmarzłam niemiłosiernie. To trochę moja wina, bo siedziałam zamiast chodzić po peronie. Potem byłam tak zmarznięta, że kiedy w końcu dojechałam do mojego miasta, to wzięłam taxi z dworca, bo ledwo dałam radę iść.

Sytuacja ze środy wczoraj. Byłam tak zła, że nie mogę tego nawet ująć w słowa, ale po kolei… Pomyślałam sobie, że jeśli autobusem raczej nie dojadę na dworzec na czas, to zamówię taxi. Zainwestuję, ale przynajmniej zdążę na pociąg. Ale gdzie tam! Dzięki taksówce byłam na dworcu już o 19:45. Pomyślałam sobie: „Super, pociąg jest o 19:57. Będę u siebie o 21:00, a nie o 22:00”. Marzenie ściętej głowy… Pociąg do Koblenz był spóźniony o 20 minut. Pytam się: Dlaczego??? Co wieczorem może się dziać na tych torach??? Dla mnie oznaczało to, że pociąg do mojego miasta, w który muszę się przesiąść, mi odjedzie. Tak rzeczywiście było. Znowu czekałam godzinę w zimnie, ale na innym dworcu… Tym razem chodziłam. Gdybym znowu siedziała, to chyba bym zamarzła. Nauczka na przyszłość: zabierać ze sobą termos z gorącą herbatą. W tamtym roku zimą zawsze tak robiłam, oprócz tego zabierałam ze sobą też koc, który okazywał się niezbędny.

Postanowienie na przyszły rok: wiosną jeździć do Wittlich rowerem. To tylko 22 km. Jak skończy się zima, to muszę obczaić trasę, bo do tej pory jeździłam tylko pociągiem. Rowerek jest niezawodny.

Zalety podróżowania Deutsche Bahn: 
1. Doskonale znam słownictwo dotyczące spóźnień i ich powodów.
2. Pogadam sobie z konduktorami i dowiem się wielu ciekawych rzeczy. Z jednym rozmawiałam kiedyś o życiu w NRD, bo tam się wychował.
3. Ciągle przeżywa się jakieś zaskoczenia, nigdy nie jest nudno. A to usuną ci z dworca automat do kupowania biletów, a to w jednym pociągu można kupić bilet, w innym nie, a to nie wyświetlą komunikatu o spóźnieniu pociągu itd.
4. Czekając godzinami na dworcu, można przeczytać sporo książek i się dokształcić. Można nauczyć się przez ten czas dużo fińskich słówek.
5. Można pogadać z ludźmi, którzy są tak samo wściekli. W ten sposób można poznać wiele ciekawych osób. Niedawno poznałam kogoś bardzo ciekawego, gdyż zaciekawiła go czytana przeze mnie książka. Rozmowa z tą osobą bardzo dużo mi dała, chociaż to była jedyna rozmowa, jaką odbyliśmy. Dzięki temu bardzo urosła moja pewność siebie. Gdyby pociąg się nie spóźnił, to nigdy nie spotkałabym tej osoby.
6. Można potrenować cierpliwość.

Jeszcze co do mojego ukochanego rowerka… Jazdę nim bardzo sobie chwalę. Pomykam codziennie do pracy i z powrotem. Tutaj można jeździć nim przez cały rok. Na uszach nauszniki, na dłoniach grube rękawiczki przeznaczone do jazdy na nartach i jest pięknie. Zawsze chce mi się śmiać, kiedy na naszych wąskich, jednokierunkowych uliczkach, widzę samochód ciężarowy. Wtedy za nim ciągnie się sznur samochodów, a ja to wszystko spokojnie omijam. Wygląda to mniej więcej tak (piękny rysuneczek mojego autorstwa w paincie):

I jak tu można narzekać? Z zasady nie jestem zwolenniczką samochodów i wolę Deutsche Bahn niż zrobić prawo jazdy. Wtedy to dopiero bym się rozleniwiła, a tak to pojeżdżę rowerkiem i jestem fit 🙂

Parę słów o Deutsche Bahn

Parę słów o Deutsche Bahn

Dzisiaj chciałabym napisać o moich perypetiach z Deutsche Bahn, czyli niemieckiej kolei.

Na pewno wielu z Was słyszało o niedawnych strajkach Deutsche Bahn, w Polsce też była o tym mowa. Mam tego już serdecznie dość.

Prawie każdy Niemiec, z którym rozmawiam, narzeka na DB. Niemcy, którzy byli w Polsce, wychwalają PKP. Mówią, że co prawda nie ma luksusu, ale przynajmniej pociągi są punktualne. W Niemczech za to pytanie nie brzmi teraz, KIEDY pociąg przyjedzie, tylko CZY on przyjedzie.

Pamiętam, że kiedy w 2008-2009 roku studiowałam w Bielefeld, to często jeździłam do znajomych mieszkających koło Frankfurtu nad Odrą. Wybierałam zawsze najtańsze połączenie, co oznaczało, że czasami musiałam przesiadać się 4 razy, ale wszystko funkcjonowało bez problemu. Teraz już nie zdecydowałabym się na coś takiego.

Napiszę o moich obecnych perypetiach z pociągami. Na szczęście mam z nimi do czynienia tylko raz w tygodniu – w każdą środę, kiedy prowadzę kurs polskiego w innym mieście. Miasto Wittlich jest oddalone od mojego tylko o 22 km, ale muszę jechać pociągiem z przesiadką, a potem jeszcze autobusem. Jest to więc dosyć skomplikowane. Kurs zaczyna się o 18:00, ale ja już o 15:00 wychodzę z domu. Lepiej pojechać pociągiem godzinę wcześniej, bo nigdy nie wiadomo, czy on się zjawi. Jeśli nie, to pojadę następnym.

Tak wygląda moje połączenie:

Traben-Trarbach – 15:43 – Bullay – 16:03– ten odcinek pokonuje się bez problemu. Zapewne dlatego, że jedzie do nas tylko jeden pociąg.

Bullay – IC134 o 16:10 – tutaj już robi się problematycznie. Intercity do Luksemburga zawsze ma spóźnienie. Nie pamiętam, żeby nie miała spóźnienia. Jeśli jest to tylko 5 czy 10 minut, to nie traktuję tego jako spóźnienie. Zdarzyło się 25 minut, raz 50 minut, a raz wcale nie przyjechała. Bo i po co?

Jak mam szczęście, to w Wittlich jestem o 16:22, czyli punktualnie. To zdarzyło mi się raz czy może dwa razy. Potem jadę autobusem do centrum miasta. W VHS jestem pół godziny albo godzinę przed czasem, zależy.

Raz musiałam odwołać kurs, bo Deutsche Bahn akurat strajkowała. Było to 15 października. Byłam wtedy wściekła, ale co tu zrobić, jak nie ma mnie kto zawieźć? Jestem zdana tylko na siebie. I na Deutsche Bahn, chociaż czasami myślę, że lepiej byłoby polegać na rowerze albo zrobić pielgrzymkę na własnych nogach.

Sprawa ze strajkami jest dosyć skomplikowana. W wiadomościach mowa jest o tym prawie codziennie, a DB grozi ponownymi strajkami przed świętami. Co jak co, ale terminy potrafią wybierać. Dwa związki zawodowe: Lokführergewerkschaft GDL (związek zawodowy maszynistów) oraz Eisenbahn- und Verkehrsgewerkschaft EVG (związek zawodowy innych pracowników kolei) mają różne powody do strajku. EVG chce dla swoich członków podwyżki pensji 6%, ale przynajmniej o 150 euro. GDL żąda 5% więcej, 37 godzin zamiast 39 godzin pracy w tygodniu oraz lepszych planów zmian.

Najważniejszą osią konfliktu jest jednak to, że GDL nie chce reprezentować tylko maszynistów, lecz także swoich członków wśród konduktorów. Chce zawierać dla nich własne umowy, co dotychczas robiła tylko EVG. Natomiast EVG chce mieć wśród swoich członków także maszynistów. Kolej odrzuca możliwość zawierania rożnych umów dla tych samych grup zatrudnionych. Szef GDL, Claus Weselsky, spotkał się z wieloma zarzutami – przede wszystkim podróżnych. Moim zdaniem jeden człowiek nie ma prawa decydować o codziennych planach milionów ludzi zdanych na DB.

I tak w kółko, w kółko, w kółko…

Negocjacje cały czas się toczą. Ciekawe, czy uda im się coś ustalić czy jednak jeszcze będą strajki. Ja jestem przezorna i w grudniu ustaliłam tylko 2 terminy kursu polskiego, w styczniu będzie kontynuacja. 17 grudnia nie podejmę ryzyka, jestem już ostrożniejsza.

Dotychczasowe strajki spowodowały już około 500 milionów euro strat dla gospodarki.

Tak jak wspomniałam, związki zawodowe wiedzą, co robią. Ostatni strajk, który trwał od 5 listopada do 10 listopada, był najdłuższym w historii DB AG, która została założona w 1994 roku. Udało się go na szczęście zakończyć wcześniej. W niedzielę 9 listopada przypadało 25 lat od upadku Muru Berlińskiego. Strajk kolei skomplikował więc plany wielu ludziom, którzy zamierzali udać się do Berlina. Wygranymi na pewno byli właściciele firm autobusowych, gdyż w tych dniach zanotowały ogromny wzrost liczby klientów.

Mam nadzieję, że to był jednak ostatni strajk i że w końcu zostanie zawarty jakiś kompromis, bo to wszystko jest już absurdalne. Podczas strajku oglądałam w wiadomościach wypowiedzi podróżnych, każdy ma takie samo zdanie…

Parę słów o Deutsche Bahn

„Heimkehr” – film nazistowskiej propagandy

Dzisiaj chciałabym napisać o filmie „Heimkehr” – „Powrót do ojczyzny„. Jest to idealny przykład nazistowskiej propagandy, film antypolski. Został nakręcony w 1941 roku.

W filmie mamy przedstawionych oczywiście Polaków i Niemców. Polacy to brutalni, prymitywni ludzie, którzy gnębią szlachetnych, dobrych Niemców marzących o powrocie do ojczyzny, do III Rzeszy.

Ciekawe jest, że reżyser filmu, Gustav Ucicky, był synem słynnego malarza Gustava Klimta. Nazwisko przyjął jednak po matce.

Akcja filmu:

1. Marzec 1939 roku. Mała wieś na Wołyniu – niemiecka szkoła zostaje odebrana Niemcom przez Polaków. Jedna z nauczycielek, Marie, usiłuje protestować, rozmawia z polskim burmistrzem, ale nie uzyskuje od niego pomocy. Niemcy są coraz bardziej szykanowani przez Polaków. W szkole tej Polacy chcą urządzić posterunek polskiej żandarmerii. Szkoła jest likwidowana w brutalny sposób: meble są wyrzucane przez okna i palone, dziecięce tabliczki także. Brudne polskie dzieci wyśmiewają schludnie ubrane dzieci niemieckie.

2. Ponieważ mniejszość niemiecka ma prawo do uzyskania pomocy, Marie wybiera się do Łucka, stolicy Wołynia, aby porozmawiać z wojewodą. Nie zostaje jednak przez niego przyjęta.

3. Wieczorem Marie i jej narzeczony Fritz idą do kina. Ponieważ nie śpiewają polskiego hymnu na początku filmu i rozmawiają ze sobą po niemiecku, zostają pobici przez Polaków. Kierownik kina o wyglądzie Żyda rozkazuje wyrzucić ciężko rannego Fritza z kina, który umiera, ponieważ polski szpital go nie przyjmuje.

4. Marie wraca do swojego miasta, gdzie Niemcy są coraz bardziej nękani przez Polaków. Niemiecki ambasador próbuje pomóc Niemcom, rozmawiając z polskim ministrem spraw zagranicznych, który odpowiada: Bardzo żałuję, nic nie mogę zrobić, to tylko przypadek, że znowu Niemiec był ofiarą zamachu.

5. Następnie pokazywane są sceny mordów i gwałtów, których Polacy dokonują na Niemcach. Po każdej scenie słychać słowa polskiego ministra, który mówi, że mniejszość niemiecka jest chroniona przez ustawy.

6. Wszyscy Niemcy łącznie z dziećmi zostają aresztowani przez Polaków 1 września 1939 roku. Ukryli się w stodole i tam słuchają przemówienia Hitlera. Podczas transportu do więzienia pokazywane są niemieckie matki z dziećmi, staruszkowie. Niemcy zostają upchnięci w cele, w których muszą spać na stojąco. Wielu Niemców umiera z wycieńczenia. Aby uspokoić wszystkich, Marie do nich przemawia i stara się ich pocieszyć. intonuje ojczystą piosenkę:

„Wyobraźcie sobie, jak to będzie, mieszkać pośród Niemców. Jeśli wejdziecie do sklepu, nikt nie będzie gadać po polsku albo po żydowsku, a tylko po niemiecku.
Nie tylko wieś, a cała okolica, całe państwo będzie niemieckie. Gleba na polu będzie niemiecka i kamienie, i trawa, i leszczyna. I nie tylko żyjemy niemieckim życiem, a też umieramy niemiecką śmiercią. Nawet zmarli zostaniemy Niemcami, i zostaniemy częścią Niemiec, niemiecką glebą …”

7. Przybywają Polacy, aby zastrzelić Niemców. W tym momencie zjawiają się jednak niemieckie samoloty i wojska pancerne.

8. Jakiś czas później Niemcy przesiedlają się do ojczyzny. Wśród nich jest także Marie i jej ociemniały ojciec, który wcześniej na skutek postrzału stracił wzrok. W ostatniej scenie filmu widać kolumnę wozów przekraczających granicę, nad którymi góruje portret Hitlera.

W pracach nad powstaniem filmu uczestniczył Heinrich Himmler. Ciekawe jest, że „Heimkehr” swoją premierę miał w Wenecji i otrzymał Puchar włoskiego Ministerstwa Kultury. Otrzymał również nagrodę „Film der Nation” („Film narodu”).

W filmie zagrało kilku polskich aktorów, artystów Teatru Polskiego w Warszawie (Bogusław Samborski, Józef Kondrat, Michał Pluciński, Hanna Chodakowska). Sąd Kierownictwa Walki Cywilnej skazał ich 19 lutego 1943 roku na karę infamii. Natomiast 18 listopada 1948 roku stanęło przed Sądem Okręgowym w Warszawie czterech aktorów oskarżonych o współpracę z Niemcami: Wanda Szczepańska, Stefan Golczewski, Juliusz Łuszczewski i Michał Pluciński. Zostali oni skazani na kary od 3 do 12 lat więzienia.

Polską obsadę organizował Igo Sym, wierny współpracownik Niemców, kolaborant III Rzeszy, na którym wyrok został wykonany 7 marca 1941 roku. Więcej na ten temat możecie przeczytać tutaj:

Śmierć zdrajcy

A czy film „Heimkehr” możemy obejrzeć dzisiaj? Z tego, co wiem, to jest w Polsce niedostępny. W Niemczech i w Austrii można go wyświetlać tylko pod pewnymi warunkami. Widzowie muszą najpierw wysłuchać wprowadzenia historyka, a po filmie musi odbyć się dyskusja.

Elfriede Jelinek (austriacka pisarka, laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 2004 roku) określiła „Heimkehr” jako najgorszy propagandowy film, jaki kiedykolwiek powstał.

Źródła:

„Powrót do ojczyzny”

„Heimkehr”

Twitter-Omi

Twitter-Omi

Nie jestem zwolenniczką portali społecznościowych w stylu Facebooka czy Instagramu. Nie mam tam konta i nie będę mieć, bo nie jest mi to do niczego potrzebne. Mam konto jedynie na Twitterze i śledzę tam m.in. Twitter-babcię, czyli Twitter-Omi (znaną też jako Online-Omi). Lubię Twittera ze względu na krótkie wiadomości, jakie można tam szybko przeczytać. 
Twitter-Omi nazywa się Renate Bergmann, za tym nazwiskiem możecie ją wyszukać na Twitterze. Wielu śledzących babcię sądzi, że ona naprawdę istnieje, ale jest to jedynie pseudonim. Kryje się za nim Torsten Rohde. Najpierw powstało konto babci na Twitterze, potem wydawnictwo poprosiło go o napisanie książki. Nosi ona tytuł „Ich bin nicht süß, ich hab bloß Zucker: Eine Online-Omi sagt, wie’s ist“. Niedawno ją kupiłam i właśnie zaczynam czytanie.


Dzięki swoim dowcipnym hasłom 82-letnia Twitter-Omi zyskała dużą popularność. Jeśli macie konto na Twitterze, to koniecznie śledźcie babcię. Gwarantuję, że jej przemyślenia poprawią Wam humor na początek dnia. Babcia opowiada np. o wycieczkach dla seniorów, o zajęciach w lokalnym klubie i komentuje codzienne wydarzenia. 
Oto, jak Torsten Rohde opowiada, skąd wziął się pomysł:
Weihnachten 2012 verbrachte ich umringt von Oma, Mutti Und Schwester. Ich bekam die typischen Sprüche zu hören: „Du kannst doch noch nicht satt sein!“, „Du sitzt so schief!“, „Soll ich dir eine Decke holen?“ Auf meinem eigenen Twitter-Account schrieb ich, womit mich meine Tante Renate so nervt – die war natürlich fiktiv, ich würde nie über echte Verwandte lästern. Und meine Kumpel sagten: Tante Renate bräuchte einen eigenen Twitter-Account, die klingt ja total lustig! Im Januar war ich dann 14 Tage krank, und aus lauter Langeweile legte ich den Account tatsächlich ein.

Boże Narodzenie 2012 spędziłem otoczony babcią, mamą i siostrą. Musiałem słuchać typowych haseł: „Nie możesz przecież być jeszcze syty!”, „Siedzisz tak krzywo!”, „Przynieść ci koc?” Na moim własnym koncie na Twitterze pisałem, czym moja ciocia Renate mnie denerwuje – ona była oczywiście fikcyjna, nigdy nie obgadywałbym prawdziwej krewnej. I moi kumple mówili: ciocia Renate potrzebuje swojego własnego konta na Twitterze, ona brzmi strasznie wesoło! W styczniu byłem przez 14 dni chory, tylko z nudy faktycznie założyłem konto.
A skąd Twitter-Omi bierze pomysły na swoje posty?
Ich halte einfach die Augen offen. Ich wohne auf dem Dorf, letztens sah ich auf einer Beerdigung lauter alte Damen und fragte meinen Kumpel, wer sie sind. Er antwortete: „Och, die kommen zu jeder Beerdigung, die kennen den Verstorbenen gar nicht. Die wollen nur mal raus, damit sie später was zu erzählen haben.“ Und dann sehe ich auch noch, dass die wirklich die Wurst vom Buffet in ihrer Handtasche verschwinden lassen!“ So etwas „renatisiere“ ich sofort und poste das.

Po prostu mam oczy otwarte. Mieszkam na wsi, ostatnio widziałem na pogrzebie tylko starsze panie i zapytałem mojego kumpla, kim one są. On odpowiedział: „Och, one przychodzą na każdy pogrzeb, wcale nie znają zmarłego. Chcą po prostu wyjść, żeby mieć potem co opowiadać.” I potem jeszcze widzę, jak kiełbaska z bufetu naprawdę znika w ich torebce!” Coś takiego „renatyzuję” natychmiast i wstawiam post.
Źródła:
Wypowiedzi Torstena Rohde pochodzą z wywiadu przeprowadzonego dla „Für sie” (21/2014).
Parę słów o Deutsche Bahn

Reakcje na mecz

Czy oglądałam? Oczywiście, że oglądałam mecz Polska-Niemcy. Miałam szczęście, bo udało mi się w sobotę wrócić z pracy zaraz po 21:00. I żeby było jasne: kiedy gra Polska, to jestem za Polską. Kiedy grają Niemcy, to jestem za Niemcami. Kiedy Polska gra przeciwko Niemcom, to jestem za Polską. Zawsze. 3/4 mojego serca pozostało w Polsce, 1/4 jest w Niemczech.

Wczoraj jak zwykle oglądałam z moim szefem wiadomości w telewizji. O 19:00 na jednym kanale, o 20:00 na innym. Za każdym razem w dziale sportowym była mowa o meczu. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu i szef nawet mi gratulował jako przedstawicielce narodu polskiego 🙂 Zobaczymy, jak to będzie dalej, chociaż moim zdaniem Niemcy zanotowali jedynie wypadek przy pracy. Nikt nie jest w stanie zawsze wygrywać.

Teraz chciałabym przytoczyć kilka reakcji niemieckich mediów.

„Spiegel-Online” napisał o „ciosie dla mistrzów świata” i zwrócił uwagę, że „Niemcy lekkomyślnie nie wykorzystali wielu podbramkowych okazji”.
Z kolei „Bild” relację z Warszawy zatytułował „Gorzka plajta Loewa„, a „Die Welt” ocenił, że druga bramka zdobyta przez Polaków rozstrzygnęła spotkanie.
„W pierwszej połowie Niemcy mocno naciskali, ale polskie kontry były niebezpieczne” – podkreślono w „Die Welt”.
„Frankfurter Allgemeine Zeitung” niepowodzenie niemieckiej drużyny spuentował krótko: „0-2. Mistrz świata pobity”.
Niemcy po raz pierwszy od siedmiu lat przegrały mecz eliminacyjny do wielkiej imprezy. W dodatku to nie Robert Lewandowski, którego najbardziej się obawiano, był przyczyną tej porażki” – skomentowała gazeta i zwróciła uwagę, że drużyna Loewa we wtorek w potyczce z Irlandią znajdzie się pod dużą presją.
Natomiast „Der Tagesspiegel” podkreślił, że „nawet mistrzowie świata nie są w stanie wygrywać zawsze”. „Niemiecka reprezentacja przeważała, bramki strzelali jednak gospodarze i to oni mogą się cieszyć z historycznego zwycięstwa” – napisano.
„Berliner Zeitung” ocenił, że „Biało-czerwoni” postawili w sobotę na kontry i „z zimną krwią wykorzystali swoje szanse, a Niemcom w kilku sytuacjach zabrakło szczęścia”.
W „Sueddeutsche Zeitung” zaznaczono z kolei: „Polska wygrała po raz pierwszy z Niemcami. Ekstaza w Warszawie„.
Sachertorte

Sachertorte

Dzisiaj napiszę o przysmaku austriackiej kuchni, czyli o torcie Sachera. Przepis został stworzony przez młodego cukiernika, Franza Sachera. Było to w XIX wieku. Tort Sachera był i nadal jest klasycznym deserem w hotelu Sacher we Wiedniu. Oczywiście istnieje wiele przepisów na tort Sachera, ale oryginalna receptura jest pilnie strzeżona. Tort jest obowiązkowym deserem dla większości turystów odwiedzających stolicę Austrii.

Tort Sachera jest czekoladowym tortem z marmoladą z moreli i polewą czekoladową. Tort powstał, kiedy w 1832 roku Klemens von Metternich zlecił swojej dworskiej kuchni stworzenie wyjątkowego deseru dla swoich wysoko postawionych gości. Powiedział swojemu szefowi kuchni, aby nie przyniósł mu wstydu. Szef kuchni był jednak chory i zastąpić musiał go jego uczeń, zaledwie 16-letni Franz Sacher. Tort bardzo smakował gościom, jednak nie od początku zyskał tak duże uznanie, jakim cieszy się dzisiaj.

Po latach spędzonych w Presseburgu i Budapeszcie Franz Sacher wrócił w 1848 roku do Wiednia, gdzie otworzył sklep delikatesowy. Jego najstarszy syn Eduard odbył swoją naukę zawodu u dworskiego cukiernika Demela i to dzięki niemu powstał tort Sachera w znanej dzisiaj formie. Tort był najpierw podawany u Demela, a potem w założonym przez Eduarda hotelu Sacher.

Nazwa „Original Sacher-Torte” jest strzeżona prawnie, odkąd pokłóciły się o nią cukiernia Demel i hotel Sacher. Dzisiaj „Original Sacher-Torte” można dostać w hotelach Sacher we Wiedniu i w Salzburgu, w kawiarniach Sacher w Innsbrucku i w Graz, w Sacher Shop w Bozen i w internetowym sklepie Sachera. Cukiernia Demel posługuje się nazwą „Eduard Sacher-Torte”.

Hotel Sacher sprzedaje rocznie około 360 000 tortów Sachera. Zużywa na to 1,2 miliona jajek, 80 ton cukru, 70 ton czekolady, 37 ton marmolady z moreli, 25 ton masła oraz 30 ton mąki.

Jeśli ktoś chce kupić cały tort Sachera, to dostanie go w specjalnym drewnianym pudełku. Najmniejszy kosztuje 21,90 euro, największy 44,90 euro.

Pod tym linkiem możecie obejrzeć galerię zdjęć:

Sacher-Torte

Kiedy będziecie we Wiedniu, koniecznie spróbujcie tortu Sachera. Jestem ciekawa, czy rzeczywiście jest on tak wyjątkowy. Coś musi w nim być, skoro jest tak słynny na całym świecie. 

Original Sacher-Torte w hotelu Sachera we Wiedniu

Franz Sacher (1816-1907)

Sacher-Shop we Wiedniu

cukiernia Demel we Wiedniu

Informacje i zdjęcia:

Źródło 1

Źródło 2

Tag der Deutschen Einheit

Tag der Deutschen Einheit

Nie wiem, czy wiecie, ale właśnie dzisiaj w Niemczech jest ważne święto państwowe – Tag der Deutschen Einheit, czyli Dzień Jedności Niemiec. Jest to dzień wolny od pracy. Ja co prawda i tak musiałam iść do pracy, ale wszędzie widać było, że jest święto. Zamknięte sklepy i mniej ludzi na ulicach.

Święto to jest zawsze obchodzone 3 października, aby uczcić Zjednoczenie Niemiec w 1990 roku.

Po zjednoczeniu zaproponowana została data 9 listopada. Mimo że to właśnie 9 listopada 1989 roku upadł Mur Berliński, to data 9 listopada kojarzy się również z Nocą kryształową w 1938 roku, czyli Pogromem Żydów. Dlatego też pomysł ten nie przyjął się.

Warto zaznaczyć, że 3 października świętowane jest nie zjednoczenie, a właśnie jedność Niemców. To właśnie 3 października 1990 roku Niemiecka Republika Demokratyczna (Deutsche Demokratische Republik) przystąpiła do Republiki Federalnej Niemiec (Bundesrepublik Deutschland). Jest to jedyne święto ustanowione prawnie.

29 września 1990 roku mocy nabrała umowa zjednoczeniowa (Einigungsvertrag).

Oficjalne uroczystości z okazji Dnia Jedności Niemiec odbywają się co roku w stolicy kraju związkowego, który aktualnie przewodniczy Radzie Federalnej (Bundesrat). W tym roku był to Hannover.

Tutaj możecie obejrzeć historyczne wydanie wiadomości stacji ZDF z 3.10.1990, bardzo polecam:

Tag der Deutschen Einheit

Historyczne zdjęcie z nocy z 2 na 3 października 1990 wykonane przed budynkiem Reichstagu w Berlinie 

Zdjęcie

Dlaczego tak niewielu zbrodniarzy nazistowskich zostało ukaranych? Cz. 1

Dlaczego tak niewielu zbrodniarzy nazistowskich zostało ukaranych? Cz. 1

W wydaniu tygodnika „Der Spiegel” z 25.08.2014 przeczytałam bardzo ciekawy artykuł pt. „Die Schande nach Auschwitz” („Hańba po Auschwitz”) autorstwa Klausa Wiegrefe. W tekście chodziło o to, dlaczego tylu zbrodniarzy nazistowskich uniknęło odpowiedzialności za swoje czyny. Każdy słyszał o procesach w Norymberdze, ale dlaczego zostali w nich osądzeni tylko nieliczni zbrodniarze? Artykuł w „Der Spiegel” dokładnie omawia tę sprawę. Jest moim zdaniem bardzo ciekawy i dlatego chciałabym się z Wami podzielić jego treścią. Przedstawiam tu najważniejsze informacje, nie jest to dosłowne tłumaczenie.

Tekst dotyczy przede wszystkim obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Zginęło tam 1,1 miliona ludzi. Na początku tego roku została zaprzepaszczona ostatnia szansa ukarania kilku zbrodniarzy.

19 lutego 2014 roku śledczy krajów związkowych Nadrenii Północnej-Westfalii, Bawarii, Hesji i Badenii-Wirtembergii wtargnęli w dwunastu miejscowościach do mieszkań podejrzanych. Co prawda najpierw zostało sprawdzone, czy podejrzani posiadają pozwolenie na broń albo na używanie materiałów wybuchowych, ale trudno było oczekiwać od nich obrony, zważywszy na to, że najmłodszy z nich miał 88 lat. Następnego dnia prokuratora ogłosiła, że przeszukano mieszkania pracowników obozu koncentracyjnego Auschwitz. Światowe media, takie gazety jak Los Angeles Times, Le Figaro albo El País, również o tym pisały. Die Welt ogłosił przeszukania jako największą od dziesięcioleci akcję tego typu przeciwko rzekomym zbrodniarzom nazistowskim. Widać, że również 70 lat po wyzwoleniu obozu wzbudza on ogromne emocje. Nic dziwnego – wiadomo przecież, że kości jego ofiar były rozdrabniane i sprzedawane pobliskiej formie produkującej nawozy, popiół pozostały po spalonych ciałach był używany do budowy ulic, z kobiecych włosów powstawały nici i filc, a złote zęby były przetapiane i powierzane bankowi Rzeszy.

Na liście śledczych znajdowało się 30 osób: 24 mężczyźni i 6 kobiet. Byli to głównie urzędnicy, przede wszystkim dozorcy w obozie, poza tym księgowi, sanitariusze, telefoniści. Znaczenia postępowania śledczego nie umniejsza to, że wykonywali oni jedynie rozkazy. Niemiecka opinia publiczna odnotowała, że Niemcy jeszcze raz spróbowali trochę poprawić bilans najbardziej wstydliwego etapu swojej historii.

Autor artykułu dodaje, że bilans ten wypada kiepsko w stosunku do rozmiaru zbrodni. Historyk Andreas Eichmueller policzył, że spośród 6500 pracowników SS służących w Auschwitz, którzy przeżyli wojnę, skazanych zostało jedynie 29 osób. Jest to tzw. „druga wina” („die zweite Schuld”) Niemców. Po wojnie zbyt długo wypierano fakty i zmarnowano szansę na postawienie przed wymiarem sprawiedliwości i osądzenie większości zbrodniarzy. Pojęcie „drugiej winy” ukłuł w 1987 roku pisarz Ralph Giordano, który przeżył holocaust.

Następnym razem pojawi się kolejna część z najważniejszymi informacjami z artykułu. Dowiecie się, dlaczego osądzono tak mało osób odpowiedzialnych za zbrodnie i jak opieszale pracowały niemieckie sądy. Gdyby naprawdę się starały, mogłyby ukarać tysiące winnych.

Zdjęcie

Parę słów o Deutsche Bahn

Jak nauczyć się niemieckich przypadków? Cz. 1

Dziś zacznę przedstawiać moje wskazówki co do uczenia się niemieckich przypadków. Z doświadczenia wiem, że sprawiają one uczącym się problemy, także dlatego że niektóre czasowniki po niemiecku łączą się z innym przypadkiem niż po polsku. Do tego dochodzi kwestia przyimków łączących się z poszczególnymi przypadkami. Ważna jest jeszcze kwestia wyrażania polskich przypadków, których nie ma w niemieckim, przede wszystkim narzędnika.

Tutaj kilka moich uwag:

1. We wprowadzaniu przypadków powinna być zachowana właściwa kolejność. Od początku mamy mianownik (Nominativ), następnie powinien pojawić się biernik (Akkusativ), kolejno celownik (Dativ), na końcu dopełniacz (Genitiv). Jeśli chcemy poprawnie mówić po niemiecku, to musimy pamiętać także o kolejności przypadków w zdaniu. Zawsze byłam i będę przeciwko wprowadzaniu przypadków naraz. Chyba jeszcze nikomu nie wyszło to na dobre. Od uczących się niemieckiego w Niemczech na kursach w szkołach językowych często słyszę, że mieli wprowadzane przypadki naraz. Skutek jest taki, że nie potrafią poprawnie stosować żadnego z nich. Nie jestem pewna, ale wynika to chyba z tego, że niemieccy nauczyciele nie zdają sobie sprawy z trudności, jakie mają uczniowie. Uczą swojego języka ojczystego, to trudniej jest im wczuć się w sytuację ucznia. Coś o tym wiem, bo przecież uczę polskiego jako języka obcego.

2. Jak ja nauczyłam się przypadków? Pamiętam, chociaż było to w podstawówce. Przypadki miałam wprowadzane właśnie w kolejności wymienionej powyżej i myślę, że pomogło mi to, że robiliśmy masę ćwiczeń. Dużo, dużo, dużo ćwiczeń. Poza tym nauczycielka dawała nam dużo zdań do tłumaczenia z polskiego na niemiecki – wtedy wyraźniej można było zobaczyć różnice w zastosowaniu. Uświadomiła nam, że polskie przypadki wyraża się po niemiecku często inaczej. Szczególną uwagę zwróciła na narzędnik. Odpowiedź na pytanie „kim? czym?” musimy po niemiecku wyrazić w odpowiedni sposób:

Piszę długopisem. –> Ich schreibe mit dem Kuli.
Jadę samochodem. –> Ich fahre mit dem Auto.
Lecę samolotem. –> Ich fliege mit dem Flugzeug.
Podróżujesz często metrem? –> Reist du oft mit der U-Bahn?
Rzucam piłką. –> Ich werfe mit dem Ball.
Ubijam śmietanę trzepaczką. –> Ich schlage die Sahne mit dem Schneebesen.

To oczywiście podstawowe przykłady. Wyrażanie narzędnika jest bardziej rozbudowane. Tutaj pytanie: Czy chcecie, żebym bardzo dokładnie zajęła się tym tematem?

3. Po dokładnym nauczeniu się rodzajników określonych i nieokreślonych przychodzi kolej na przyimki. Najpierw te łączące się z biernikiem, potem z celownikiem, potem przyimki łączące się z oboma tymi przypadkami. Kiedyś pojawiają się przyimki łączące się z dopełniaczem. Do tego dochodzi rekcja czasownika.

Nauczyłam się tego również etapami. Kiedy już miałam świetnie opanowane rodzajniki, to nauczenie się przyimków przyszło mi z łatwością. Uczyłam się w zdaniach, np.:

Wir sind gegen das neue Verbot. –> Po nauczeniu się takiego zdania widzę od razu, że przyimek „gegen” łączy się z Akkusativem.

Na tej samej zasadzie uczyłam się rekcji czasownika.

Po nauczeniu się zdania: „Wir halten uns an das Thema„, widzę już, że czasownik „sich halten” łączy się z „an”, które w tym wypadku rządzi biernikiem.

Oczywiście uczenie się na tej zasadzie wymaga doskonałej znajomości rodzajników. Wiem, że dla niektórych może to być nieco skomplikowane, ale prawda jest taka, że bez rodzajników w jednym palcu nie zajdziemy w niemieckiej gramatyce daleko, bo ich nieznajomość zawsze w którymś momencie będzie przeszkadzać.

4. Ja musiałam wybrać dla siebie powyższą metodę, właśnie uczenie się z kontekstu, ponieważ nie jestem wzrokowcem ani słuchowcem. Każdego języka uczyłam się i uczę się w ten sposób. Nie ma przecież zdania bez sytuacji. Pomyślcie, jak często słyszycie zdanie: „Ale to jest wyrwane z kontekstu„. W kontekście jest łatwiej, prawda? Odnosi się to nie tylko do nauki języków obcych, ale ogólnie do nauki czegokolwiek. Pamiętam, jak w szkole okropnie nie lubiłam przedmiotów przyrodniczych. Miałam z nich jednak bardzo dobre oceny. Nigdy nie uczyłam się na pamięć. Zawsze starałam się wyobrazić sobie daną sytuację, w której mogłabym zastosować regułę czy jakąś abstrakcyjną definicję. Sytuacja zawsze się znajdzie. Tę metodę przekazałam mojej siostrze. Efekt jest taki, że wiele definicji z matematyki potrafi powtórzyć do dzisiaj, a przecież dawno skończyła szkołę 🙂

Kolejnym razem polecę kilka innych metod, potem pojawią się materiały, z jakich możecie skorzystać, ucząc się przypadków. Polecę sprawdzone podręczniki.

Czego nie lubię w moim mieście?

Czego nie lubię w moim mieście?

Dzisiaj kolejna część z serii o mojej mieścince. Ogólnie bardzo ją lubię, inaczej bym tutaj tak długo nie mieszkała. Pewnie kiedyś się stąd wyprowadzę, ale będzie ciężko. Nie tak łatwo będzie opuścić te bajkowe krajobrazy.
karte-Traben-Trarbach
Są jednak oczywiście także rzeczy, których nie lubię.

1. Turyści. Idą przez ulicę jak święte krowy, kompletnie na nic nie patrzą i uważają, że mają wszędzie pierwszeństwo. Większość, nie wszyscy oczywiście. Już niedługo nadejdzie jednak jesień i zima, czyli moje ulubione pory roku, to będzie spokój.

2. Wąskie uliczki, kiedy jest ruch uliczny. Zasadniczo uwielbiam te wąskie, jednokierunkowe uliczki, ale nie wtedy, kiedy przejeżdża ciężarówka. Możecie sobie wyobrazić, co wtedy się dzieje. Taki tir jedzie bardzo, bardzo powoli, bo musi się przeciskać przez te uliczki, a za nim ciągnie się sznur samochodów. Wtedy zawsze chce mi się śmiać, bo te samochody tak się snują, a ja wesoło pomykam sobie rowerkiem i omijam cały ten sznur 🙂 Na rowerku żadne ciężarówki mi niestraszne. Obecnie jest budowany nowy most, ma być gotowy w 2016 roku. Zobaczymy, na ile rozładuje „ruch” w mieście.

3. Czasami nie lubię faktu, że miasto jest położone na lekkich wzniesieniach. Do niektórych obiektów w mieście trzeba się praktycznie wspinać, co jest denerwujące. Od ponad roku wspinam się tak do jednej z moich prac. Rowerem nie mogę tam dojechać, bo jest za stromo.

4. Przerwy obiadowej, bo nic nie można wtedy załatwić. W żadnym urzędzie.

5. Zmiennej pogody. Jest ona tak zmienna, że naprawdę nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Kiedy idę gdzieś na piechotę, to nigdy, ale to nigdy nie wychodzę bez parasola. Jest on integralną częścią mojego codziennego ekwipunku. Kiedy jadę rowerem, to w plecaku zawsze mam płaszcz przeciwdeszczowy. Pogoda jest tutaj niesamowicie zdradziecka. W jednej chwili niebo jest jasne, za moment całkiem ciemne. Tak jest prawie codziennie, przez cały rok. Nie ma opcji, żebym zapomniała niezbędnego ekwipunku.

6. Plotek. Miasteczko jest małe, wszyscy znają wszystkich. Już nieraz zdarzało mi się, że ktoś mnie zagadywał i wiedział dokładnie, kim jestem i gdzie pracuję, a ja nie miałam pojęcia, kim jest ta osoba. Poza tym krążą różne plotki. O sobie też słyszałam już wiele rzeczy, np. kto jest moim chłopakiem, chociaż nie mam chłopaka. Wystarczyło, że rozmawiałam na ulicy z sąsiadem i plotka już się rozniosła. Bardziej mnie to bawi niż denerwuje.

7. Czasami denerwuje mnie to, że zna się wszystkich. Teraz to już chyba znam z widzenia całe miasto. Wiąże się to z faktem, że na ulicy czy w sklepie zawsze spotka się kogoś znajomego, kto mnie zagadnie, a ja czasami nie mam na to ochoty. Z dwojga złego wolę jednak 1000 razy właśnie to niż anonimowość wielkiego miasta. W takim małym środowisku jest większa kontrola społeczna, co mi odpowiada.

Parę słów o Deutsche Bahn

Ja nauczyć się mówić w języku obcym? Cz. 2

Dzisiaj skupię się na Deutsch als Fremdsprache – czyli niemieckim jako języku obcym w kraju innym niż niemieckojęzyczny.

Oczywistym jest, że najczęściej mamy okazję do mówienia w języku obcym na lekcji lub na kursie. Bywa tak, że tych okazji jest mało, bo na lekcji w klasie jest 30 osób, a robi się też inne rzeczy oprócz mówienia. Jak więc ćwiczyć mówienie?

1. Najwięcej osób wybiera w tym celu prywatne lekcje. Ja z żadnego języka obcego nigdy nie brałam korepetycji, kiedy byłam w szkole, ale wynika to z tego, że nie bałam się mówić i chciałam mówić na lekcjach jak najwięcej. Nie unikałam tego. Myślę, że wielu uczących się unika mówienia na lekcjach w szkole czy na prywatnych kursach, a przecież to doskonała możliwość, bo mamy kogoś, kto nas poprawi. Oczywiście wiele zależy też od podejścia nauczyciela.

2. Jeśli mamy w swoim otoczeniu kogoś, kto jest zmotywowany tak samo jak my, to możemy z taką osobą stworzyć tandem i spotykać się np. raz w tygodniu, żeby razem rozmawiać w języku obcym. Kiedy studiowałam niemiecki, to czasami rozmawiałam po niemiecku z przyjaciółką.

3. Można szukać możliwości w Internecie. Może na blogach, forach czy na stronach miłośników danego języka znajdziemy osoby, które chętnie porozmawiają z nami przez Skype?

4. Dla mnie dobrym sposobem na ćwiczenie mówienia zawsze było mówienie do siebie. Kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, to często mówiłam do siebie po niemiecku. Teraz mówię do siebie najczęściej po hiszpańsku. Nie robię tego celowo, ale samo z siebie tak to wychodzi. Oczywiste, że to coś zupełnie innego od rozmowy z drugą osobą, ale mimo wszystko trochę można poćwiczyć mówienie.

Parę słów o Deutsche Bahn

Jak nauczyć się mówić w języku obcym? Cz. 1

Zanim wczytacie się w post o mówieniu, zaglądnijcie do wczorajszego 🙂

Ludzie uczący się języków obcych często pytają mnie: jak nauczyć się mówić? Myślę, że jest to największa trudność w procesie uczenia się. Często słyszę: „Ja wszystko rozumiem, ale umiem mało powiedzieć”. Cóż, to nic dziwnego, bo przecież to normalne, że więcej się rozumie, niż się umie powiedzieć.

Dziś przedstawię kilka swoich uwag na temat mówienia. Odnoszę się tutaj do Deutsch als Zweitsprache – czyli języka niemieckiego jako obcego w kraju niemieckojęzycznym. Pojawi się jeszcze post dot. Deutsch als Fremdsprache – czyli języka niemieckiego jako obcego w kraju ojczystym czy innym nie niemieckojęzycznym.

1. Zasadniczo sądzę, że wszystko związane jest z osobowością i charakterem. Znam tutaj ludzi, którzy mówią fatalnie po niemiecku (nazywam to: „ja jechać, być i iść na sklep”), ale gadają jak najęci. Nie boją się i mówią bez oporów. Z drugiej strony są osoby, które pilnie uczą się niemieckiego i mogłyby z Niemcami pięknie rozmawiać, ale nie mają odwagi. Ja należę do osób, które niczego się nie boją i jestem pewna, że w jakimkolwiek kraju bym nie była, to natychmiast odważyłabym się mówić w języku obcym. Zwlekanie zresztą nic tu nie daje. Wręcz przeciwnie – wraz z upływem czasu człowiek coraz bardziej boi się odezwać i zamyka się w sobie.

2. Warto mieć kogoś, z kim można rozmawiać w języku obcym. Tutaj w Niemczech znam wiele osób, które paradoksalnie w ogóle nie mają okazji do mówienia po niemiecku. Znajoma pracuje jako sprzątaczka. Ma klucze do domów swoich klientów. Idzie, sprząta, wychodzi. Potem zakupy w supermarkecie i do domu. Mieszka w bloku, a wiadomo, jak to jest – sąsiadów się nie zna. Może to i Niemcy, ale ona tego nie wie. Nie będzie przecież pukać do ich drzwi i prosić o rozmowę. Myślę, że w takiej sytuacji trzeba znaleźć kogoś, z kim można porozmawiać i zmotywować się do wspólnej pracy nad językiem. Nawet jeśli to będzie obcokrajowiec, to już jakaś bariera będzie pokonana. Oczywiście pojawia się tu zastrzeżenie, że wtedy nie ma nikogo, kto poprawiłby błędy, ale przecież Niemcy, z którymi rozmawiamy, też tego nie robią. Od osób uczących się niemieckiego często słyszę: „Nie wiem, dlaczego Niemcy nie poprawiają moich błędów. Przecież je słyszą. Chciałbym, żeby mnie poprawiali”. Ja wtedy odpowiadam: „A po co mają poprawiać, jeżeli rozumieją? Zwyczajnie im się nie chce”. Taka jest prawda. Znam Niemca, który nieźle mówi po polsku. Też go przecież nie poprawiam. Rozumiem, co do mnie mówi, to po co mam mu przerywać i wybijać go z rytmu???

3. Innym sposobem jest zmuszenie się do wyjścia do ludzi. Można pójść chociażby na dyskotekę. Mówię tu o małej dyskotece, jaka jest np. w moim mieście. Tam jest okazja do porozmawiania z innymi, zawsze ktoś zagadnie. Rodzice, którzy mają dzieci w niemieckich szkołach, też znajdą odpowiednią okazję, bo przecież dla dzieci są organizowane imprezy, na których rodzice mogą się udzielać. Z doświadczenia wiem, że wielu obcokrajowców niestety unika takich wydarzeń.

4. Kolejną sprawą jest wyjście do urzędu czy do lekarza. Można odważyć się załatwić coś samemu. Niemieccy urzędnicy są przecież świetnie przyzwyczajeni do obcokrajowców i wiedzą, że często mówią oni bardzo kiepsko. Wiadomo, że czasami się nie da, jeśli sprawa jest trudna, ale w wielu sytuacjach da się.

5. Już kiedyś pisałam o tym, że obcokrajowcy często nie zwracają uwagi na język obcy, który ich otacza. Szkoda, bo wystarczy trochę chęci. Wszyscy Polacy, których znam, mają polską telewizję. Nikt nie ogląda niemieckiej, a dlaczego? Przy oglądaniu telewizji można się bardzo dużo nauczyć. Można doskonale osłuchać się z językiem. Można oglądać na DVD czy w Internecie niemieckie filmy z polskimi napisami, a nie tylko amerykańską strzelaninę na Polsacie albo na TVN. Wystarczy trochę chęci. Czasami mam wrażenie, że polska telewizja to najważniejsza rzecz w mieszkaniu. Język obcy jest wszędzie – w pracy, na ulicy. Trzeba się tylko w niego wsłuchać, popatrzeć na niego. Już z szyldów na ulicach można się trochę nauczyć.