„Der Vorleser” – o filmie i książce

„Der Vorleser” – o filmie i książce

Domyślam się, że każdy słyszał o słynnej książce Bernharda Schlinka „Der Vorleser” (1995), czyli w polskim tłumaczeniu „Lektor”. Książka ponownie rozpętała dyskusję na temat odpowiedzialności za zbrodnie popełniane przez młode kobiety w czasach II wojny światowej – chodzi tu przede wszystkim o strażniczki w obozach koncentracyjnych. Do tej pracy wybierano młode kobiety, które chciały dobrze zarobić i które na początku zwykle nie zdawały sobie sprawy z tego, na czym będzie polegała ich praca. Po zakończeniu wojny większość z nich stanęła przed sądami, broniąc się w ten sposób, że przecież wykonywały tylko rozkazy przełożonych i że chciały dobrze wykonywać swoją pracę.

Jeśli ktoś z Was nie zna tej problematyki, to polecam lekturę świetnego, bardzo ciekawego artykułu na portalu interia.pl pt. „Nazistowskie zbrodniarki wojenne: Jak stały się bestiami?”:

Nazistowskie zbrodniarki wojenne: Jak stały się bestiami?

 Historia jednej z takich kobiet opisana jest w książce „Der Vorleser”. Do fabuły dochodzi tu aspekt romansu dojrzałej kobiety z młodym chłopcem, tak właściwie jeszcze nie mężczyzną. Motyw takiego romansu znajduje się jeszcze np. w powieści „Die Entdeckung der Currywurst” Uwe Timma (która również została zekranizowana).

W powieści „Der Vorleser” aspekt romansu nie wysuwa się jednak na pierwszy plan. Najważniejszy zdaje się tu być motyw odpowiedzialności i kary za zbrodnię. O tym, że główna bohaterka, Hanna Schmitz, pojmuje wreszcie swój błąd, świadczy fakt, że po tym jak nauczyła się czytać, w więzieniu czyta książki o obozach koncentracyjnych i w końcu karze samą siebie za to, co zrobiła.

Zwiastun amerykańskiego filmu „The reader” (2008), ekranizacji książki (w reżyserii Stephena Daldry’ego):

The Reader

 I tu chciałabym krótko opisać, co myślę o tym filmie:

1. Hollywood zrobiło z książki Schlinka love story. W filmie zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan aspekt romansu, co jest oczywiście niesłuszne. Kiedy główna bohaterka popełnia w filmie samobójstwo, widzimy, że stoi na książkach, na których grzbietach czytamy m.in. słowo „love”. Stąd wniosek, że zabija się z powodu nieszczęśliwej miłości. A to zdecydowanie koliduje z powieścią. Znając Hollywood, nie dziwi mnie jednak, że powieść przerobiono na love story. Dziwi mnie jednak zgoda Schlinka na taką ekranizację i pozwala przypuszczać, że chodziło w tym wszystkim o pieniądze.

2. Głupie zdaje mi się to, że w filmie, który jest przecież po angielsku, aktorzy mówią z niemieckim akcentem. Po co? Nie rozumiem sensu tego zabiegu. Jeśli już reżyser chciał udowodnić, że akcja dzieje się w Niemczech, trzeba było nakręcić film po niemiecku.

3. Kate Winslet, która zagrała Hannę Schmitz, powinna była dostać Oscara za jedną z innych swoich dobrych kreacji, bo przecież tak wiele ich było, a nie za kiepską ekranizację. Zresztą w wywiadach, których  udzielała w ramach promocji filmu, sama przyznawała, że w ramach przygotowania do roli skupiała się na analfabetyzmie, a nie na zbrodniach nazistowskich. Być może nawet nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodziło.

4. W poprzednim punkcie napisałam „kiepska ekranizacja” właśnie dlatego, że jest to kiepska ekranizacja, a nie kiepski film. Film byłby jak najbardziej w porządku, gdyby nie była to ekranizacja książki. Dlatego może on się podobać przede wszystkim tym widzom, którzy nie czytali powieści.

5. Trzeba oczywiście docenić jak zwykle świetną rolę Ralpha Fiennesa – jednego z moich ulubionych aktorów. Zagrał on m.in. w „Liście Schindlera” Stevena Spielberga, o której napiszę niedługo.

6. Na koniec mogę powiedzieć, że mimo wszystko polecam ten film. Najpierw należy jednak przeczytać książkę. Inaczej nie będziecie wiedzieć, o co tak naprawdę chodzi w powieści Bernharda Schlinka.

Haribo

Haribo

Dzisiaj rozpoczynam serię o znanych markach wywodzących się z krajów niemieckojęzycznych.

Każdy chyba zna markę Haribo. Jest to jedna z najbardziej znanych niemieckich marek, producentów słodyczy. Siedziba koncernu znajduje się w Bonn. Firma została zarejestrowana 13.12.1920. Na początku kapitał firmy był niewielki. W 1922 roku założyciel Hans Riegel (właściwie Johann Riegel) wymyślił znanego misia Haribo – Gummibär. Nazwa wywodzi się z pierwszych liter imienia i nazwiska założyciela oraz miasta (Hans Riegel Bonn).

W 1935 roku powstała filia firmy w Kopenhadze. W 2000 roku firma była podejrzewana o zatrudnianie pracowników przymusowych podczas II wojny światowej, czemu producent oczywiście zaprzeczał. Po wczesnej śmierci założyciela (1945) interesy przejęła jego żona. W 1946 roku synowie Hans i Paul powrócili z wojennej niewoli i aktywnie włączyli się w prowadzenie firmy, przejmując w kolejnych latach kilka mniejszych przedsiębiorstw.

Dzisiaj Haribo ma ok. 6000 pracowników w pięciu zakładach w Niemczech i 10 w innych krajach Europy. Produkty są sprzedawane w ponad 100 krajach.

Niemieckie hasło reklamowe brzmi „Haribo macht Kinder froh – und Erwachsene ebenso„. Polskie – Haribo smak radości.

Najsłynniejszym produktem Haribo są misie żelki – Gummibären. Mają one ok. 2 cm. Aby je odróżnić od miśków innych producentów, Haribo nazywa swoje tak właściwie nie Gummibären, lecz Goldbären. Cesarz Wilhelm II rzekomo chwalił miśki jako najlepsze, co wynaleziono w republice. Na opakowaniu jest napisane zresztą „Das Original seit 1922„.

Reklama Haribo:

Haribo Werbung

„Der Vorleser” – o filmie i książce

Czy niemiecki jest trudny?

Niemiecki uchodzi za trudny język, ale czy naprawdę tak jest? Obiektywnie – nie, bo nie jest nawet tak w połowie trudny jak np. japoński czy fiński, ale myślę, że w tej powszechnej opinii stereotypy zrobiły swoje. Dzisiaj przedstawię swoją opinię na ten temat.

Dlaczego moim zdaniem niemiecki nie jest trudny?

1) Gramatyka jest bardzo logiczna, nie ma tu miejsca na wątpliwości. Jest mniej czasów niż w angielskim. Jest co prawda odmiana rodzajników, ale są tylko 4 przypadki. Wiele problemów przysparza budowa zdania, ale po opanowaniu pewnych zasad każdy może się jej nauczyć.

2) Wiele osób ma problemy z rodzajem rzeczownika, ale spójrzmy prawdzie w oczy – każdy język, w którym obecny jest rodzaj, ma swoje zasady. Dane słowo taki rodzajnik będzie miało w polskim, inny w niemieckim, a jeszcze inny we francuskim czy w hiszpańskim.

3) Jak wiadomo, niemiecki to język germański i jeśli ktoś dobrze zna angielski, to i niemieckiego łatwiej się będzie nauczyć. Jest wiele metod nauki tego języka po angielskim.

4) Niemiecki ma stosunkowo bogatą deklinację, ale jeśli się do niej przyłożymy, to nie okazuje się już taka trudna. Zmian w temacie nie jest wiele i są one stosunkowo proste. Uczę się fińskiego i wiem, że w tym języku następuje tyle zmian w temacie słów, że jeśli szukamy znaczenia danego słowa, które w tekście stoi np. w dopełniaczu, to na 95% nie znajdziemy go w słowniku, gdyż dopełniacz za bardzo różni się od mianownika.

Czy są łatwiejsze języki od niemieckiego? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć obiektywnie, chociaż są listy języków co do stopnia trudności sporządzone przez lingwistów. Spójrzmy na najtrudniejsze ich zdaniem języki (powtarzają się one na większości z list):
1. Chiński
2. Arabski
3. Tuyuca (mówiony nad wschodnią Amazonką)
4. Węgierski lub fiński
5. Japoński
6. Nawaho (język plemienia indiańskiego Ameryki Północnej)
7. Estoński
8. Baskijski
9. Polski
10. Islandzki

Ogólnie zasada jest jedna: im bardziej dany język obcy różni się od ojczystego, tym więcej trudności. Dlatego może Polakowi łatwiej nauczyć się czeskiego, a Niemcowi niderlandzkiego.

Nie znajdziemy tu niemieckiego. Na pewno mogę powiedzieć, że polski jest szalenie trudny. Zrozumiałam to dopiero, jak zaczęłam uczyć Niemców polskiego i jak załamałam się, widząc tabele odmiany rzeczownika 🙂 Podziwiam obcokrajowców, którzy to opanowali… Polski ma więcej wyjątków niż zasad. Opracowałam jednak swój system nauczania. Kiedyś jeszcze napiszę o moich perypetiach. Polskie przypadki zdają się nie mieć wzorów czy zasad, podczas gdy niemieckimi rządzą twarde zasady. Odkąd zaczęłam uczyć polskiego, to jeszcze bardziej doceniłam żelazną logikę niemieckiego.

O angielskim krążą opinie, że jest łatwy. Ok, może na poziomie podstawowym, ale kiedy ktoś chce nauczyć się tego języka płynnie, to zaczynają się schody. Śmieszy mnie, kiedy prawie każdy dookoła mówi, że zna angielski, bo naoglądał się filmów i nasłuchał piosenek. To niestety nie wystarczy.

Podobne opinie krążą o hiszpańskim. Znam całkiem nieźle ten język, więc mogę powiedzieć, że są w nim konstrukcje, których nie ma w językach germańskich czy słowiańskich. Francuski jest dosyć trudnym językiem, ale łatwiej się go nauczyć, kiedy zna się angielski i hiszpański. Najtrudniejsze jest to, że wymowa ogromnie różni się od pisowni. Biedne francuskie dzieci, które muszą pisać dyktanda…

Zgodzę się natomiast co do tego, że niemiecka wymowa jest trudna. Tak samo jak angielska. Kiedy ktoś chce nauczyć się wymawiać naprawdę dobrze, to okazuje się, że wcale nie jest to takie proste. Trzeba obycia językowego, żeby nauczyć się mówić zgodnie z tym, gdzie pada akcent. Zajęło mi to dosyć długo, ale po prawie 5 latach w Niemczech (Boże, to już tak długo?) często zdarza się, że Niemcy chwalą mój akcent.

Wymienię tu natomiast to, co moim zdaniem jest najtrudniejsze w niemieckiej wymowie:
1. Jednosylabowe słowa z długą samogłoską w środku, np. Boot, frühkühl, Strom, rot, Floh, wer, Jahr, süß, Sohn (najtrudniej moim zdaniem jest, kiedy na końcu jest „r”, np. w słowach wer, leer)
2. Złożenia z „Uhr”, np. Uhrmacher, Uhrzeit
3. Słowa, których osobiście nienawidzę: FrühchenFrühstück, Friseur, Bürste, Rose, Röhre, Speer, Frühjahrführensprühen, Ohr.

Teraz przejdę do tego, jak trudny jest polski. Uczenie tego języka sprawia, że czasami popadam w depresyjne nastroje, ale ogólnie to lubię. Żaden podręcznik nie spełnił moich oczekiwań, więc wszystkie ćwiczenia piszę sama. Wtedy zastanawiam się dokładnie, czego ja bym mogła nie rozumieć, gdyby moim ojczystym językiem był niemiecki. Czasami jednak coś mi umknie i tak przedstawiam tu autentyczne przykłady, kiedy Niemcy zapytali mnie o rzeczy, które nie wpadły mi do głowy:

1. Na jednej z lekcji moja grupa miała napisać, co jest w ich mieście/wsi, a czego nie ma. No właśnie – nie ma. Budowali zdania w stylu „W mieście jest kościół, szkoła, uniwersytet, szpital…” Potem chcieli napisać, czego nie ma, więc zaczęli budować takie zdania jak „W mieście nie jest gospodarstwo i klinika”. Brzmi dziwnie, prawda? Wtedy powiedziałam, że lepiej powiedzieć „nie ma”, no ale wtedy słowa muszą już być deklinowane, więc następuje dodatkowa trudność. I wtedy zadali mi pytanie: „dlaczego nie można powiedzieć nie jest kościół, tylko trzeba powiedzieć nie ma kościoła?” Wertowałam potem w domu podręczniki do polskiej gramatyki…
2. Dlaczego liczby się tak ciekawie odmieniają? „Dlaczego mogę powiedzieć trzy kwiatki, ale nie mogę powiedzieć mam trzy synowie? Dlaczego trzech synów? Dlaczego dwa domy, ale dwie córki i dwoje dzieci?”
3. Dlaczego czasowniki w zdaniach twierdzących często łączą się z biernikiem, ale w przeczących z dopełniaczem? Przykład: mam czas – nie mam czasu, mam pieniądze – nie mam pieniędzy.
4. Dla Niemców oczywiście polska wymowa jest szalenie trudna. Kiedy czytaliśmy na kursie krótkie teksty czy dialogi, to wiele razy pytali mnie, czy dane zdania to łamacze języka, podczas gdy to były całkiem proste zdania (dla Polaków oczywiście). Możecie sobie wyobrazić, jakie trudności Niemcy mają np. z „dziewięć” i „dziesięć”.
5. Nie mówiąc już o odmianie imion, nazwisk, miast, krajów…

Itd. Mogłabym długo o tym pisać. Żeby jak najbardziej zrozumiale zaprezentować język polski i go nauczyć, opracowałam własną metodę, ale o tym jeszcze kiedyś napiszę.

Mam nadzieję, że w tym poście udało mi się przekonująco przedstawić mój punkt widzenia na temat trudności niemieckiego. A jakie jest Wasze zdanie?

Weihnachtsmarkt in Münster

Weihnachtsmarkt in Münster

Zanim okres świąteczny całkowicie się zakończy, opublikuję jeszcze zdjęcia z jarmarku świątecznego w Münster, na którym byłam w grudniu 2008 roku. Tegoroczne święta spędziłam w Niemczech i po niemiecku. No może nie do końca, bo pracowałam. Fajnie jednak było na świętach wychodzić o 8 rano do pracy. Ulice całkowicie puste, cisza większa niż zwykle. Na Sylwestra też idę do pracy, także luz.

Oto moje zdjęcia z Münster. Nie jest ich dużo, ale inne nie wyszły zbyt dobrze. Zwiedzałam wtedy miasto, a na jarmarku świątecznym nie spędziłam tak dużo czasu, jednak wspominam go mile. Mimo wszystko bardziej podoba mi się w Trier.

„Der Vorleser” – o filmie i książce

Stille Nacht, heilige Nacht

Kolęda „Cicha noc” („Stille Nacht„) jest chyba najbardziej znaną kolędą na świecie, a pochodzi z Austrii. Po raz pierwszy wykonano ją w 1818 roku podczas pasterki w Oberndorf bei Salzburg. Autorem słów był Joseph Mohr, a melodii Franz Xaver Gruber. Kolęda doczekała się tłumaczeń na ponad 300 języków i dialektów.

Tekst pierwotnie był wierszem, powstał w 1816 roku. Joseph Mohr był wtedy wikarym w Mariapfarr w landzie Salzburg, następnie w nowej parafii św. Mikołaja w Oberndorf bei Salzburg. Wtedy to zaproponował F. Gruberowi napisanie muzyki. Gruber był organistą. Melodia powstała 24 grudnia 1818 roku i jeszcze tego samego dnia kolęda została zaśpiewana podczas pasterki. Według samego Grubera kolęda była „prostą kompozycją„, jednak na tyle spodobała się parafianom, że szybko stała się znana w całej okolicy. Królewska kapela dworska w Berlinie wysłała w 1854 roku do Salzburga list z zapytaniem o genezę kolędy. Wtedy to Franz Gruber opisał jej powstanie. Oryginalny zapis nutowy zaginął, zachował się jednak rękopis wiersza J. Mohra.

Kolęda powstała w trudnych czasach: wojny napoleońskie właśnie się zakończyły, na Kongresie wiedeńskim został ustanowiony nowy porządek Europy. Księstwo Salzburg straciło wtedy swoją niezależność i zostało zeświecczone. Część księstwa przyłączyła się w 1816 do Bawarii, większa część do Austrii. Oberndorf bei Salzburg, gdzie kolęda została wykonana po raz pierwszy, zostało oddzielone od swojego centrum miejskiego w Laufen (dzisiaj Bawaria). Rzeka Salzach została granicą państwową. To ona przez stulecia była podstawą dobrobytu w Laufen (dzięki transportowi soli). Żegluga, szyperzy, budowniczy statków i w związku z tym cała miejscowość mieli przed sobą ciężkie czasy. Wtedy Joseph Mohr przybył do Oberndorf i pozostał tam w latach 1817-1819. Miejscowość Mariapfarr, gdzie żył wcześniej, miała po wymarszu bawarskich wojsk okupacyjnych spore trudności. Właśnie w tych czasach powstała kolęda wyrażająca tęsknotę za pokojem, co jest widoczne szczególnie w czwartej strofie.

Pierwotnie kolęda miała 6 strof, dzisiaj są śpiewane strofy 1, 2 i 6.

W Austrii istnieje nawet towarzystwo „Świętej nocy” – „Stille Nacht Gesellschaft”.

Oryginalny tekst: 

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Alles schläft. Einsam wacht
Nur das traute heilige Paar.
Holder Knab’ im lockigten Haar,
Schlafe in himmlischer Ruh!
Schlafe in himmlischer Ruh!


Stille Nacht, heilige Nacht!
Gottes Sohn, o wie lacht
Lieb aus deinem göttlichen Mund,
Da uns schlägt die rettende Stund,
Christ, in deiner Geburt,
Christ, in deiner Geburt.


Stille Nacht! Heilige Nacht!
Die der Welt Heil gebracht,
Aus des Himmels goldenen Höh’n
Uns der Gnade Fülle läßt seh’n
Jesum in Menschengestalt!
Jesum in Menschengestalt!

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Wo sich heut alle Macht
Väterlicher Liebe ergoß
Und als Bruder huldvoll umschloß
Jesus die Völker der Welt!
Jesus die Völker der Welt!

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Lange schon uns bedacht,
Als der Herr vom Grimme befreyt,
In der Väter urgrauer Zeit
Aller Welt Schonung verhieß!
Aller Welt Schonung verhieß!

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Hirten erst kundgemacht
Durch der Engel „Halleluja!“
Tönt es laut bey Ferne und Nah:
„Jesus der Retter ist da!“
„Jesus der Retter ist da!“
Dzisiaj śpiewana wersja:
Stille Nacht, heilige Nacht!
Alles schläft, einsam wacht
Nur das traute, hochheilige Paar.
Holder Knabe im lockigen Haar,
Schlaf in himmlischer Ruh,
Schlaf in himmlischer Ruh.


Stille Nacht, heilige Nacht!
Gottes Sohn, o wie lacht
Lieb aus deinem göttlichen Mund,
Da uns schlägt die rettende Stund,
Christ, in deiner Geburt,
Christ, in deiner Geburt.


Stille Nacht, Heilige Nacht!
Hirten erst kundgemacht,
Durch der Engel Halleluja.
Tönt es laut von fern und nah:
Christ, der Retter ist da,
Christ, der Retter ist da!

Tu znalazłam ładne wersje kolędy po niemiecku do posłuchania:

Źródła:

Stille Nacht Gesellschaft

Cicha noc

Stille Nacht, heilige Nacht

„Der Vorleser” – o filmie i książce

Wir sagen euch an den lieben Advent

„Wir sagen euch an den lieben Advent” to jedna z moich ulubionych piosenek śpiewanych w okresie adwentu. U mnie w kościele śpiewa się ją w każdą niedzielę adwentu na początku mszy: w pierwszą niedzielę jedną zwrotkę, w drugą dwie zwrotki itd.

Tu video z wykonaniem tej pięknej piosenki:

Wir sagen euch an den lieben Advent

I inny przykład:

Wir sagen auch an den lieben Advent

Wir sagen euch an den lieben Advent
Sehet, die erste Kerze brennt!
Wir sagen euch an eine heilige Zeit.
Machet dem Herrn den Weg bereit!
Freut euch, ihr Christen! Freuet euch sehr.
Schon ist nahe der Herr.
Wir sagen euch an den lieben Advent.
Sehet, die zweite Kerze brennt.
So nehmet euch eins um das andere an,
wie auch der Herr an uns getan!
Freut euch, ihr Christen! Freuet euch sehr.
Schon ist nahe der Herr. 
Wir sagen euch an den lieben Advent.
Sehet, die dritte Kerze brennt.
Nun tragt eurer Güte hellen Schein
weit in die dunkle Welt hinein.
Freut euch, ihr Christen! Freuet euch sehr.
Schon ist nahe der Herr.
Wir sagen euch an den lieben Advent.
Sehet, die vierte Kerze brennt.
Gott selber wird kommen, er zögert nicht.
Auf, auf, ihr Herzen, werdet licht.
Freut euch, ihr Christen! Freuet euch sehr.
Schon ist nahe der Herr.
Weihnachtsmarkt w Trier

Weihnachtsmarkt w Trier

Dzisiaj wrzucam kilka zdjęć z jarmarku świątecznego w Trier, na którym byłam 2 lata temu. Może znowu pojadę za rok, żeby upić się grzanym winem i czymś tam jeszcze. Jak większość uczących się niemieckiego wie, Weihnachtsmarkt jest okazją do wczucia się w atmosferę zbliżających się świąt. Można na nim kupić napoje, jedzenie (nie tylko tradycyjne niemieckie), ozdoby na choinkę, pamiątki. Są także atrakcje dla dzieci, np. karuzele.

Na jarmarku w Trier 2 lata temu widziałam sprzedawców bursztynów z Gdańska, a także Hiszpanów sprzedających tradycyjne jedzenie.

Zdjęcia zostały zrobione przeze mnie.

Katedra w Trier

Katedra w Trier

Najpierw odpowiedzi na komentarze:

1. Napiszę post o tym, jak wylądowałam w Niemczech. Nie było to moim planem ani celem, ale teraz się z tego cieszę i nie chcę wracać do Polski.
2. Od stycznia posty będą pojawiać się nieco częściej. Teraz mam mnóstwo pracy. Pierwotnie miałam plan leniuchowania na świętach w samotności, ale praca to pokrzyżowała i do końca grudnia muszę pracować praktycznie 24h na dobę, włącznie ze świętami. Od stycznia rezygnuję z jednej z moich prac, żeby mieć w końcu trochę wolnego czasu. Poszukam od lutego czegoś mniej wymagającego.

Tymczasem wstawiam kilka zdjęć katedry w Trier, moim ukochanym mieście. Miałam zamiar w tym roku zrobić zdjęcia, które lepiej oddają wielkość tej pięknej katedry, ale jak wiadomo, musiałam odwołać wyjazd.

Katedra pod wezwaniem św. Piotra w Trier jest najstarszym kościołem biskupem Niemiec. Ma długość 112,5 m i szerokość 41 m. Zdjęcia nie oddają piękna tej budowli. Byłam tam kilka razy i za każdym razem wrażenie było tak samo wielkie.

Katedra wznosi się na resztkach okazałego domu mieszkalnego z czasów rzymskich. Kiedy cesarz Konstantyn wprowadził oficjalnie religię rzymskokatolicką, zlecono budowę tej bazyliki, która za biskupa Maximina (329-436) stała się jednym z największym kościołów w Niemczech, z czterema bazylikami, baptysterium i budynkami pobocznymi. Około 340 roku powstała tzw. kwadratowa budowa, główna część katedry z czterema monumentalnymi słupami z Odenwald.

W 1986 roku katedra została wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Przed katedrą leży wielki, czarny kamień (Domstein). Jest to czterometrowa granitowa kolumna. Według legendy do budowy świątyni podstępem zaangażowano diabła, który miał cisnąć kolumną, kiedy zorientował się, że pomógł wznieść kościół. W rzeczywistości Domstein to jeden z czterech filarów, które podtrzymywały rzymski Quadratbau, zniszczony w V wieku.

Suknia z Trewiru, inaczej Święta Suknia, Święta Tunika (der heilige Rock) jest najbardziej znaną relikwią w katedrze. Jest przechowywana za specjalną szybą, w szczególnym miejscu katedry, w drewnianym zamknięciu. Rzadko jest prezentowana z bliska, można ją obejrzeć tylko z daleka, podobnie jak Całun Turyński.

Tutaj znalazłam małe info na temat Sukni z Trewiru:

Pochodzenie sukni opisane jest w Ewangelii św. Jana:
Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty. […] Wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: «Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć». Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty, a los rzucili o moją suknię. To właśnie uczynili żołnierze.
Po wydaniu Edyktu Mediolańskiego przez cesarza KonstantynaPapież Sylwester I podarował mu i jego matce Św. Helenie jedną z najcenniejszych zachowanych relikwii – szatę męczeńską Jezusa. Trafiła ona do Trewiru, w którym cesarz i matka rezydowali.
Ostatni raz zbadano tę tkaninę w 1890 r. Według pomiarów, osoba nosząca szatę powinna mieć 180 cm wzrostu. Zgadza się to z badaniami Całunu Turyńskiego, który wskazuje na wysokość 181 cm.

W katedrze znajdują się liczne nagrobki dawnych biskupów Trewiru, m.in. Balduina von Luxemburg, Richarda von Greiffenklau zu Vollrads czy Theodericha von Wied.

 

 

W tej części katedry przechowywana jest Święta Suknia:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Te 2 myszki symbolizują biedę:

 

Rynek Główny w Trier

Rynek Główny w Trier

Trier (Trewir) to chyba moje ulubione miasto. Zaledwie godzinę drogi ode mnie pociągiem, ale nie byłam tam już od dwóch lat. Kiedy sprowadziłam się do mojej mieścinki, to na początku często jeździłam do Trier do biblioteki uniwersyteckiej, żeby zbierać materiały do doktoratu, z którego potem jednak zrezygnowałam. W grudniu zwykle jeździłam do Trier częściej, żeby zobaczyć Weihnachtsmarkt. Minęły już jednak 2 lata, a ja nigdy nie miałam czasu, żeby tam pojechać. Teraz jednak już od dwóch miesięcy się zbierałam, planowałam i za tydzień w sobotę w końcu jadę. Najpierw pozbieram w bibliotece materiały do artykułu, a potem odwiedzę moje ulubione punkty miasta. Z tej okazji nawet po raz pierwszy w życiu wzięłam wolne. Rano co prawda muszę na godzinkę skoczyć do pracy, ale potem mam wolne 🙂 



Mieszkam w małym mieście, tak właściwie miasteczku, które otoczone jest wioskami i na co dzień nie widuję świateł ulicznych, centrów handlowych czy wielu samochodów, także będąc w Trier, będę musiała na to wszystko uważać, żeby nie skończyć pod kołami samochodu, co kiedyś już mi się zdarzyło. W wielkim mieście bywam raz na rok i tak jest dobrze. Spokój i cisza nie mają ceny. 

Należy zaznaczyć, że w Trier zachowało się wiele elementów powstałych jeszcze za czasów Cesarstwa Rzymskiego, o czym powoli będę pisać. Dzisiaj zacznę od Rynku Głównego miasta. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione przeze mnie. 

Rynek Główny w Trier (Trewir) jest centralnym punktem miasta. Na rynku znajduje się tzw. Marktkreuz, czyli krzyż, symbol władzy, który znajduje się tam od roku 958 i stoi na starym rzymskim słupie. Na krzyżu można przeczytać łaciński napis: Henricus archiepiscopus Treverensis me erexit“ („Arcybiskup Trewiru Henryk postawił / wzniósł mnie„). Na rynku znajduje się obecnie jedynie kopia średniowiecznego krzyża – oryginał można od roku 1964 podziwiać w miejskim muzeum Simeonstift. 


Domy na rynku reprezentują różne style: renesans, barok, klasycyzm, późny historyzm. Do najważniejszych budynków należą budynek głównej warty, dawny hotel, die Steipe, dom rady miejskiej, Czerwony Dom. 








Fontanna Petrusbrunnen została stworzona 1594/95 przez rzeźbiarza Hansa Ruprechta Hoffmanna. Na szczycie fontanny znajduje się figura patrona miasta św. Piotra (stąd nazwa fontanny). Na fontannie są odwzorowane 4 cnoty główne: Justitia – sprawiedliwość (z mieczem i wagą), Fortitudo – siła, moc (z rozbitym słupem), Temperantia – umiar (z winem i wodą) oraz Sapientia – mądrość (z lustrem i wężem).  Poza tym fontanna została udekorowana wieloma innymi elementami: figurami zwierząt (gęsi, lwy, delfiny, orły, małpy), herbem miasta oraz innymi detalami.  



Źródło:

Denkmaltopographie Bundesrepublik Deutschland. Kulturdenkmäler in Rheinland-Pfalz
. Band 17.1 Stadt Trier – Altstadt. Wernersche, Worms. Buchnummer 3-88462-171-8 (1. Auflage 2001). 

„Der Vorleser” – o filmie i książce

Typowe błędy u osób uczących się niemieckiego ze słuchu

Kiedyś już pisałam o tym, że większość Polaków mieszkających w Niemczech nie uczy się niemieckiego. Z moich obserwacji wynika, że głównym powodem jest lenistwo. Może wymienię tu najczęstsze powody:

1. „Nie chce mi się”.
2. „Nie mam czasu”.
3. „Mi już nic nie pomoże.”
4. „Przecież i tak mnie rozumieją”.

Tutaj moje komentarze do poszczególnych powodów:

Ad. 1. A mi się nie chce codziennie wstawać z łóżka. „Nie chcem, ale muszem”.
Ad. 2. No comment.
Ad. 3. Co to w ogóle znaczy?
Ad. 4. Nie zawsze.

Ostatnio miałam taką sytuację: przyszła do mnie właścicielka mieszkania, które wynajmuję. Wraz ze swoim mężem ma winnice. Mają sezonowych pracowników z Polski, którzy najczęściej bardzo kiepsko znają niemiecki. Ostatnio za nic nie mogła dogadać się z jednym z nich i poprosiła mnie, żebym napisała po polsku na kartce, o co jej chodzi. To więc uczyniłam.

Tak jak już kiedyś chyba wspominałam, znam osoby, które od ponad 20 lat mieszkają w Niemczech, a umieją powiedzieć zaledwie kilka zdań. Jak coś muszą załatwić, to ciągną ze sobą kogoś, kto trochę umie dogadać się po niemiecku. Nie przestaję się dziwić temu, że ludziom, którzy decydują się na przyjazd do Niemiec na stałe, nie chce nauczyć się języka. Przecież to ułatwia życie i otwiera tak wiele drzwi. Wiem z doświadczenia, chociaż z mojego wieloletniego doświadczenia wynika również, że Niemcy bardzo dziwią się, kiedy obcokrajowiec mówi płynnie po niemiecku. Przykład: kilka dni temu byłam na pewnym spotkaniu, na którym były opowiadane różne historie. Kilka razy zdarzyło się, że ktoś mnie zapytał: „Czy rozumie pani coś z tego, co tutaj mówią?” Niemcy zakładają więc, że nie rozumiem nic lub prawie nic. Czasami mówię, że rozumiem każde słowo, ale najczęściej nie chce mi się kłopotać. Wiele razy zdarzyło mi się, że jakiemuś Niemcowi szczęka opadała, kiedy zobaczył, że świetnie mówię po niemiecku, a na dodatek skończyłam studia i że nie wykonuję pracy fizycznej. Widzę, że są zadowoleni, kiedy mogą normalnie porozmawiać w swoim języku, a poza tym oczywiście od razu inaczej na mnie patrzą – bardziej pozytywnie. Rozmawiając z nimi, mogę przyczynić się do burzenia stereotypów.

Teraz w kilku punktach przedstawię charakterystyczne cechy języka osób (Polaków) uczących się niemieckiego ze słuchu. Są to wnioski z moich kilkuletnich obserwacji u wielu osób.

1. Kompletna nieznajomość języka pisanego. Nieumiejętność identyfikacji słów, które zna się ze słuchu. Przykład: kiedyś ktoś zobaczył słowo „nah” i utworzył z nim zdanie: „Ich fahren nah Berlin”, bo oczywiście zidentyfikował „nah” jako „nach”.

2. Mówienie w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Jest dobrze, jeśli czasami pojawia się końcówka koniugacji „e”, ale to rzadko – najczęściej bezokolicznik.

3. Używanie zaimków dzierżawczych wyłącznie w formie” meine”, „deine”. Czasami pojawia się „seine”. Te formy stosowane są do wszystkich rodzajów i obu liczb we wszystkich przypadkach, tak więc usłyszymy: „meine Auto”, „deine Haus”, „seine Sohn” itd. Czasami pojawi się jeszcze „unsere”, ale „eure” czy „ihre” praktycznie nigdy.

4. Oczywiście całkowicie błędne użycie podobnych słów, jak np. „verheiratet” czy „geheiratet”. Nie spotkałam nikogo, kto by odróżnił „Küche” od „Kuchen” albo „stehen” od „stellen”, no ale tego trzeba się nauczyć.

5. Jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie „wohin?”, to wśród przyimków używane są tylko „nach” i „zu”. Można usłyszeć zdania typu: „ich gehe nach Arzt”, „ich fahren nach Apotheke” itd.

6. Oczywiście nie pojawiają się rodzajniki. Czasami ktoś powie „eine”.

7. Mówienie „Poland” zamiast „Polen”. Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by powiedział „Polen”.

8. Mylenie czasowników „stehen” i „bleiben”. Nie rozumiem, z czego to wynika, ale pewnie z tego, że te dwa słowa brzmią podobnie po polsku. Można usłyszeć zdania typu: „Ich stehe heute nach Hause”.

9. Mylenie czasowników „stehen” i „lassen”. Można usłyszeć zdania takie jak: „Ich stehe meine Auto in Hause”.

10. Używanie formy „Kinder”. Nie ma „Kind”. Nie wiem, dlaczego, ale tak jest. Przykładowe zdanie: „Meine Kinder heißen Maja”. „Meine Kinder spielen” (gdy na myśli jest jedno dziecko). Jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś powiedział „Kind”.

11. Nieodróżnianie „zu Hause” i „nach Hause”, „Uhr” od „Stunde” itp.

12. Niepoprawne powtarzanie po Niemcach. Podam tu 2 przykłady:
– kiedyś ktoś kłócił się ze mną, kiedy zobaczył słowo „Flügel„, bo zidentyfikował je jako „Flieger”. Ja tłumaczyłam, że to coś zupełnie innego, ale nie idzie wytłumaczyć, bo pewni ludzie „wiedzą” swoje
– niedawno usłyszałam prawdziwy „kwiatek”. Ktoś miał na myśli słowo „Steuerberater”, czyli „doradca podatkowy”, ale oczywiście źle zrozumiał i mówił potem „Steuerapparat” :)))

Ludzie oczywiście słuchają tego, co mówią Niemcy, ale wiadomo, że Niemcy mówią szybko, to i słowa zlewają się w jedno. Potem wychodzą takie „kwiatki”.

13. Niestosowanie czasowników posiłkowych, a jeśli już (bardzo rzadko), to tylko „haben”. Przykładowe zdania: „Ich nach Poland gefahren”, „Kinder gespielt zu Hause”, „wir kaufen gemacht”.

14. Niezwracanie uwagi na otoczenie. Można się trochę nauczyć, obserwując napisy w sklepie czy na ulicach. Znam kogoś, kto chodzi codziennie rano do piekarni, a nie wie, że to „Bäckerei”, chociaż jak byk napisane jest na szyldzie. Spotkałam osobę, która zawsze robi w supermarkecie zakupy dla całej rodziny, a mimo to nie zna nazw większości produktów spożywczych. 

Tak jak wspomniałam, ludziom nie zależy na nauczeniu się języka kraju, w którym żyją. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, bo są ludzie, którzy chcą się uczyć i się uczą, ale jest to mniejszość. Poza tym nie dotyczy to tylko Polaków, ale i innych narodowości. Tureckie kobiety bardzo rzadko mówią po niemiecku, bo siedzą z dziećmi w domu i chyba też im nie zależy.

Przykłady, które podałam wyżej, zanotowałam sobie dyskretnie. Mam więcej takich „kwiatków”.

Idealna sytuacja to moim zdaniem, kiedy ktoś nauczy się podstaw języka w swoim kraju, zanim wyjedzie do Niemiec. Najczęściej taki wyjazd jest przecież planowany, więc można nauczyć się podstaw. To pozwala potem uniknąć głupich, typowych błędów. Jeśli człowiek zna już język na poziomie podstawowym, to ma jakąś bazę, żeby powoli dodawać słowa, które usłyszy na co dzień.

Wyrażę na końcu swoje zdanie na ten temat. Jak przebywam wśród osób mówiących po swojemu i patrzę na miny Niemców ściągających brwi i starających się zrozumieć, to myślę tylko jedno: „koszmar i wstyd”. Ok, każdy może robić błędy, ale można się nauczyć tego języka przynajmniej na poziomie podstawowym. Bez Konjunktivu I można się przecież obejść.

Nigdy nie zmienię zdania na jeden temat: pewnych rzeczy trzeba się nauczyć. Trzeba usiąść z podręcznikiem i po prostu się nauczyć. Tylko dzieci mogą nauczyć się ze słuchu, dorośli nie są do tego zdolni. Wyjątkiem są być może osoby, które uczyły się innych języków i są obyte z językami, ale one najczęściej są tym zainteresowane, więc sięgną po podręcznik.

Most w Traben-Trarbach

Most w Traben-Trarbach

Dzisiaj chciałabym napisać kilka słów o moście w moim mieście:

 
 





Most łączy dwie części miasta: Traben z Trarbach. Jest jedyną drogą z jednej części miasta na drugą. Widok z niego jest taki:

 
 
 
Bardzo lubię iść przez most, chociaż w lecie znacznie utrudniają to tłumy turystów. Nie lubię iść przez niego w sumie tylko wtedy, kiedy wieje silny wiatr, bo trudno utrzymać wtedy równowagę. 
 
Przed II wojną światową most wyglądał tak:

 

 



 

 

Jak widzimy na zdjęciach, stary most był małym dziełem architektury i niewątpliwie nadawał miastu jeszcze więcej uroku. Niedawno dowiedziałam się, że pod koniec II wojny światowej został wysadzony. Postanowiłam zapytać o to moją 93-letnią sąsiadkę (Niemkę oczywiście), która mieszka tu mniej więcej od 1930 roku i doskonale wszystko pamięta. Opowiedziała mi taką historię: 
 

Stary most został zbudowany 1898/99 i wysadzony krótko przed końcem II wojny światowej. Dzień wcześniej, wieczorem, w domu mojej sąsiadki, która mieszkała wtedy z rodzicami i siostrą, zjawili się żołnierze niemieccy poszukujący kwatery. Trzeba było zwolnić mieszkanie na nocleg dla nich, ale to było normalne. Ludzie spali wtedy w piwnicach. Sąsiadka powiedziała mi, że tej nocy ułożyła się na skrzynkach na jabłka. Rano żołnierze jeździli po mieście i kazali wszystkim otworzyć okna, żeby wybuch ich nie zniszczył. Chwilę później wysadzono most. Zrobili to więc niemieccy żołnierze, żeby utrudnić Amerykanom przemieszczanie się. Lokalna ludność po tym wydarzeniu rozpoczęła zbieranie pieniędzy na nowy most. Koszt oszacowano na 900.000 Reichsmark. Rozpoczęto zbieranie pieniędzy, każdy datek się liczył. Nowy most został otworzony w lipcu 1947. Ludzie wtedy świętowali, burmistrz ufundował wino, które pito tego dnia nad rzeką. W czasie tych dwóch lat, kiedy nie było mostu, ludność przeprawiała się na drugą stronę miasta promem. Po otworzeniu mostu każdy darczyńca otrzymał oficjalne podziękowanie. W domu mojej sąsiadki wisi takie właśnie podziękowanie, które otrzymał jej ojciec.

Rzecz o stereotypach

Rzecz o stereotypach

Abstrahując od tego, że mieszkam w wiejskiej okolicy, gdzie społeczeństwo jest dosyć zacofane i zamknięte, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niektórzy nie mają podstawowej wiedzy o świecie albo że po prostu funkcjonują w świecie zapełnionym stereotypami. Bo inaczej nie potrafię wytłumaczyć sobie takiego rozumowania u młodych osób.

1. Niemcy wychodzą z założenia, że w Polsce każdy mówi po rosyjsku i że jest to obowiązkowy język w szkołach. Nie było jeszcze żadnego Niemca, który nie byłby bardzo zaskoczony, kiedy mówię, że nie znam ani słowa po rosyjsku i że nigdy nie uczyłam się tego języka. Nie mówiąc już o tym, że angielski jest u nas głównym językiem obcym.

Opiszę tu przykładową sytuację, kiedy miałam jeszcze więcej godzin w niemieckim gimnazjum. Pewnego dnia zjawił się tam uczeń z Rosji, który nie mówił ani słowa po niemiecku. Były z nim duże problemy ze względu na to, że nie umiał się zachować. Wiem doskonale, bo też go uczyłam i niezłe cyrki z nim były. Pewnego dnia zostałam wezwana na rozmowę do dyrektora. Już się przestraszyłam, że coś przeskrobałam (a było to prawdopodobne, bo podobnie jak inni nauczyciele, czasem robiłam rzeczy, których nie powinnam była robić). Okazało się jednak, że był jakiś problem z tym uczniem z Rosji i że wezwano mnie do gabinetu dyrektora, żebym tłumaczyła. Wtedy ja na to, że niestety nie mogę tłumaczyć, gdyż nie znam rosyjskiego. Na to dyrektor zrobił wielkie oczy, ale pech. Chciało mi się śmiać, ale roześmiałam się dopiero w pokoju nauczycielskim.

Sytuacja z dzisiaj: pewna osoba zapytała mnie, jakie języki obce znam. Wiadomo – wykształcona i elokwentna Polka robi wrażenie, gdyż jest to raczej wyjątek. Pochwaliłam się więc swoją wiedzą (a co będę się wstydzić). Od razu zapobiegawczo dodałam, że nie znam rosyjskiego, a ta osoba na to: „Co? To rosyjski nie jest w Polsce językiem obowiązkowym?” Ręce opadają. Cholera, chyba się w końcu nauczę tego języka, żeby za każdym razem nie tłumaczyć, dlaczego go nie umiem i dlaczego w Polsce mało osób mówi po rosyjsku. Jestem już tym zmęczona.

2. W pewien bardzo słoneczny dzień w sierpniu stałam przed domem, w którym mieszkam i rozmawiałam z sąsiadkami. Pytają mnie, jaka pogoda jest teraz w Polsce. Ja na to, że rodzice mi powiedzieli, że w Polsce jest ciepło. Jedna sąsiadka na to: „To u was nie spadł jeszcze śnieg?” Ja odparłam na to w myślach: „Jezu kochany, dobrze, że nikogo z mojej rodziny nie pożarł jeszcze niedźwiedź polarny, jakie to niedźwiedzie przecież przez cały rok chodzą u nas po ulicach”.

3. Dosyć powszechne jest przekonanie, że Polacy potrzebują wizy, żeby wjechać do Niemiec. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że Polska jest w UE. Często ludzie zadają mi pytanie, na jakiej zasadzie tu pracuję i na jak długo muszę wracać do Polski, żeby znów dostać wizę do Niemiec. Ja wtedy nie wiem za bardzo, o co chodzi, gdyż żadnej wizy nie potrzebuję.

4. Nie mówiąc już o tym, że często zadawane jest mi pytanie, czy w Polsce można kupić wszystko to, co w Niemczech. W sumie rozumiem, że niektórzy dalej myślą, że w Polsce jest komunizm. Niedawno pewna osoba powiedziała do mnie: „W Niemczech na pewno żyje Ci się lepiej, bo supermarkety pełne i niczego nie brakuje”. Uf, dobrze, że w Polsce jest przynajmniej mydło w sklepach i że proszku do prania nie brakuje.

Niedługo postaram się napisać o tym, jakie wrażenie wywarła Polska na Niemcach, którzy tam byli. Z racji moich kontaktów znam dosyć dużo takich osób.