Wycieczka do Trier. Cz. 2

Wycieczka do Trier. Cz. 2

Dzisiaj kontynuuję opowieść o mojej małej wycieczce do Trewiru. Opowiem trochę o rynku, który bardzo lubię. Jest moim zdaniem śliczny, a byłby jeszcze ładniejszy, gdyby nie było na nim tylu handlarzy. Chyba jednak w każdym większym mieście tak jest.

Teraz dosyć rzadko piszę na blogu. Chciałabym częściej, w kolejce czeka mnóstwo ciekawych tematów, ale niestety czas mi na to nie pozwala. Ostatnio musiałam zastąpić kogoś w pracy i szykuje się jeszcze jedno zastępstwo. Na szczęście w drugiej połowie września będę w końcu mieć trochę czasu, bo mój szef wyjeżdża na urlop. Ponieważ pracuję bezpośrednio z nim, nie będę musiała chodzić do jednej z moich prac 🙂

Rynek główny (der Hauptmarkt) jest centralnym punktem miasta. Jak widzicie, można tam podziwiać piękne domy. Reprezentują one różne style: renesans, barok, klasycyzm, późny historyzm, także styl gotycki.

Na rynku znajduje się także fontanna – der Petrusbrunnen. Została ona stworzona w 1594-1595 roku przez rzeźbiarza Hansa Ruprechta Hoffmanna. Na szczycie znajduje się figura św. Piotra, patrona miasta. Na fontannie widzimy rzeźby czterech cnót: Justitia – sprawiedliwość (z mieczem i wagą), Fortitudo – siła, moc (z przełamaną kolumną), Temperanta – umiarkowanie (z winem i wodą) oraz Sapientię – mądrość (z lustrem i wężem). Fontanna została udekorowana wieloma innymi elementami, między innymi figurami zwierząt (np. gęsi, lwy, delfiny, orzeł, małpy).

Na rynku znajduje się Marktkreuz, czyli krzyż. Jest on symbolem godności, dostojeństwa. Został on postawiony w 958 roku przez arcybiskupa Heinricha I, stoi na starej rzymskiej kolumnie. Na krzyżu przeczytamy łaciński napis: „Henricus archiepiscopus Treverensis me erexit” („Trewirski arcybiskup Henryk mnie postawił”). Na rynku głównym znajduje się obecnie tylko kopia średniowiecznego krzyża – oryginał można podziwiać od 1964 roku w miejskim muzeum Simeonstift.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. 

Wycieczka do Trier. Cz. 1

Wycieczka do Trier. Cz. 1

Dzisiaj nadszedł czas na opis mojej wyprawy do Trier (po polsku Trewir). Wybrałam się tam w zeszłą sobotę. Trier i Koblenz to najbliższe duże miasta w moim regionie. Do Trier trzeba jechać godzinę pociągiem. Nie byłam tam już ponad 2 lata i dlatego postanowiłam, że jak tylko będę mieć wolne popołudnie, to się wybiorę. Zasadniczo zbierałam się do tego już od wielu miesięcy, ale jakoś nie tęsknię za dużymi miastami. Trudno było mi się zebrać. Poza tym dzisiaj po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że lepiej iść do pracy niż mieć wolne. Dzisiaj np. mam wolne popołudnie, to już skręciłam kostkę. Ponieważ u nas w szpitalu dzisiaj prawie nikt nie pracuje, to muszę udać się tam jutro z samego rana. A niech to! Jak chodzę do pracy, to nigdy nic mi się nie dzieje. Jak mam wolne popołudnie, to od razu coś takiego… Praca rządzi!!!

To jednak post na temat Trier, więc może wrócę do tematu. Jest to moim zdaniem przepiękne miasto. Jeszcze nie takie ogromne, bo ma niewiele ponad 100.000 mieszkańców. Tutaj w regionie wydaje się jednak być ogromne. Kiedyś częściej jeździłam do Trier, teraz (widocznie na szczęście) nie mam na to czasu.

Bardzo lubię klimat tego miasta. Dla mnie co prawda i tak jest za duże, ale obiektywnie nie można nazwać go wielkim miastem. Przerażają mnie mimo to wszechobecne samochody i autobusy.

W Trier jest wiele budowli, a tak właściwie ich pozostałości, z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Poza tym bardzo lubię piękną katedrę. Rynek też jest śliczny, ale aż tak bardzo go nie lubię, bo za dużo na nim handlarzy wszystkim, co tylko możliwe.

Na początek selfie w parku. Bardzo nie lubię takich zdjęć, nigdy ich sobie nie robię, ale tutaj zrobiłam na pamiątkę:

Na początku nie byłam pewna, czy pamiętam, jak dojść do Porta Nigra i do rynku, ale po chwili odświeżyłam pamięć i trafiłam. Tutaj już wyłania się Porta Nigra:

Porta Nigra („czarna brama”) uchodzi za symbol miasta. Zawsze robiła i robi na mnie ogromne wrażenie. Jest do dawna rzymska brama miejska oraz najlepiej zachowana rzymska brama miejska na terenie Niemiec. Od 1986 roku Porta Nigra jest wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO.

Brama została wybudowana około 180 roku n.e. jako północne wejście do miasta Augusta Treverorum, czyli do dzisiejszego Trewiru. Nigdy nie została ukończona. Nazwa Porta Nigra używana jest od średniowiecza, kiedy to ciemny kolor powstał na skutek wietrzenia piaskowca. Inna dawna nazwa to „Porta Martis” (brama Marsa).

Pochodzący z Sycylii bizantyjski mnich Symeon w 1028 osiedlił się w Porta Nigra jako pustelnik. Rzekomo kazał się tam zamurować. Po śmierci w 1035 roku został tam też pochowany, a biskup Trewiru doprowadził w tym samym roku do jego kanonizacji. Ustanowił kapitułę Symeona (Simeonstift) i wybudował bramę do bocznego kościoła, w którego dolnej kaplicy pochowany był Symeon.

W 1802 roku Napoleon nakazał zamknąć kościół i kapitułę, a podczas swojej wizyty w Trewirze w 1804 roku zarządził rozbiórkę budowli kościelnych. W latach 1804-1809 budynek został całkowicie przebudowany. Prusacy zarządzili w 1815 roku wyburzenie budowli powstałych za Napoleona, więc brama Porta Nigra znowu była doskonale widoczna.

W latach 70-tych XIX wieku rozebrano miejski mur i prawie wszystkie średniowieczne bramy miejskie, między innymi także bramę Symeona.

Porta Nigra można dokładnie obejrzeć również od środka. Kiedyś tam byłam i mam gdzieś zdjęcia, lecz muszę je odszukać. Ulica, która prowadzi od Porta Nigra do rynku, czyli Simeonstrasse, jest klasycznym deptakiem. Znajduje się na niej oczywiście mnóstwo sklepów. Do centrów handlowych w stylu Karstadt czy Galeria Kaufhof nawet nie wchodziłam, bo nie lubię takich miejsc. Wolę małe sklepiki. Ktoś kiedyś powiedział mi, że czynsze na Simeonstrasse są najwyższe w całych Niemczech, wyższe niż nawet w Berlinie.

Kolejnym razem napiszę o rynku i o przepięknej katedrze. Mam nadzieję, że odnajdę moje stare zdjęcia z Trier. Podobnie jak zdjęcia z Luksemburga, gdyż chciałabym Wam opisać i pokazać, co swojego czasu zwiedziłam. Kiedy będę mieć pewnego dnia znowu wolne popołudnie, to wybiorę się do Saarbruecken.

Zdjęcia są mojego autorstwa. 

Jakie gazety i czasopisma czytam po niemiecku?

Jakie gazety i czasopisma czytam po niemiecku?

Dzisiaj miałam napisać tak właściwie o tym, że w końcu zmobilizowałam się i wyrwałam się na pół dnia z mojej mieściny. Muszę jednak najpierw wybrać zdjęcia i wtedy opiszę Wam moją małą wyprawę.

Napiszę więc kilka słów o tym, jakie gazety i czasopisma czytam.

Na zdjęciu widzicie:

Welt am Sonntag” – kupuję zwykle w niedzielę, kiedy jadę do pracy. Podobają mi się dodatki tematyczne, np. w ostatnią niedzielę było o tym, dlaczego kobiety są niezadowolone ze swojego wyglądu. Lubię też dodatek o gospodarce i felietony.

Die Zeit” – kupuję od czasu do czasu. Gazeta na pewno godna polecenia.

Sueddeutsche Zeitung” – jedna z moich ulubionych gazet. Bardzo obiektywna, teksty na poziomie. Tłumaczenia tekstów z „SZ” często pojawiają się na polskich portalach.

eat smarter” – czasopismo o jedzeniu i zdrowym stylu życia. Bardzo godne polecenia. Zawsze znajduję tam dużo rzeczy, których wcześniej nie wiedziałam.

Fuer sie” – magazyn dla kobiet. Mam prenumeratę, więc dostaję do domu. Bardzo lubię to czasopismo ze względu na masę ciekawych artykułów na codzienne tematy. Jeszcze nie było numeru, w którym jakiś artykuł uznałabym za nudny. Bardzo chętnie czytam felietony Dory Heldt. Tutaj możecie przeczytać kilka z nich:

Dora Heldt

Bardzo polecam te felietony. Dora Heldt analizuje codzienne sytuacje i pisze o swoich doświadczeniach. Jej teksty już nieraz pomogły mi w radzeniu sobie z dniem codziennym i ze stresem.

myself” – kolejny magazyn dla kobiet. Zawsze znajdę tam jakiś tekst, który szczególnie do mnie przemówi.

Frau im Spiegel” – jeszcze jedno czasopismo dla kobiet. Czasami kupuję, jeśli jest coś ciekawego.

emotion” – czasopismo psychologiczne. Lubię je, bo znajdują się tam teksty o rzeczach, które niby wiemy, ale musimy je sobie uświadomić. To chyba właśnie psychologia. W aktualnym numerze bardzo podobał mi się np. wywiad ze Steffi Graf oraz rady, jak poradzić sobie ze stresem.

geo Epoche” – kupuję od czasu do czasu, gdy tematem numeru jest coś, co mnie szczególnie interesuje. Ostatnio zainteresował mnie numer o historii Afryki.

National geographic” – podobnie. Kiedy zobaczę na okładce zapowiedź ciekawych tekstów, to wkładam do koszyka.

Der Spiegel” – czytam regularnie co tydzień. Jedno z moich ulubionych czasopism. Lubię komentarze do aktualnych wydarzeń w Niemczech i na świecie. Poza tym chętnie czytam dodatek o kulturze, który dołączony jest raz w miesiącu.

Na zdjęciu nie ma jeszcze kilku czasopism, które regularnie czytam. Są to czasopisma o arystokracji i rodzinach królewskich: „7 Tage„, „Adel exklusiv„, „Adel aktuell„, „Frau royal„, „Adel heute„. Z gazet codziennych od czasu do czasu sięgam po „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ).

Poza tym czytam lokalną gazetkę:

Co tydzień, w środę lub w czwartek, dostajemy ją za darmo. Jest roznoszona do domów. Można tu przeczytać o wszystkim, co się dzieje w regionie. Są lokalne ogłoszenia o pracę, inne ogłoszenia, relacje z posiedzeń rad gminy, plan mszy w kościołach, ogłoszenia lokalnych lekarzy czy firm itd.

Jeśli ktoś z Was mieszka w kraju niemieckojęzycznym, to czy czytacie prasę? Czy macie ulubione tytuły? 

A kto byłby dzisiaj cesarzem Niemiec?

A kto byłby dzisiaj cesarzem Niemiec?

Jak zapewne wiecie z lekcji historii, ostatnim cesarzem Niemiec był Wilhelm II. Panował on w latach 1888-1918. Pochodził z dynastii Hohenzollernów i był także królem Prus.

Wilhelm II Hohenzollern
z łaski Bożej cesarz niemiecki, król Prus, margrabia Brandenburgii, burgrabia Norymbergi, hrabia Hohenzollern, etc. suweren i wielki książę Śląska oraz hrabstwa kłodzkiego, wielki książę Poznania etc.

Cesarz musiał abdykować w wyniku rewolucji listopadowej, także jego następca, książę korony Wilhelm musiał zrezygnować z praw do tronu. 10 listopada 1918 roku cesarz Wilhelm II udał się do Holandii, która była krajem neutralnym i udzieliła mu azylu. Podczas II wojny światowej miał nadzieję na to, że Hitler zdecyduje się na przywrócenie monarchii. Jak wiemy, tak się nie stało. Hitler też nigdy nie miał takiego zamiaru, tak twierdził tylko w celach propagandowych.

Gdyby Niemcy były monarchią, cesarzem byłby obecnie Georg Friedrich Ferdinand, książę Prus, urodzony 10 czerwca 1976 roku w Bremie. Jest on osobistością bardzo popularną w Niemczech, często widzę jego zdjęcia w gazetach. Sam stroni jednak od mediów i nie szuka taniej sensacji. Od 1994 roku jest głową dynastii Hohenzollern. Jego oficjalny tytuł to: Jego Cesarska i Królewska Wysokość Książę Prus. Gdyby był władcą panującym, nosiłby tytuł Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości cesarza Niemiec i króla Prus.

Jest praprawnukiem cesarza Wilhelma II. Jego ojciec, Louis Ferdinand, książę Prus, zmarł w 1977 roku, na skutek ran odniesionych podczas ćwiczeń wojskowych. Matka, Donata, hrabina zu Castell-Rüdenhausen, żyje nadal. Georg Friedrich ma młodszą o rok siostrę, Cornelie-Cécile.

Z matką i siostrą:

Georg Friedrich stracił więc ojca krótko po pierwszych urodzinach. Wspólnie z siostrą wychował się w posiadłości rodzinnej w Fischerhude koło Bremy. Uczęszczał do szkół najpierw w Bremie, po przeprowadzce w Oldenburgu. Maturę zdał w Szkocji. Złożył 2-letnią służbę wojskową, następnie studiował ekonomikę i organizację przedsiębiorstwa w Saksonii. Po śmierci dziadka (25.09.1994) został głową dynastii Hohenzollern. Niemieccy monarchiści domagają się ustanowienia monarchii i popierają go jako cesarza, on sam jednak nie jest tym zainteresowany.

Mieszka wraz z żoną i dziećmi w Berlinie, pracuje jako doradca dla przedsiębiorstw. 25 sierpnia 2011 roku poślubił w urzędzie stanu cywilnego Sophie Johannę Marię, księżniczkę von Isenburg. Dwa dni później odbył się ślub kościelny. Pamiętam, że wtedy wszystkie gazety o tym pisały. Ślub kościelny odbył się w Poczdamie. Para przejechała ulicami miasta powozem. 20 stycznia 2013 roku para została rodzicami bliźniąt, Carla Friedricha Franza Alexandra oraz Louisa Ferdinanda Christiana Albrechta.

Zdjęcia:

Zdjęcie 1

Zdjęcie 2

Zdjęcie 3

Zdjęcie 4

Zdjęcie 5

Pisząc ten artykuł, posługiwałam się angielską Wikipedią oraz korzystałam z własnej wiedzy.

Moje miasteczko plus

Moje miasteczko plus

Posty o moim miasteczku, Traben-Trarbach, już się pojawiły, ale w koncercie życzeń znalazła się prośba, abym napisała o tym, co jest typowe. Dzisiaj przyszedł na to czas. Tutaj wcześniejsze posty o moim mieście:

Traben-Trarbach. Pierwsza porcja

Traben-Trarbach. Cz. 2

Traben-Trarbach. Cz. 3

Traben-Trarbach. Cz. 4

Traben-Trarbach. Cz. 5

Most w Traben-Trarbach

Bez samochodu, ale z powodzią

Tak jak pisałam, miasteczko leży w dolinie rzeki. Z jednej strony jest to dla mnie dobre, bo nienawidzę zimy i śniegu. Tutaj zima jest taka jak w Polsce jesień i bardzo mi to odpowiada. Z drugiej strony w lecie jest strasznie duszno i parno. W upalne dni ledwo da się wytrzymać. Tak to jest w dolinie. Mówi się często, że mamy „dicke Luft” (ciężkie powietrze). Nic dziwnego, że wiele osób tutaj mówi o sobie, że są „wetterfühlig” (wrażliwy na zmianę pogody). Na dodatek pogoda jest bardzo zmienna. Nieraz jest tak, że idąc, co chwilę zamykam i otwieram parasol, bo co deszcz zacznie padać, to zaraz przestaje. Kiedy idę gdzieś na piechotę i świeci słońce, to i tak nigdy nie zapominam parasola, bo wiem, że za minutę mogą wyjść ciemne chmury i może lunąć deszcz. W lecie często są burze, częściej niż w Polsce. Nienawidzę tutaj lata i każdego roku nie mogę się doczekać, kiedy się skończy. Ogólnie nie znoszę słońca, dlatego cieszę się, że moja strona miasta jest mniej nasłoneczniona. Mieszkam w starym domu. W lecie jest to świetne, bo w środku jest chłodno.

Pisałam już o tym, że mój region jest regionem turystycznym. Co przyciąga tutaj turystów? Przede wszystkim wspaniałe widoki, rejsy statkiem po rzece, zamki nad Mozelą, szlaki wędrowne, liczne zabytki, piwnice na wino, które można zwiedzać. Poza tym wielu też pewnie fakt, że są tutaj same małe miasteczka i wsie. Nie ma wielkich miast i dla mnie jest to super, bo nie lubię dużych miast.

W zimie miasto zamiera. Mniej więcej pod koniec października zamykanych jest wiele lokali, restauracji, sklepów, lodziarnie. W marcu są ponownie otwierane na sezon. W sezonie, który trwa pół roku, jest w mieście bardzo dużo turystów. Z obcych języków słychać przede wszystkim niderlandzki, francuski i angielski. Muszę przyznać, że turyści okropnie działają mi na nerwy, bo chodzą po mieście jak święte krowy i większość uważa chyba, że zawsze mają pierwszeństwo przed samochodami i rowerami. Kiedy jadę rowerem, to nieraz muszę drastycznie zwalniać, żeby ktoś nie wszedł mi pod koła. Nigdy nie krzyczę „Vorsicht!”, bo nie wiem, czy ta osoba zna niemiecki, zawsze brzęczę dzwonkiem. Co roku oddycham z ulgą, kiedy sezon się kończy. Wiem oczywiście, że turyści to wielkie źródło dochodów dla regionu, ale i tak co roku jesienią się cieszę.

 

Turyści sprawiają również, że ceny w sklepach są wysokie. Jest w mieście kilka sklepów z ubraniami czy z różnymi pamiątkami, rzeczami do domu, ale nic tam nie kupuję, bo nie wydam przecież 150 euro na sukienkę. Dlatego ubrania kupuję tylko w Internecie. Tutaj robię zakupy tylko w supermarkecie.

Charakterystyczne w moim mieście i regionie jest to, że prawie wszędzie jest „Mittagspause”, czyli przerwa obiadowa. W godzinach południowych nie warto wybierać się do urzędu, na pocztę czy do wielu sklepów. Nieraz mnie to denerwuje, ale co poradzić. Ciekawe jest to, że 95% restauracji ma tzw. „Ruhetag”, czyli dzień odpoczynku, nawet w sezonie. W ten jeden dzień w tygodniu są one zamknięte. Podoba mi się to. W Polsce coś takiego byłoby chyba nie do pomyślenia – żeby zamykać lokal w szczycie sezonu na jeden dzień w tygodniu. Poza tym prawie każda restauracja czy sklep ma tzw. „Betriebsferien”, czyli przerwę urlopową. Wiąże się to z zamknięciem na 2 tygodnie. Z tego, co widzę, to jest to raz w roku, niektóre lokale robią takie przerwy 2 razy w roku. W Polsce chyba nie ma czegoś takiego. Wiele lokali robi takie przerwy w sezonie.

Ciekawe jest również to, że wielu Holendrów czy Anglików kupuje sobie w moim regionie „Ferienhaus” albo „Ferienwohnung”, żeby spędzać tu urlop. Na mojej ulicy jeden z takich domów mają Finowie. Dla mnie wszystko jest tu normalne, ale kiedy ktoś przyjeżdża nad Mozelę po raz pierwszy, to wszystko jest dla niego jak z bajki. Ciekawe jest również, że wielu Holendrów czy Anglików sprowadza się tutaj na starość. Moi przyjaciele Anglicy są emerytami i kupili dom w moim miasteczku, żeby spędzić tutaj starość. Wiem, że jest dużo takich osób.

Zdjęcia są mojego autorstwa. 

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Dzisiaj jeszcze kilka rzeczy o opiece. Napisałam o tym, co dała mi ta praca i dlaczego niczego nie żałuję. Zapraszam do komentowania i zadawania pytań.

1. Nauczyłam się wielu rzeczy, przede wszystkim trochę gotować. Jeszcze 2 lata temu nie umiałam ugotować jajka, makaronu, ziemniaków ani ryżu. Teraz już potrafię, a niedawno nauczyłam się nawet, jak robić jajecznicę i jajko sadzone, o co nigdy bym siebie nie podejrzewała. Kiedy udało mi się zrobić jajko sadzone, to byłam w takim szoku, że zrobiłam mu zdjęcie na pamiątkę. Czasami ludzie się dziwią, że nie potrafiłam ugotować takich rzeczy, ale skąd miałam umieć, jeśli ich nie jem. Jedyną rzeczą, której się pewnie nigdy nie nauczę gotować, są sosy, ale na szczęście można kupić gotowe.

2. Nasłuchałam się historii z przeszłości. Miałam i mam do czynienia z osobami w wieku około 90 lat i powyżej. Jeśli są to osoby, które nie mają demencji czy Alzheimera, to mogę posłuchać ciekawych historii z wojny. Ostatnio np. szef opowiadał mi, jak musiał na wojnie uciekać z płonącego czołgu i jak widział, że po jego koledze został tylko popiół. Pokazywał mi też miejsce na nodze, w które uderzył go granat. Do dzisiaj ma ślad. Takie historie mogłabym tylko poczytać w książkach. Dodatkowo bardzo ciekawa jest perspektywa Niemców.

3. Zmieniłam swoje nastawienie do życia. Rok temu pewna starsza osoba powiedziała mi: „Ja w moim życiu zawsze robiłam tylko to, co musiałam. Zawsze było tylko ich muss„. W tamtym momencie zrozumiałam, że ja pod koniec mojego życia nie chcę tego powiedzieć. Chcę wtedy powiedzieć: „Robiłam to, co chciałam robić„. Staram się to realizować na tyle, na ile mogę.

5. Nauczyłam się rzeczy związanych z opieką: stopnie opieki, instytucje pomagające, funkcjonowanie służby zdrowia, ogólnie opieki nad starszymi ludźmi. Wiem, jak to wszystko działa.

6. Poznałam dużo nowych osób, poszerzyłam horyzonty, dowartościowałam się.

7. Zmieniłam swoje nastawienie do starości. Starsi ludzie w Niemczech bardzo często mają dużo pieniędzy, które oszczędzali przez całe życie, często właśnie, żeby zapewnić sobie opiekę na starość. Wiadomo, że w Niemczech bardzo rzadko zdarza się, żeby dorosłe dzieci mieszkały z rodzicami. Znam tylko taki jeden przypadek, ale jest to akurat sytuacja wyjątkowa. Moja 83-letnia sąsiadka powiedziała mi kiedyś: „Nigdy bym nie chciała, żeby mój syn musiał się mną na starość zajmować”. Inna sąsiadka sama poszła do domu starców, kiedy widziała, że już nie może mieszkać sama. Tutaj ludzie nie oczekują od swoich dzieci opieki na starość i to jest moim zdaniem dobre, bo myślę, że to nie jest obowiązek dzieci. Tutaj dom starców nie jest widziany jako coś negatywnego, a oddanie tam rodziców jest normalne, podobnie jak opłata za prywatną opiekę w domu. Sądzę, że to jest zdrowe podejście, bo załóżmy, że starszy człowiek zapada np. na Alzheimera. Wtedy wymaga opieki całodobowej, co dla jego dziecka wiązałoby się z rezygnacją z pracy i z całego swojego życia. Tak nie powinno być.

Należy tu wyraźnie podkreślić, że w Niemczech najczęściej ludzie starsi mają pieniądze na opiekę. Poza tym dochodzi tu kwestia mentalności. Pamiętam do dziś, jak hospitowałam tu lekcję w klasie maturalnej. Nauczyciel powiedział do uczniów: „Uważajcie, bo jak dalej nie będziecie się uczyć, to w wieku 25 lat nadal będziecie mieszkać w hotelu mama”. Utkwiło mi to w pamięci, bo w Polsce to jest raczej niestety normalne. Oczywiście wiem, że wielu młodych ludzi nie ma innego wyjścia, bo zarabia 1300 zł netto.

8. Przestałam bać się śmierci i cierpienia. Wyrobiłam w sobie odporność psychiczną. Myślę, że zawsze musiałam być silna psychicznie, ale może dopiero niedawno to sobie uświadomiłam. Kiedy tak myślę o swoim dzieciństwie, to widzę teraz, że np. nie obchodziły mnie chamskie uwagi innych albo jak inne dzieci się ze mnie naśmiewały, więc zapewne zawsze byłam silna. Nigdy nie płakałam ani nie skarżyłam się mamie.

9. Wadą jest na pewno to, że zrobiłam się strasznie skąpa. Pracowałam i pracuję z osobami, które całe życie ciułały pieniądze i uzbierały duże kwoty. Oni żałują pieniędzy na wszystko. Widziałam dokładnie, jak to wyglądało u babci, u której pracowałam cały 2013 rok. Obracała każde euro 10 razy, a była już grubo po 90-tce i miała bardzo dużo pieniędzy. Wiadomo było, że i tak wszystko zostanie dla dalszej rodziny, bo dzieci nie miała. Mimo to skąpiła totalnie na wszystko i zapisywała każdy wydany cent. Nauczyłam się tego od niej i nie znoszę siebie za to. Na wszystko skąpię, kupuję tylko to, co konieczne. Oszczędzam, chociaż nie wiem na co. Jeśli już mam dzień wolny, to mogłabym gdzieś pojechać, coś zobaczyć, ale szkoda mi pieniędzy na bilet na pociąg i zostaję u siebie. To jeden z wielu przykładów.

10. Zrozumiałam, że muszę zabezpieczyć moją starość, a jedyną gwarancją są pieniądze. Najczęściej na dzieci nie można i nie powinno się liczyć (znam mnóstwo takich przykładów). Tak jak pisałam – jestem przeciwko liczeniu na dzieci, ale powinny one przynajmniej się interesować starymi rodzicami, a bardzo często mają ich gdzieś. Tylko pieniądze są dobrym zabezpieczeniem na starość. Wtedy o nic nie trzeba się martwić.

11. W tej pracy ważne jest to, że trzeba liczyć się z nieprzewidzianymi sytuacjami. Kilka razy zdarzyło się, że musiałam zostać dłużej, bo np. mój szef źle się czuł. Dlatego zawsze mam przy sobie komórkę i dbam o to, żeby mieć na niej numery telefonów osób, z którymi potem mam się spotkać. Nigdy nie nastawiam się na to, że zrealizuję swoje plany danego dnia.

12. Poza tym oczywiście nie wiadomo, jak długo będę pracować u danej osoby. W tej chwili pracuję na godziny, oczywiście. Ponieważ jestem dobra w tej pracy, to miałam już oferty opieki całodobowej, ale to mnie nie interesuje, bo wtedy musiałabym zrezygnować z wszystkiego innego, a przecież uczę i tłumaczę. Liczę się z tym, że w każdej chwili praca u danej osoby może się skończyć. Mój szef ma 90 lat, druga osoba, którą się zajmuję, ma 88 lat, więc koniec może nadejść w każdej chwili.

13. Zaletą jest to, że pracy nie brakuje. Kiedy w tamtym roku umarła pani, w opiece nad którą pomagałam znajomej, już na drugi dzień znalazł się dziadzio, u którego nadal pracuję. Kiedy w maju, po powrocie z urlopu w Polsce, powiedziałam znajomym, że chcę znaleźć następną pracę, to już na drugi dzień ją miałam. Starszych ludzi potrzebujących opieki jest bardzo dużo.

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Po mundialu + rozwiązanie konkursu + informacja

Na pewno wiecie, w jakiej euforii są Niemcy po wygraniu mundialu. Tak jak już pisałam, lekcje w poniedziałek rozpoczynały się później. Ja w poniedziałek i tak musiałam wstać do pracy o 5:30. Miałam ją z głowy szybko i kiedy o 8:30 jechałam rowerem do drugiej pracy, to miasto nadal było całkowicie puste. Szef zapytał mnie od razu: „Wer hat das goldene Tor geschossen?” Dobrze, że znałam odpowiedź 🙂 Cały czas jest to temat numer jeden. W pracy każdy pytał mnie, czy widziałam mecz. Kilka razy zapytano mnie również, czy kibicowałam Niemcom. Wielu ludzi myśli, że skoro nie jestem Niemką, to nie kibicuję Niemcom.

Cieszy mnie zwycięstwo Niemców, bo naprawdę na to zasługiwali. Grali bardzo równo, a styl gry był moim zdaniem imponujący. Lata szkolenia piłkarzy, wyłapywanie talentów już wśród dzieci dało efekty. W każdych mistrzostwach Niemcy odnoszą duży sukces, a teraz wreszcie przyszedł największy. Kupiłam oczywiście gazety z relacjami, ale przedstawię je dopiero za jakiś czas.

Tutaj przedstawiam reakcje zagranicznej prasy:

Austria
„Kurier”: Całe Niemcy są mistrzami świata. Godzina zwycięstwa dla niemieckiego piłkarstwa. Wola walki i wielki wyczyn w finałowym meczu uporały się z przeszkodami, na które napotkała jedenastka Joachima Loewa.
„Kronen Zeitung”: Niemcy! Złoci chłopcy na mecie marzeń! Jedna z najpiękniejszych bramek mundialowych wszech czasów.
„Der Standard”: Loew zrealizował plan, Niemcy mistrzami świata.
„Die Presse”: Popisowy wyczyn Goetze na Maracanie.
„Oesterreich”: Jedenastka DFB po brutalnym, trwającym 120 minut thrillerze po raz czwarty mistrzem świata. Tak emocjonującego finału nie było od dawna.
Wielka Brytania
BBC: Niemcy rządzą ponownie w światowym futbolu.
„Daily Telegraph”: Puchar Świata dla Niemiec dzięki świetnemu momentowi Mario Goetze – MaRio de Janeiro. Schweinsteiger był najlepszym zawodnikiem na boisku, przelał krew i pot, aby osiągnąć cel.
„The Times”: Niemcy są dobrze przygotowani, aby zastąpić Hiszpanów na długie lata na mistrzowskim tronie światowego futbolu.
„Independent”: Super-Mario zniszczył sen Messiego.
„Daily Mirror”: Super-rezerwowy Mario Goetze strzelił bramkę po dramatycznym meczu zapewniając Niemcom po raz czwarty Puchar Świata.
„The Sun”: Super-Mario bohaterem dogrywki meczu finałowego.
„Financial Times”: Goetze pomógł Niemcom w ukoronowaniu wysiłków.
Rosja
„Sport-Express” – Futbol żyje. Niemcy zasłużyli na sukces, bowiem byli lepsi od rywali w każdym elemencie gry.
Zdobywając czwarty tytuł ustanowili inny rekord – po raz trzeci z rzędu mistrzostwo zostało w Europie. Do zobaczenia w Rosji.
sport.ru: Dlatego kochamy futbol. Zaskakuje na zmianę. Jedno jest jednak pewne. W 2014 roku piłkarskim narodem są Niemcy.
Węgry
„Nemzeti Sport”: Przy okazji sukcesu Niemców warto zastanowić się nad przyszłością naszego futbolu. Ich sukces jest konsekwencją zmian w szkoleniu dokonanych w 2000 roku.
Rumunia
„Prosport”: Messi był cieniem zawodnika, który miał odmienić losy meczu. Niemcy zasłużyli na sukces.
„Trud”: Goetze – złoty talent drużyny Niemiec.
Czechy
„Blesk”: Mario jest bogiem. Kiedy Niemcy świętowali poprzedni sukces jego nie było jeszcze na świecie.
„Sport”: Niemcy są mistrzami świata, Messi w finale był zerem.
„Pravo”: Niemcy znaleźli się w piłkarskim niebie.
Słowacja
„Pravda”: Wspaniały finał. Argentyna nie wykorzystała szansy i została ukarana przez Niemcy.
Grecja
„Ta Nea”: Niemcy zasłużyli na to, aby znaleźć się na piłkarskim szczycie.
„Kreta”: „Czołgi”, dzięki bramce Goetzego, mistrzami świata.

Link do artykułu

Warto wiedzieć również trochę o myśli szkoleniowej w niemieckiej piłce, która jest stabilna, a nie ciągle zmieniana tak jak w Polsce. Tutaj link:

Recepta na sukces Niemców

Teraz przyszedł czas na rozwiązanie konkursu. Liczyłam na więcej zgłoszeń, ale może następnym razem.

Film „Skyfall” wędruje do Aśki za komentarz:

ja najchętniej spędziłabym dzień z Angelą Merkel, obecnie najbardziej wpływową kobietą w Europie. Jestem ciekawa jak opowiadałaby o swoim życiu, jak ze swojej perspektywy postrzega swój sukces; chciałabym, aby mi opisała jak ciężką pracą osiągnęla to co osiągnęła i chcialabym wiedzieć, czy jest w 100% szczęśliwa 🙂 wiadomo przecież, że nie zawsze wpływy, pieniądze równają się szczęściu, więc jestem ciekawa co by zmieniła w swoim życiu (jeśli cokolwiek by chciała zmienić) 😉

Film „Die weisse Massai” wędruje do Kingi Mikos za komentarz:

W. A. Mozart DEFINITYWNIE ! Kocham muzykę, gram na gitarze i skrzypcach, dzień z takim mistrzem to coś niesamowitego… Spojrzeć jak powstają utwory i oczywiście przepiękny Wiedeń… Nie wspominając już o wspólnej grze hhahaa mnóstwo wskazówek od mistrza ale i rozmowa jak wygląda dzień i jak radzi sobie z koncertami i zmęczeniem palców po grze.


Zaznaczam, że wszystkie komentarze były ciekawe. Z F. Nietsche albo z Joachimem Loewem też bym chciała spędzić dzień, ale mogłam nagrodzić niestety tylko dwa. Mniej więcej pod koniec sierpnia będzie konkurs z kolejnymi filmami do wygrania, może będzie też inna nagroda.

Zwycięzców proszę o napisanie mi swojego adresu: msurowiec2010@gmail.com

Na koniec chcę nadmienić, że w kolejnych trzech tygodniach moja aktywność na blogu będzie mniejsza. Jest sezon urlopowy. Jak przystało na pracoholiczkę, nie robię urlopu, ale inni go robią i muszę ich zastępować w pracy. Nie będzie mnie w domu od poniedziałku do niedzieli od 7:00 do 21:00-22:00. Międzyczasie wpadnę tylko do siebie odgrzać jakieś gotowe danie, w czym jestem specjalistką. Eh, niech lato się już skończy. Nie znoszę lata i słońca. Kiedyś wyniosę się w pobliże któregoś z biegunów 🙂

P. S. Temat o przyśpiewkach futbolowych się pojawi.

Nastroje przed finałem mundialu

Nastroje przed finałem mundialu

Na początek przypominam o trwającym konkursie:

Konkurs na moje urodziny

Możecie sobie wyobrazić, że po zwycięstwie 7-1 nad Brazylią w Niemczech zapanowała euforia. Ja znam się na piłce nożnej lepiej niż większość facetów i ten wynik mnie nie zaskoczył, bo Brazylia nic nie pokazała na mundialu i w żadnym ze swoich meczów nie zagrała naprawdę dobrze. Nie bez powodu powtarza się opinia, że drużyny np. Anglii, Portugalii czy właśnie Brazylii mają w składzie gwiazdy, ale Niemcy mają zespół i to jest najważniejsze.

Mecz ogólnie był niesamowity, także ze względu na to, że brazylijscy kibice później już tylko podziwiali Niemców, także dzięki zachowaniu piłkarzy po meczu:

Brazylia już wybaczyła Niemcom

Również w ojczyźnie niemiecka drużyna wzbudziła podziw. Z jednej strony Brazylia pozwoliła im grać jak chcieli, z drugiej strony widać było doskonałe przygotowanie i taktykę.

Niemieccy kibice świętowali awans do finału

Od wtorkowego meczu w każdej rozmowie temat ten musi się pojawić. Na mieście widać coraz więcej niemieckich flag, również w supermarketach je rozwieszono. W poniedziałek w większości szkół lekcje ze względu na niedzielny finał rozpoczynają się później – o 9:00 lub 9:30. Ja niestety i tak muszę wstać o 6:00, ale pewne jest, że w niedzielę będę oglądać mecz do końca. W miasteczku oczywiście organizuje się public viewing, podczas wszystkich meczów Niemców na mundialu również można było na mieście oglądać mecze wspólnie z innymi kibicami. Jutro wieczorem znowu nie będzie ani jednego samochodu na ulicach. Na finał przybędą do Brazylii kanclerz Angela Merkel oraz prezydent Niemiec Joachim Gauck.

Muszę przyznać, że podoba mi się to, że niemieckie media nie nadmuchują tak bardzo balonu oczekiwań jak to robiły polskie media przed Euro 2012 i przed olimpiadą w Londynie. Owszem, oczekiwania są duże, ale w końcu mają one uzasadnienie. W porównaniu z polskimi mediami z tamtego okresu niemieckie media  formułują oczekiwania bardziej oszczędnie.

Mecz był historyczny także dlatego, że dzięki strzelonemu golowi Miroslav Klose z 16 bramkami na koncie został najlepszym strzelcem w historii mundialu. Pięknie 🙂

Reakcje niemieckiej prasy:

„Na trybunach wodospad łez. Brazylijczycy płaczą. Niemieccy piłkarze byli jak nie z tej planety. Wygrali zasłużenie, ale wymiar tego zwycięstwa zaskakuje wszystkich” – skomentował redaktor portalu sport1.de.
„Niesamowita niemiecka drużyna rozłożyła na części pierwsze pięciokrotnych mistrzów świata. To było bezlitosne” – ocenił focus.de, a cały artykuł zaczął słowami: „Tak, proszę Państwa. To nie jest pomyłka. Wynik brzmi 7-1”.
Ten sam portal pyta: „Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, kto zdobędzie w niedzielę puchar?„. „Bild” z kolei czeka już na… Holandię, która w czwartek zmierzy się z Argentyną w drugim półfinale.
„Die Welt” pisze o „bestialskim kunszcie”, dzięki któremu niemiecka drużyna „rozłożyła Brazylijczyków na czynniki pierwsze”. „Podanie za podaniem przecinało jak skalpel ciało Brazylijczyków. Brazylijska samba nie została przerwana, lecz wysadzona w powietrze” – czytamy.
Gazeta obarcza odpowiedzialnością za klęskę drużyny Brazylii jej trenera. „Scolari zawiódł na całej linii” – napisał jej komentator, zwracając uwagę, że selekcjoner okazał się być złym psychologiem i nie był w stanie pomóc zawodnikom w przezwyciężeniu paraliżującego lęku.
Rozmiary katastrofy są większe, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. Hańba będzie prześladować zawodników przez całe życie” – czytamy w „Die Welt”. Autor komentarza zauważa, że współczucie jest uczuciem bardzo rzadko pojawiającym się wśród fanów piłki nożnej.
Jednak we wtorek wieczorem, gdy niemiecka drużyna „jak walec przetoczyła się po Brazylii”, chyba po raz pierwszy w meczu półfinałowym MŚ zaczęto odczuwać współczucie, choć serca nadal biły dla jedenastki Loewa.  
Komentator chwali fanów Brazylii, którzy po zdobyciu przez Niemców siódmej bramki wstali z miejsc i klaskali. „To był magiczny moment” – pisze „Die Welt”.
Nie ma żadnego znaczenia, kto wygra mecz Argentyna – Holandia. Faworytami są Niemcy – ocenia komentator dziennika, apelując do zawodników, by zachowali w finale „brutalną skuteczność i zachłanność na bramki”. Ktokolwiek będzie przeciwnikiem w finale, będzie miał „gacie pełne strachu”.
„Sueddeutsche Zeitung” podkreśla, że marzenia Brazylijczyków o tytule legły gruzach w ciągu sześciu minut. Chwali „chłodną, skuteczną” drużynę niemiecką i dodaje, że Brazylia grała „zbyt emocjonalnie”. „W nastroju euforii (Niemcy) jadą do Rio” – pisze „SZ”.
„Frankfurter Allgemeine Zeitung” podkreśla, że tak samo jak Brazylijczycy, i Niemcy nie potrafią uwierzyć w to, co widzieli w Belo Horizonte. „Chyba cały świat jest w szoku. Andre Schuerrle dokończył dzieła upokorzenia. To było niesamowite przedstawienie chłopców Joachima Loewa. A do tego Miro Klose, który w Brazylii zabiera rekord wszech czasów największemu idolowi tego kraju Ronaldo. Dziękujemy Ci za wszystkie 16 goli”.
Internetowe wydanie magazynu „Spiegel” w komentarzu zatytułowanym „Cóż to był za mecz” zaznacza, że to spotkanie przejdzie do historii zarówno niemieckiego, jak i brazylijskiego futbolu. „To była sensacyjna postawa, której nikt się nie spodziewał. Obie drużyny dzięki wynikowi 7-1 przejdą do historii, ale 'Canarinhos' chyba niekoniecznie się z tego cieszą”.


Link do artykułu


W czwartek kupiłam sobie jedną z moich ulubionych gazet, „Frankfurter Rundschau„. Tytuł na okładce brzmiał: „Brasiliens schwärzester Tag” („Najczarniejszy dzień Brazylii”):

W środku pojawiły się bardzo ciekawe artykuły i felietony na temat meczu. Jest artykuł o tym, jaki wpływ ma ta porażka na sytuację społeczną, a także jaki wpływ będzie miała na kolejne wybory prezydenckie.

2014, das verstand Brasilien stets als eine doppelte Chance – erstens, um sich der Welt als modern es, entwickeltes, erfolgreiches Land zu präsentieren, das in der Lage ist, die „Weltmeisterschaften aller Weltmeisterschaften“ zu organisieren, wie Präsidentin Dilma Rousseff mit einer kräftigen Portion nationaler Großmäuligkeit formulierte. Und zweitens, um endlich die Schmach von vor 64 Jahren wettzumachen, als Brasilien im Endspiel knapp verlor.

Und diese zweite Chance hat das selbst ernannte „Vaterland der Fußballstiefel“ am Dienstag gründlich vergeigt. „Die schlimmste Niederlage der Geschichte“ – mit dem gleichen Masochismus, mit dem das Fernsehen während der Experten-Erörterungen in den Stunden nach dem Spiel immer wieder die Tore der deutschen Spieler zeigte, zieht die Presse ihre rabenschwarzen historischen Parallelen: Zur 7:2-Niederlage gegen Italien im Jahr 1919 oder zum 8:4 gegen Jugoslawien 1934.

Wolfgang Kunath: Schäden an der nationalen DNA. („Frankfurter Rundschau”, Donnerstag, 10. Juli 2014) 

Dzisiaj kupiłam „taz.am wochenende„. Już na stronie tytułowej widnieje: „Scheiß auf den Titel. Es lebe das Spiel” (Pierniczyć tytuł. Niech żyje gra)



Czy na pewno? Tak jak pisałam, dla Niemców bardzo liczy się zdobycie tytułu, ale bez względu na wynik jutrzejszego meczu Niemcy napisali historię. 

Słowa ze strony tytułowej: Wer Fußball liebt, fiebert am Sonntag für die deutsche Elf – weltweit. Klar, ein schöner Abschluss fehlt noch – aber von dieser Weltmeisterschaft wird anderes bleiben

Myślę, że powyższe sformułowanie jest bardzo trafne. Po wtorkowym meczu pewnie większość kibiców na świecie będzie trzymała kciuki za Niemców, którzy pokazali piękną grę. Moim zdaniem bez względu na jutrzejszy wynik naród ma być z czego dumny. 

Na s. 12 gazety znajduje się opinia, którą podzielam: Nie zuvor fand alle Welt, Deutschland habe den Weltmeistertitel verdient. Was ist anders als früher?

W felietonie jest napisane właśnie o tym, że Niemcy zaprezentowali piękną, efektywną, uczciwą grę:

Wer ein Herz für Fußball hat, wer sich nicht irre machen lässt von alten schwarz-rot-goldenen Fundamental-Antipathien, wünscht, dass diese Elf die Nacht zum 14. Juli als Weltmeister durchfeiert.

Zgadzam się w całej rozciągłości. Kto naprawdę kocha piłkę nożną, nie będzie kierował się uprzedzeniami i życzył Niemcom porażki. Mogę dodać, że wydaje mi się, że za pomocą meczu przeciwko Brazylii niemiecka drużyna przyczyniła się całemu narodowi do dzieła burzenia stereotypów. 

Kupiłam również najnowsze wydanie „Kickera„, ale niestety jeszcze nie zdążyłam przeczytać:


A Wy komu jutro kibicujecie? 
Co Niemcy myślą o mundialu?

Co Niemcy myślą o mundialu?

Jako wielka fanka piłki nożnej odniosę się dzisiaj do trwającego mundialu. Nie mogę niestety oglądać wszystkich meczów, gdyż od poniedziałku do niedzieli wracam z pracy między 21 a 22. Pozostaje mi oglądanie meczów odbywających się o 22:00, dlatego cieszę się, że Niemcy grają dzisiaj przeciwko Brazylii właśnie o 22:00.

Niemcy mundial określają jako „die WM„, ewentualnie „die Fußball-WM” (od Weltmeisterschaften – mistrzostwa świata).

Możecie się domyślić, że w Niemczech panuje euforia, moim zdaniem uzasadniona, bo Niemcy mają prawo mieć nadzieję na zwycięstwo ich drużyny (die Nationalmannschaft, die Nationalelf). Niemiecka drużyna narodowa jest określana także jako „Jogis Jungs” (chłopcy Jogiego, trener drużyny Joachim Löw ma pseudonim Jogi i tak jest najczęściej nazywany w mediach), także jako „DFB-Elf„, od „Der Deutsche FußballBund” – Niemiecki Związek Piłki Nożnej albo „DFB-Team„.

W piątek Niemcy grały o 18:00 naszego czasu przeciwko Francji. W miasteczku było całkowicie cicho. Ja niestety nie mogłam oglądać, bo byłam w pracy, ale kiedy z okien firmy spoglądałam w dół na dolinę rzeki, było cicho jak nigdy. Żadnego samochodu na ulicach, żadnego człowieka. Byłam bardzo ciekawa wyniku, ale kiedy około 21:00 jechałam rowerem do domu, wiedziałam już, że Niemcy wygrali. Wielu przechodniów miało niemieckie flagi w rękach i śpiewało z radości.

Niemiecka piłka nożna odnosiła na ostatnich mistrzostwach świata i Europy znaczące sukcesy:

mistrzostwa świata – 2 miejsce w 2002 roku, 3 miejsce w 2006 i 2010 roku
mistrzostwa Europy – 2 miejsce w 2008 roku, półfinał w 2012 roku

Niemcy są bardzo głodni sukcesu. Tego, żeby w końcu wygrać turniej. Bardzo dużo mówi się o tym w mediach, cały czas pojawia się słowo „der Titel”. Ostatnio mówi się także o stylu, w jakim gra w Brazylii drużyna. O tym, że jest rozczarowujący w porównaniu z tym, co Niemcy prezentowali 4 lata temu w RPA. W najnowszym numerze magazynu „Der Spiegel” jest artykuł właśnie na ten temat. O tym, dlaczego trener jest krytykowany nawet jeśli wygra, ale styl nie zachwyca. Podobnie piłkarze.

Po meczu 1/8 finału z Algierią niemiecka drużyna narodowa znalazła się pod ostrzałem. W telewizji analizowano: co poszło nie tak? Pragnę dodać, że Niemcy wygrali, ale problem dla wielu polegał na tym, że nie zachwycili stylem gry. Oto reakcje mediów:

Niemieckie media dziękują Neuerowi za awans do ćwierćfinału mistrzostw świata w Brazylii. „Gdyby nie on, doszłoby do największego blamażu w historii naszego futbolu” – napisał portal sportbild.de.
Zawodnik Bayernu Monachium w meczu 1/8 finału przeciwko Algierii popisał się wspaniałymi interwencjami. Podopieczni Joachima Loewa dopiero w dogrywce wygrali 2-1.
„Teraz wystarczył Neuer, ale kolejnego meczu może już nie wygrać w pojedynkę. To był najsłabszy mecz Niemiec w tym turnieju. Piłkarze grali, jakby nie wiedzieli o co chodzi w futbolu. Jeśli do piątku ich postawa się nie zmieni, pożegnają się z Brazylią” – napisał dziennikarz „Sportbild”.
Najsurowiej została oceniona przez media defensywa. Zwrócono uwagę na straty piłek, które w konsekwencji doprowadzały do groźnych sytuacji pod bramką. Krytykowany był także brak gotowości do walki i niechęć do biegania po murawie.
Tylko chwili brakowało, byśmy wrócili do najgorszych chwil niemieckiego futbolu” – można przeczytać.
Gazeta „Der Westen” skupiła się niemal wyłącznie na dobrej postawie bramkarza. „Neuer, Neuer, Neuer – na wszystkich pozycjach Neuer” – napisali redaktorzy. Odnieśli się także do statystyki, że ponad połowa jego interwencji odbyła się poza polem karnym.
„Potrzebujemy jedenastu Neuerów w meczu ćwierćfinałowym z Francją” – apelują dziennikarze.
„Frankfurter Allgemeine Zeitung” zwraca uwagę na poważne kłopoty w defensywie i ze zdumieniem komentuje postawę Loewa.
„Selekcjoner nie widzi problemu. Na konferencji prasowej zapytał, czy powinien być zawiedziony po awansie. Z taką postawą Pucharu Świata nie zdobędziemy. Oczywiście ma rację, bo najważniejsze jest, że zagramy w ćwierćfinale, ale trener ma mało czasu na zmiany, a tych potrzebujemy” – oceniono.
Portal sport1.de grzmi: „Zbyt dużo błędów. Zgadza się tylko awans„. Dziennikarze skupiają się na słabej grze Niemców, a nie na tym, że udało się dostać do ćwierćfinału. Zwracają uwagę na to, że widać było brak w defensywie Matsa Hummelsa, który z powodu grypy został w hotelu.
„Czy tylko na nim ma się opierać gra w obronie? Zresztą i w ataku było słabo. Thomas Mueller wprawdzie był tam, gdzie być powinien, ale nie dostawał żadnych podań. Bez tego bramek się nie strzeli” – napisano.
Niemieckie media z niepokojem czekają na piątkowy mecz z Francją i piszą: „Oby ten klasyk nie zakończył się katastrofą„.

Zaskakujące, prawda? Wychodzi na to, że od Niemców wymaga się nie TYLKO wygrywania, ale i pięknej gry. Mnie już to nie dziwi, bo w eliminacjach do mundialu i wcześniej podczas Euro 2012 śledziłam reakcje mediów, a także reakcje społeczeństwa.

Po meczu o półfinał i kilku zmianach w taktyce gry reakcje prasy były bardziej pozytywne:

Piłkarze Niemiec awansowali do półfinału mistrzostw świata, pokonując Francję 1-0. Gola w 12. minucie zdobył strzałem głową Mats Hummels.
„Rzut wolny Kroosa, główka Hummelsa, reszta to zdyscyplinowana obrona: Niemcy weszły do półfinału dzięki bramce zdobytej po stałym fragmencie gry. Selekcjoner reprezentacji Loew skutecznie opanował środek pola i udowodnił, że może zrezygnować ze swoich taktycznych zasad” – czytamy w „Sueddeutsche Zeitung”.
Zdaniem autora komentarza to właśnie Loew miał decydujący wpływ na przebieg meczu. Przypomniał, że po ledwie wygranym spotkaniu z Algierią 2-1 dyskutowano, czy trener wybrał właściwy skład. „Loew nie uczestniczył w tej dyskusji, zmienił jednak skład. Przeziębiony ostatnio Mats Hummels wrócił na obronę, Per Mertesacker siedział na ławce rezerwowych” – pisze dziennikarz „SZ”.
Zagęszczenie w środku boiska – oto sposób Loewa na sprytnych Francuzów, sposób, który się sprawdził – pisze „SZ”. Komentator zwraca uwagę, że niemiecka obrona nie zawsze była stabilna. Już po kilku sekundach doszło do nieporozumienia między Khedirą a Schweinsteigerem.'
Loewa chwali też tygodnik „Der Spiegel”. „Mecz ćwierćfinałowy z Francją wygrała nie tylko drużyna, lecz przede wszystkim jej trener” – oceniają dziennikarze wydawanego w Hamburgu pisma. „Loew zaryzykował, przebudowując drużynę,
i okazało się, że miał rację, wprowadzając zmiany” – czytamy w materiale zatytułowanym „Wygrana pokerzysty”.
Zdaniem autorów krytycy trenera zarzucający mu, że zamiast elastyczności wykazuje  upór, powinni teraz zamilknąć. „Przed meczem z Francją Loew przemeblował drużynę na kluczowych pozycjach, podejmując duże ryzyko. To był poker, który zakończył się jego zwycięstwem” – czytamy w „Spieglu”.
„Frankfurter Allgemeine Zeitung” podkreśla, że zwycięstwo nad Francją istotnie wzmocniło pewność siebie niemieckich piłkarzy. „Po dobrym występie przeciwko Francji drużyna wie, że jest w stanie zdobyć tytuł. Jednak respekt przed gospodarzem turnieju (Brazylią) jest duży” – czytamy w „FAZ”.
„Lahm w obronie i Klose w ataku – zasłużone zwycięstwo Niemców poprzedziła historyczna zmiana ustawienia niemieckiej reprezentacji” – zaznacza komentator gazety. Zwycięstwo nad Francją nazywa „ważnym, choć jeszcze nie decydującym krokiem” na drodze do zdobycia po raz czwarty mistrzowskiego tytułu. Niemcy byli tym razem tak silni i zgrani, jak nigdy przedtem w czasie tych mistrzostw, „wszystko zostało zrobione prawidłowo” – chwali „FAZ”.
Zdaniem dziennika „Der Tagesspiegel” dotychczasowe osiągnięcia niemieckiej reprezentacji zasługują na „ogromny szacunek„. Niemiecka jedenastka zawdzięcza swoje sukcesy nie tyle piłkarskim umiejętnościom, co swej woli, drużynowej zwartości i mentalności. „To może okazać się o wiele bardziej wartościowe niż wszystko inne” – ocenia komentator.
„Zwycięstwo nad Francuzami, którzy w końcówce spotkania byli chyba lepszą drużyną, było wielkim wysiłkiem” – czytamy. Poczucie fizycznej i mentalnej siły oraz zdolność przekraczania własnych granic są optymistycznym sygnałem przed kolejnymi pojedynkami, wzmacniającym wiarę zawodników we własne siły – ocenia „Der Tagesspiegel”.


Link do artykułu

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Od wielu Polaków słyszałam: „Mam nadzieję, że Niemcy przegrają”. Niezmiennie dziwię się ludziom. Dla mnie sprawa jest oczywista: Niemcom nie kibicuję tylko wtedy, kiedy grają przeciwko Polsce. Inaczej zawsze im kibicuję. Dlaczego miałabym tego nie robić? Niemcy to kraj, który daje mi wszystko. To Polska mnie przeżuła i wypluła (żeby nikt mnie źle nie zrozumiał – kocham swoją ojczyznę, zawsze ją chwalę i jestem wdzięczna np. za dobre wykształcenie). Stało się jednak tak, że właśnie w Niemczech żyję normalnie. To ten kraj zapewnił mi wiele możliwości. Również jemu jestem wdzięczna i niemieckiej drużynie narodowej z całego serca kibicuję. Mam nadzieję, że mecz będzie sprawiedliwy i że sędzia nie pomoże Brazylii.
O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

Volksmusik: Judith und Mel

W przerwie pomiędzy postami o słowie „Haus” postanowiłam poruszyć temat niemieckiej muzyki ludowej,  czyli „Volksmusik„. Myślę, że Niemcy są do niej przywiązani o wiele bardziej niż Polacy do swojej. To pewnie dlatego, że moim zdaniem związek Niemców ze wszystkim, co pochodzi z ojczyzny, jest dosyć silny (przejawia się to np. w tym, że Niemcy częściej niż Polacy zwracają uwagę na to, czy kupowane jedzenie zostało wyprodukowane w kraju. Niedawno w sklepie elektronicznym natknęłam się na kogoś, kto chciał kupić telewizor wyprodukowany koniecznie w Niemczech, a jeszcze lepiej w regionie).

Przeboje muzyki ludowej są określane jako „Schlager” (der Schlager, die Schlager), jest to wbrew pozorom dosyć sztywne pojęcie oznaczające jeden rodzaj piosenek – właśnie ludowe hity, zawierające oczywiście elementy np. muzyki pop i opowiadające najczęściej o miłości czy o ojczyźnie. W Niemczech wykonawcy tej muzyki są często wielkimi gwiazdami. Muzyka ta jest zupełnie inna niż polska muzyka ludowa. Żeby lepiej to wyjaśnić, wspomnę dzisiaj o duecie Judith und Mel.

Judith i Mel Jersey są od 1969 roku małżeństwem, mają 2 córki. Nagrywanie swoich piosenek rozpoczęli w 1984 roku, wcześniej Mel pisał piosenki dla innych wykonawców. Od 1990 roku osiągali sukcesy na konkursie „Grand Prix der Volksmusik”. Tutaj przedstawiam przykład Volksmusik, piosenkę „Zwei Herzen schlagen wie eins„:

Judith und Mel – Zwei Herzen schlagen wie eins

Co myślicie o tej piosence? Dla jednych będzie to kicz, dla innych tradycja. W Niemczech prawie każda telewizja lokalna pokazuje programy z Volksmusik, praktycznie o każdej porze można jakiś znaleźć. Kilka dni temu w pracy mój szef oglądał sobie taki program, więc miałam po raz pierwszy od jakiegoś czasu okazję posłuchać maratonu hitów.

W serii o muzyce pojawią się na pewno kolejne posty, m.in. o tym, jak muzyka na przestrzeni lat odnosiła się do sytuacji społecznej.

O opiece nad osobami starszymi. Cz. 2

„Eine Polin”. Kilka komicznych sytuacji z codzienności

Czasami chciałabym uciec do kraju, w którym nie ma żadnych wyobrażeń na temat Polaków, np. na jakąś małą wyspę w Oceanii czy sama nie wiem gdzie. Są dni, kiedy uprzedzenia odnośnie Polaków niesamowicie działają mi na nerwy i kiedy zastanawiam się, skąd niektórzy ludzie je mają. Spotykam na swojej drodze Niemców, którzy wykazują się niebywałą ignorancją. Takich nic nie przekona. Dzisiaj chciałabym opisać kilka zabawnych/żałosnych (niepotrzebne skreślić) sytuacji, które przeżyłam w ostatnich tygodniach.

1) Kiedy Niemcy nie pamiętają imion, to często mówią „der Pole” czy „die Polin”. Często się z tym spotykam, ale przez większość Niemców jest to uważane za obraźliwe. Polacy przecież też mają imiona. Ostatnio zdarzyło się, że byłam w towarzystwie kilku Niemców. Jeden z nich nie mógł sobie przypomnieć, jak się nazywam, więc w mojej obecności określił mnie jako „die Polin”. Kiedy dziwnie na niego spojrzałam (na pewno było po mnie widać, że uznałam to za obrazę), zorientował się, że popełnił gafę i zaczął się tłumaczyć: „Tak ludzie mówią, kiedy nie pamiętają imienia. Nie ma w tym nic obraźliwego”. Ja mu odpowiedziałam, że wystarczy zapytać o imię, jeśli się nie pamięta.

2) Druga sytuacja… Ponownie byłam w towarzystwie Niemców. Rozmawialiśmy o tym, na co trzeba zwracać uwagę, szukając dobrego hotelu w Polsce. Uwzględnione zostały różne czynniki. Wtedy to ktoś rzekł, że szczególnie ważny jest garaż. Ja na to powiedziałam, że to rzeczywiście bardzo ważne, bo w miastach często jest za mało miejsc parkingowych. On na to odpowiedział: „Ale ja miałem na myśli coś innego”. Wtedy dopiero przyszło mi do głowy, że on miał na myśli to, że w Polsce lepiej jest mieć garaż, w którym można trzymać samochód, gdyż szybko może zostać ukradziony… Znowu odezwały się stereotypy i to w człowieku, od którego bym się tego nie spodziewała, ale w sumie już nic mnie nie zaskoczy.

3) Na koniec sytuacja nieco zabawna. U mnie w mieście, a przynajmniej w mojej części, na usługach jest jeden kominiarz. Teraz nastał taki czas, że ma on więcej pracy. Kominiarz to po niemiecku „Schornsteinfeger” (też „Kaminkehrer”). Kominiarz, który pracuje w mojej części miasta, to młody chłopak. Na pewno nie ma jeszcze 30 lat. Bardzo sympatyczny, towarzyski. Po polsku zna on tylko jedno słowo, a mianowicie „kominiarz”. W moim mieście jest bardzo dużo starszych ludzi. W przeważającej większości mieszkają oni sami lub też z opiekunkami z Polski. Facet nauczył się więc słowa „kominiarz” po polsku, gdyż opiekunki oczywiście nie mówią płynnie po niemiecku i nie rozumiałyby, o co chodzi. Kilka dni temu rano akurat byłam w pracy – dorabiam jako opiekunka osób starszych. Byłam właśnie u dziadka, u którego pracuję na godziny. Dziadziuś jadł śniadanie, ja czytałam gazetę, a tu słyszymy dzwonek do drzwi. Zdziwiłam się, bo normalnie nikt nie przychodzi tak wcześnie rano. Otwieram drzwi, a tu widzę tego kominiarza. On mówi do mnie: „Guten Morgen, ich bin Schornsteinfeger”. Ja spojrzałam na niego zaskoczona, bo w życiu nie spodziewałam się jego odwiedzin. On pomyślał, że nie rozumiem i mówi: „kominiarz, kominiarz”. Wtedy zaczęłam się śmiać i pogadałam z nim trochę po niemiecku. Facet mnie kojarzył i wiedział, że jestem Polką. No cóż, to małe miasto i zna się wszystkich.

Niemieckie marki: Ritter Sport

Niemieckie marki: Ritter Sport

Przypominam, że w sobotę rozstrzygnęłam konkurs. Zainteresowani mogą zaglądnąć do sobotniej notki.

Dziś nadszedł czas na kolejną znaną niemiecką markę, mianowicie Ritter Sport. Te czekolady niezmiennie kojarzą mi się z Niemcami. Pierwszy raz spróbowałam ich w kwietniu 2008 roku, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Niemcy. Charakterystyczne czekoladowe czekolady kojarzą się z Niemcami mojej rodzinie, gdyż zawsze przywożę je w prezencie i rodzina ma też ulubione smaki. Wiem, że można je kupić też w niektórych sklepach w Polsce, ale są dużo droższe i nie za bardzo się opłaca. Tutaj zawsze kupuję zapas dla rodziny, kiedy co jakiś czas są w moim supermarkecie na promocji. W ofercie znajdziemy tabliczki 100 g, 250 g oraz mini czekolady.

Charakterystyczne logo:

Historia Ritter Sport rozpoczyna się w 1912 roku, kiedy to Clara i Alfred E. Ritter założyli w Bad Cannstadt, części Stuttgartu,  fabrykę czekolady i wyrobów cukierniczych. W 1919 roku na rynek wprowadzono markę Alrika (za Alfred Ritter Cannstadt), gdyż czekolady produkowane przez fabrykę cieszyły się coraz większą popularnością. W 1926 roku firma miała już 80 pracowników i wtedy zakupiono pierwszy samochód dostawczy. W 1930 roku firma przeniosła swoją siedzibę do Waldenbuch, ponieważ w Stuttgarcie rozbudowa była niemożliwa. Pracownicy byli codziennie wożeni autobusem z Bad Cannstadt do Waldenbuch.

Rok 1932 oznacza narodziny słynnej kwadratowej czekolady. Podczas uroczystości rodzinnej Clara Ritter powiedziała: „Produkujmy czekoladę, która będzie pasowała do kieszeni każdej sportowej kurtki, nie łamiąc się, i która będzie miała taką samą wagę jak normalna tabliczka”. Propozycja spotkała się z akceptacją rodziny.

W czasie wojny, w 1940 roku, produkcja została wstrzymana. Kontynuowano ją ponownie od 1946 roku. Od 1950 roku nie było już żadnych ograniczeń w produkcji, ponieważ kakao było do dyspozycji w nieograniczonej ilości. W 1952 roku zmarł założyciel firmy, Alfred Eugen Ritter. Interes przejął jego syn, Alfred Otto. W 1959 roku zmarła zaś Clara Ritter.

W 1960 Alfred Otto Ritter zdecydował się na koncentrację na kwadratowych tabliczkach, usuwając powoli inne produkty z oferty. Tak pozostało do dzisiaj. Marka Ritter Sport rozwijała się z coraz większym sukcesem. W 1970 roku marka zdobyła uznanie w całych Niemczech, wprowadzając na rynek czekoladę o smaku jogurtu – wcześniej nikt tego nie zaproponował. Wtedy powstał również slogan reklamowy, który do dzisiaj widnieje na każdej tabliczce Ritter: „Quadratisch. Praktisch. Gut„. W 1972 roku udział Ritter w ogólnej sprzedaży czekolad przekroczył 10%. W 1974 Alfred Ritter zdecydował, że odtąd każdy rodzaj czekolady będzie miał swój charakterystyczny, żywy kolor opakowania. Tak jest do dziś.

W 1978 roku firma przeszła w ręce kolejnego pokolenia: Alfreda Theodora Rittera i jego siostry Marli Hoppe-Ritter. W 1982 roku na rynek weszły mini czekolady. W 1998 roku firma osiągnęła obroty ponad 0,5 miliarda niemieckich marek. Udział w rynku wynosił już 22%.

W 2001 roku otwarte zostało „Ritter Sport SchokoLaden” – centrum dla odwiedzających, gdzie można poznać sposoby produkcji czekolady. Obecnie czekolady Ritter są sprzedawane w ponad 70 krajach świata. W 2010 roku powstało w Berlinie „Bunte Schokowelt von Ritter Sport” – miejsce, gdzie na ponad 1000 metrach kwadratowych zainteresowani mogą przeżyć ciekawe połączenie, a mianowicie delektowania się czekoladą i rozrywką. Powstają tu też tabliczki czekolady na życzenie. W 2012 roku firma świętowała 100-lecie istnienia.

Bunte Schokowelt von Ritter Sport w Berlinie:

 

Tekst:

Historia firmy