Rasizm w Niemczech. Cz. 1

Rasizm w Niemczech. Cz. 1

Dopiero teraz zaczynam spełniać życzenia Czytelników zamieszczone w dziale „Życzenia i opinie”. No cóż, Magdaleno, lepiej późno niż wcale… Bardzo boli mnie to, że nie mam wystarczająco czasu na bloga, ale co zrobić, jeśli pracuję od 7 jakoś do 21, i tak od poniedziałku do niedzieli. Międzyczasie 1000 spraw do załatwienia, spotkań itd. Zaczęłam jednak przewartościowywać swoje życie. Zrobiłam pierwszy duży krok, a dajcie mi jeszcze pół roku, to wybuchnie tu bomba 🙂

Poruszę dzisiaj kwestię stosunku Niemców do obcokrajowców. Zaznaczam, że opiszę tu na razie moje doświadczenia, także przeżycia znajomych. Może ktoś inny ma zupełnie inne doświadczenia, ale ja tutaj ograniczam się do tego, co ja znam i nie wartościuję.

1) Stosunek Niemców do Polaków jest, jaki jest. Tania siła robocza, ot co. Tak jak już kiedyś wspominałam, jeśli ktoś nie wykonuje pracy fizycznej, to Niemcy się dziwią. W sumie ich rozumiem, bo do tego są przyzwyczajeni. Niezmiennie każdy się dziwi, że np. ukończyłam studia albo że znam angielski itp. Kiedyś spotkała mnie taka śmieszna sytuacja… W jednej z moich prac, jakie tu miałam, było na początku tak, że zachowywałam duży dystans do wszystkiego i do wszystkich. Tego nauczyło mnie życie. Niewiele się odzywałam, tylko robiłam swoje. Z tego wszyscy wywnioskowali, że nie znam niemieckiego. Rozmawiali przy mnie swobodnie o wielu sprawach, a ja spokojnie słuchałam i nie dawałam po sobie poznać, że rozumiem każde słowo. Miałam niezłą zabawę 🙂 Nieraz strasznie się w duchu uśmiałam. Kiedy ktoś coś do mnie mówił, to prawie zawsze pytał: „Verstehst du?” Nawet jeśli to były tylko pojedyncze słowa.

2) Wiecie już z innych moich postów, że obcokrajowcy niechętnie uczą się niemieckiego. Sytuacja z ostatnich miesięcy, to było jeszcze na jesieni: zadzwonili do mnie z przedszkola po mojej stronie miasta. Nie wiem, skąd mieli moje dane, ale to miasto jest małe. Problem mają taki, że duża część dzieci to dzieci obcokrajowców, którzy nie znają niemieckiego. Nie można się z nimi dogadać, bo chęci do nauki też nie wykazują. Władze przedszkola chcą więc zorganizować kurs, który miałabym poprowadzić. No widzicie? To już Niemcy muszą się zastanawiać, co robić, żeby się we własnym kraju dogadać 🙂 Ciekawa jestem, czy ten kurs wystartuje, bo nie wiadomo, czy znajdą się chętni do udziału, nawet za symboliczną opłatą. Powiedziałam, że moje wynagrodzenie może być symboliczne, bo liczy się dla mnie doświadczenie zawodowe. Teraz czekam na wynik starań 🙂

3) Jeśli miałabym odpowiedzieć na pytanie, czy w Niemczech jest rasizm, to odpowiedziałabym, że taki jak w każdym innym kraju. Powiedziałabym, że oczywiście są rasiści, ale jest to mała część społeczeństwa. Są Niemcy, którzy gardzą obcokrajowcami i niejeden z moich znajomych to odczuł, ja także. Nie będę tu opisywać niektórych sytuacji, bo są zbyt drażliwe, ale mogę powiedzieć, że czasami nie wiem, skąd bierze się taka niechęć. Na szczęście większość Niemców zdaje sobie sprawę z tego, że bez obcokrajowców ich gospodarka na pewno by tak dobrze nie prosperowała. Niemcy to ludzie zdystansowani, ale równocześnie otwarci, na pewno większość z nich.

4) Jeśli chodzi o islam, to nie powiedziałabym, że niechęć do muzułmanów jest taka jak we Francji. Ok, może we Francji nie jest taka duża, ale większa niż w Niemczech. To jednak w Niemczech są demonstracje Pegidy, o których jeszcze napiszę. To w Niemczech jest NPD. Mimo wszystko nie należy obawiać się islamizacji Niemiec. Do tego nie dojdzie, a dlaczego – napiszę kolejnym razem.

Następne części „Rasizmu w Niemczech”:
*Pegida i obawy przed islamizacją
*NPD
*obcokrajowcy w NRD
*Gastarbeiter
*stosunek Niemców do kwestii obozów koncentracyjnych
*opinie niemieckich polityków, stanowiska partii politycznych

Czy są jeszcze inne kwestie, które Was interesują? 

W 80 blogów dookoła świata: 5 pytań do blogera

W 80 blogów dookoła świata: 5 pytań do blogera

Pierwszy raz biorę udział w akcji „W 80 blogów dookoła świata” i myślę, że przyłączę się do niej na stałe.

Dzisiejszy temat to „5 pytań do blogera”. Odpowiadam więc na pytania, które wybrałam:

1. Twój pierwszy dzień/pobyt w kraju X.
Było to w kwietniu 2008 roku. Pojechałam wtedy na wycieczkę studencką dofinansowaną przez DAAD. Wycieczka dotyczyła przełomowych wydarzeń 1989 roku. Zwiedziliśmy wtedy Berlin i Lipsk. Pierwszym miejscem w Niemczech, jakie zobaczyłam, był właśnie Berlin. Pamiętam, że byłam wtedy oszołomiona, bo nigdy wcześniej nie widziałam tak dużego miasta. W Berlinie spędziliśmy 4 dni, potem 4 dni w Lipsku. Pierwszego dnia w Berlinie tylko pochodziliśmy potem po mieście. Pamiętam, że zobaczyłam wtedy słynną ulicę Ku’damm.

Kilka zdjęć zrobionych tamtego wieczoru:






2. Najbardziej zaskakujące odkrycie związane z krajem X. 
Że Niemcy są zupełnie inni od Polaków. Niby sąsiedzi, ale oni jednak mają mentalność germańską, a my słowiańską. Myślę, że po tych wszystkich latach w znacznym stopniu przesiąkłam niemiecką mentalnością. Objawia się to np. w tym, że czytam w myślach mojego szefa i wszystko robię, zanim on mi powie, co mam robić. Łatwo jest mi przewidzieć, jak Niemcy zareagują w danej sytuacji – co im się spodoba, co zaakceptują, a czego nie.

3. Ulubione motto, cytat, powiedzenie, powiedzonko w języku X.
das gibt es (doch) nicht! – mówimy, kiedy w coś trudno jest uwierzyć. Dosłownie: „tego nie ma” 

das ist nicht wahr – podobne zastosowanie, dosłownie: „to nie jest prawdziwe”

das war einmal – „to było kiedyś” – używam bardzo często, kiedy wspominam dawne czasy, najczęściej z ironią 

ich kann nichts dafür– „nic nie mogę na to poradzić”

dumm ist dumm, man kann nichts machen – „głupi to głupi, nie można nic poradzić” – tak zawsze mówiła moja nieżyjąca już sąsiadka, kiedy zawaliła jakąś sprawę.

ich geb’ nie auf – „nigdy się nie poddam” – motto mojego życia (jest też piosenka Helene Fischer o takim tytule)

das ist nicht richtig, das ist verkehrt

(das ist) zu viel des Guten – to już przegięcie, za wiele tego dobrego 

man muss alles so nehmen, wie es ist und versuchen, das Beste daraus zu machen – „trzeba przyjąć wszystko takie, jakie jest i próbować zrobić z tego to, co najlepsze” – tak mniej więcej można przetłumaczyć to motto. Dosyć często słyszę je od Niemców i bardzo przypadło mi do gustu.

4. Twój największy sukces odnośnie nauki języka.
Nauczenie się fińskich przypadków i ogólnie rozgryzienie tego języka.

5. Ulubiona reklama z kraju X.

Ogólnie nie mam wiele do czynienia z reklamami, bo nie oglądam telewizji. Miałam telewizor w moim mieszkaniu, ale 3 lata temu go wyrzuciłam, kiedy były u nas wystawki. Mimo to dobrze pamiętam jedną reklamę Vodafone, którą gdzieś widziałam. W tle było słychać piosenkę „We are the people”. Chciałam zamieścić tutaj link do niej, ale niestety nie mogę jej znaleźć nigdzie w Internecie.

 „W 80 blogów dookoła świata”…

…jest akcją blogerów językowych. Danego dnia każdego miesiąca na blogach osób biorących udział w akcji pojawiają się posty z myślą przewodnią. Akcja ta pozwala nie tylko na lepsze poznanie się blogerów, ale przede wszystkim daje czytelnikom możliwość poszerzenia wiedzy – przenosząc się na inne blogi, mogą porównać, jak to jest w poszczególnych krajach. 

Linki do postów na innych blogach językowych: 

Chiny:

Francja:

Holandia:
Kirgistan:
O języku kirgiskim po polsku: 5 pytań do blogera – o języku kirgiskim i Kirgistanie http://kirgiski.pl/2015/01/5-pytan-do-blogera-o-jezyku-kirgiskim-i-kirgistanie/

Niemcy:


Rosja:
  
Szwajcaria:

Wielka Brytania:
  




Włochy: 

Wietnam: 

Jeśli ktoś z Was ma własny blog i chciałby wziąć udział w akcji, to może napisać na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com 
Twitter-Omi

Twitter-Omi

Nie jestem zwolenniczką portali społecznościowych w stylu Facebooka czy Instagramu. Nie mam tam konta i nie będę mieć, bo nie jest mi to do niczego potrzebne. Mam konto jedynie na Twitterze i śledzę tam m.in. Twitter-babcię, czyli Twitter-Omi (znaną też jako Online-Omi). Lubię Twittera ze względu na krótkie wiadomości, jakie można tam szybko przeczytać. 
Twitter-Omi nazywa się Renate Bergmann, za tym nazwiskiem możecie ją wyszukać na Twitterze. Wielu śledzących babcię sądzi, że ona naprawdę istnieje, ale jest to jedynie pseudonim. Kryje się za nim Torsten Rohde. Najpierw powstało konto babci na Twitterze, potem wydawnictwo poprosiło go o napisanie książki. Nosi ona tytuł „Ich bin nicht süß, ich hab bloß Zucker: Eine Online-Omi sagt, wie’s ist“. Niedawno ją kupiłam i właśnie zaczynam czytanie.


Dzięki swoim dowcipnym hasłom 82-letnia Twitter-Omi zyskała dużą popularność. Jeśli macie konto na Twitterze, to koniecznie śledźcie babcię. Gwarantuję, że jej przemyślenia poprawią Wam humor na początek dnia. Babcia opowiada np. o wycieczkach dla seniorów, o zajęciach w lokalnym klubie i komentuje codzienne wydarzenia. 
Oto, jak Torsten Rohde opowiada, skąd wziął się pomysł:
Weihnachten 2012 verbrachte ich umringt von Oma, Mutti Und Schwester. Ich bekam die typischen Sprüche zu hören: „Du kannst doch noch nicht satt sein!“, „Du sitzt so schief!“, „Soll ich dir eine Decke holen?“ Auf meinem eigenen Twitter-Account schrieb ich, womit mich meine Tante Renate so nervt – die war natürlich fiktiv, ich würde nie über echte Verwandte lästern. Und meine Kumpel sagten: Tante Renate bräuchte einen eigenen Twitter-Account, die klingt ja total lustig! Im Januar war ich dann 14 Tage krank, und aus lauter Langeweile legte ich den Account tatsächlich ein.

Boże Narodzenie 2012 spędziłem otoczony babcią, mamą i siostrą. Musiałem słuchać typowych haseł: „Nie możesz przecież być jeszcze syty!”, „Siedzisz tak krzywo!”, „Przynieść ci koc?” Na moim własnym koncie na Twitterze pisałem, czym moja ciocia Renate mnie denerwuje – ona była oczywiście fikcyjna, nigdy nie obgadywałbym prawdziwej krewnej. I moi kumple mówili: ciocia Renate potrzebuje swojego własnego konta na Twitterze, ona brzmi strasznie wesoło! W styczniu byłem przez 14 dni chory, tylko z nudy faktycznie założyłem konto.
A skąd Twitter-Omi bierze pomysły na swoje posty?
Ich halte einfach die Augen offen. Ich wohne auf dem Dorf, letztens sah ich auf einer Beerdigung lauter alte Damen und fragte meinen Kumpel, wer sie sind. Er antwortete: „Och, die kommen zu jeder Beerdigung, die kennen den Verstorbenen gar nicht. Die wollen nur mal raus, damit sie später was zu erzählen haben.“ Und dann sehe ich auch noch, dass die wirklich die Wurst vom Buffet in ihrer Handtasche verschwinden lassen!“ So etwas „renatisiere“ ich sofort und poste das.

Po prostu mam oczy otwarte. Mieszkam na wsi, ostatnio widziałem na pogrzebie tylko starsze panie i zapytałem mojego kumpla, kim one są. On odpowiedział: „Och, one przychodzą na każdy pogrzeb, wcale nie znają zmarłego. Chcą po prostu wyjść, żeby mieć potem co opowiadać.” I potem jeszcze widzę, jak kiełbaska z bufetu naprawdę znika w ich torebce!” Coś takiego „renatyzuję” natychmiast i wstawiam post.
Źródła:
Wypowiedzi Torstena Rohde pochodzą z wywiadu przeprowadzonego dla „Für sie” (21/2014).
Sachertorte

Sachertorte

Dzisiaj napiszę o przysmaku austriackiej kuchni, czyli o torcie Sachera. Przepis został stworzony przez młodego cukiernika, Franza Sachera. Było to w XIX wieku. Tort Sachera był i nadal jest klasycznym deserem w hotelu Sacher we Wiedniu. Oczywiście istnieje wiele przepisów na tort Sachera, ale oryginalna receptura jest pilnie strzeżona. Tort jest obowiązkowym deserem dla większości turystów odwiedzających stolicę Austrii.

Tort Sachera jest czekoladowym tortem z marmoladą z moreli i polewą czekoladową. Tort powstał, kiedy w 1832 roku Klemens von Metternich zlecił swojej dworskiej kuchni stworzenie wyjątkowego deseru dla swoich wysoko postawionych gości. Powiedział swojemu szefowi kuchni, aby nie przyniósł mu wstydu. Szef kuchni był jednak chory i zastąpić musiał go jego uczeń, zaledwie 16-letni Franz Sacher. Tort bardzo smakował gościom, jednak nie od początku zyskał tak duże uznanie, jakim cieszy się dzisiaj.

Po latach spędzonych w Presseburgu i Budapeszcie Franz Sacher wrócił w 1848 roku do Wiednia, gdzie otworzył sklep delikatesowy. Jego najstarszy syn Eduard odbył swoją naukę zawodu u dworskiego cukiernika Demela i to dzięki niemu powstał tort Sachera w znanej dzisiaj formie. Tort był najpierw podawany u Demela, a potem w założonym przez Eduarda hotelu Sacher.

Nazwa „Original Sacher-Torte” jest strzeżona prawnie, odkąd pokłóciły się o nią cukiernia Demel i hotel Sacher. Dzisiaj „Original Sacher-Torte” można dostać w hotelach Sacher we Wiedniu i w Salzburgu, w kawiarniach Sacher w Innsbrucku i w Graz, w Sacher Shop w Bozen i w internetowym sklepie Sachera. Cukiernia Demel posługuje się nazwą „Eduard Sacher-Torte”.

Hotel Sacher sprzedaje rocznie około 360 000 tortów Sachera. Zużywa na to 1,2 miliona jajek, 80 ton cukru, 70 ton czekolady, 37 ton marmolady z moreli, 25 ton masła oraz 30 ton mąki.

Jeśli ktoś chce kupić cały tort Sachera, to dostanie go w specjalnym drewnianym pudełku. Najmniejszy kosztuje 21,90 euro, największy 44,90 euro.

Pod tym linkiem możecie obejrzeć galerię zdjęć:

Sacher-Torte

Kiedy będziecie we Wiedniu, koniecznie spróbujcie tortu Sachera. Jestem ciekawa, czy rzeczywiście jest on tak wyjątkowy. Coś musi w nim być, skoro jest tak słynny na całym świecie. 

Original Sacher-Torte w hotelu Sachera we Wiedniu

Franz Sacher (1816-1907)

Sacher-Shop we Wiedniu

cukiernia Demel we Wiedniu

Informacje i zdjęcia:

Źródło 1

Źródło 2

Tag der Deutschen Einheit

Tag der Deutschen Einheit

Nie wiem, czy wiecie, ale właśnie dzisiaj w Niemczech jest ważne święto państwowe – Tag der Deutschen Einheit, czyli Dzień Jedności Niemiec. Jest to dzień wolny od pracy. Ja co prawda i tak musiałam iść do pracy, ale wszędzie widać było, że jest święto. Zamknięte sklepy i mniej ludzi na ulicach.

Święto to jest zawsze obchodzone 3 października, aby uczcić Zjednoczenie Niemiec w 1990 roku.

Po zjednoczeniu zaproponowana została data 9 listopada. Mimo że to właśnie 9 listopada 1989 roku upadł Mur Berliński, to data 9 listopada kojarzy się również z Nocą kryształową w 1938 roku, czyli Pogromem Żydów. Dlatego też pomysł ten nie przyjął się.

Warto zaznaczyć, że 3 października świętowane jest nie zjednoczenie, a właśnie jedność Niemców. To właśnie 3 października 1990 roku Niemiecka Republika Demokratyczna (Deutsche Demokratische Republik) przystąpiła do Republiki Federalnej Niemiec (Bundesrepublik Deutschland). Jest to jedyne święto ustanowione prawnie.

29 września 1990 roku mocy nabrała umowa zjednoczeniowa (Einigungsvertrag).

Oficjalne uroczystości z okazji Dnia Jedności Niemiec odbywają się co roku w stolicy kraju związkowego, który aktualnie przewodniczy Radzie Federalnej (Bundesrat). W tym roku był to Hannover.

Tutaj możecie obejrzeć historyczne wydanie wiadomości stacji ZDF z 3.10.1990, bardzo polecam:

Tag der Deutschen Einheit

Historyczne zdjęcie z nocy z 2 na 3 października 1990 wykonane przed budynkiem Reichstagu w Berlinie 

Zdjęcie

Wycieczka do Trier. Cz. 2

Wycieczka do Trier. Cz. 2

Dzisiaj kontynuuję opowieść o mojej małej wycieczce do Trewiru. Opowiem trochę o rynku, który bardzo lubię. Jest moim zdaniem śliczny, a byłby jeszcze ładniejszy, gdyby nie było na nim tylu handlarzy. Chyba jednak w każdym większym mieście tak jest.

Teraz dosyć rzadko piszę na blogu. Chciałabym częściej, w kolejce czeka mnóstwo ciekawych tematów, ale niestety czas mi na to nie pozwala. Ostatnio musiałam zastąpić kogoś w pracy i szykuje się jeszcze jedno zastępstwo. Na szczęście w drugiej połowie września będę w końcu mieć trochę czasu, bo mój szef wyjeżdża na urlop. Ponieważ pracuję bezpośrednio z nim, nie będę musiała chodzić do jednej z moich prac 🙂

Rynek główny (der Hauptmarkt) jest centralnym punktem miasta. Jak widzicie, można tam podziwiać piękne domy. Reprezentują one różne style: renesans, barok, klasycyzm, późny historyzm, także styl gotycki.

Na rynku znajduje się także fontanna – der Petrusbrunnen. Została ona stworzona w 1594-1595 roku przez rzeźbiarza Hansa Ruprechta Hoffmanna. Na szczycie znajduje się figura św. Piotra, patrona miasta. Na fontannie widzimy rzeźby czterech cnót: Justitia – sprawiedliwość (z mieczem i wagą), Fortitudo – siła, moc (z przełamaną kolumną), Temperanta – umiarkowanie (z winem i wodą) oraz Sapientię – mądrość (z lustrem i wężem). Fontanna została udekorowana wieloma innymi elementami, między innymi figurami zwierząt (np. gęsi, lwy, delfiny, orzeł, małpy).

Na rynku znajduje się Marktkreuz, czyli krzyż. Jest on symbolem godności, dostojeństwa. Został on postawiony w 958 roku przez arcybiskupa Heinricha I, stoi na starej rzymskiej kolumnie. Na krzyżu przeczytamy łaciński napis: „Henricus archiepiscopus Treverensis me erexit” („Trewirski arcybiskup Henryk mnie postawił”). Na rynku głównym znajduje się obecnie tylko kopia średniowiecznego krzyża – oryginał można podziwiać od 1964 roku w miejskim muzeum Simeonstift.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. 

Wycieczka do Trier. Cz. 1

Wycieczka do Trier. Cz. 1

Dzisiaj nadszedł czas na opis mojej wyprawy do Trier (po polsku Trewir). Wybrałam się tam w zeszłą sobotę. Trier i Koblenz to najbliższe duże miasta w moim regionie. Do Trier trzeba jechać godzinę pociągiem. Nie byłam tam już ponad 2 lata i dlatego postanowiłam, że jak tylko będę mieć wolne popołudnie, to się wybiorę. Zasadniczo zbierałam się do tego już od wielu miesięcy, ale jakoś nie tęsknię za dużymi miastami. Trudno było mi się zebrać. Poza tym dzisiaj po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że lepiej iść do pracy niż mieć wolne. Dzisiaj np. mam wolne popołudnie, to już skręciłam kostkę. Ponieważ u nas w szpitalu dzisiaj prawie nikt nie pracuje, to muszę udać się tam jutro z samego rana. A niech to! Jak chodzę do pracy, to nigdy nic mi się nie dzieje. Jak mam wolne popołudnie, to od razu coś takiego… Praca rządzi!!!

To jednak post na temat Trier, więc może wrócę do tematu. Jest to moim zdaniem przepiękne miasto. Jeszcze nie takie ogromne, bo ma niewiele ponad 100.000 mieszkańców. Tutaj w regionie wydaje się jednak być ogromne. Kiedyś częściej jeździłam do Trier, teraz (widocznie na szczęście) nie mam na to czasu.

Bardzo lubię klimat tego miasta. Dla mnie co prawda i tak jest za duże, ale obiektywnie nie można nazwać go wielkim miastem. Przerażają mnie mimo to wszechobecne samochody i autobusy.

W Trier jest wiele budowli, a tak właściwie ich pozostałości, z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Poza tym bardzo lubię piękną katedrę. Rynek też jest śliczny, ale aż tak bardzo go nie lubię, bo za dużo na nim handlarzy wszystkim, co tylko możliwe.

Na początek selfie w parku. Bardzo nie lubię takich zdjęć, nigdy ich sobie nie robię, ale tutaj zrobiłam na pamiątkę:

Na początku nie byłam pewna, czy pamiętam, jak dojść do Porta Nigra i do rynku, ale po chwili odświeżyłam pamięć i trafiłam. Tutaj już wyłania się Porta Nigra:

Porta Nigra („czarna brama”) uchodzi za symbol miasta. Zawsze robiła i robi na mnie ogromne wrażenie. Jest do dawna rzymska brama miejska oraz najlepiej zachowana rzymska brama miejska na terenie Niemiec. Od 1986 roku Porta Nigra jest wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO.

Brama została wybudowana około 180 roku n.e. jako północne wejście do miasta Augusta Treverorum, czyli do dzisiejszego Trewiru. Nigdy nie została ukończona. Nazwa Porta Nigra używana jest od średniowiecza, kiedy to ciemny kolor powstał na skutek wietrzenia piaskowca. Inna dawna nazwa to „Porta Martis” (brama Marsa).

Pochodzący z Sycylii bizantyjski mnich Symeon w 1028 osiedlił się w Porta Nigra jako pustelnik. Rzekomo kazał się tam zamurować. Po śmierci w 1035 roku został tam też pochowany, a biskup Trewiru doprowadził w tym samym roku do jego kanonizacji. Ustanowił kapitułę Symeona (Simeonstift) i wybudował bramę do bocznego kościoła, w którego dolnej kaplicy pochowany był Symeon.

W 1802 roku Napoleon nakazał zamknąć kościół i kapitułę, a podczas swojej wizyty w Trewirze w 1804 roku zarządził rozbiórkę budowli kościelnych. W latach 1804-1809 budynek został całkowicie przebudowany. Prusacy zarządzili w 1815 roku wyburzenie budowli powstałych za Napoleona, więc brama Porta Nigra znowu była doskonale widoczna.

W latach 70-tych XIX wieku rozebrano miejski mur i prawie wszystkie średniowieczne bramy miejskie, między innymi także bramę Symeona.

Porta Nigra można dokładnie obejrzeć również od środka. Kiedyś tam byłam i mam gdzieś zdjęcia, lecz muszę je odszukać. Ulica, która prowadzi od Porta Nigra do rynku, czyli Simeonstrasse, jest klasycznym deptakiem. Znajduje się na niej oczywiście mnóstwo sklepów. Do centrów handlowych w stylu Karstadt czy Galeria Kaufhof nawet nie wchodziłam, bo nie lubię takich miejsc. Wolę małe sklepiki. Ktoś kiedyś powiedział mi, że czynsze na Simeonstrasse są najwyższe w całych Niemczech, wyższe niż nawet w Berlinie.

Kolejnym razem napiszę o rynku i o przepięknej katedrze. Mam nadzieję, że odnajdę moje stare zdjęcia z Trier. Podobnie jak zdjęcia z Luksemburga, gdyż chciałabym Wam opisać i pokazać, co swojego czasu zwiedziłam. Kiedy będę mieć pewnego dnia znowu wolne popołudnie, to wybiorę się do Saarbruecken.

Zdjęcia są mojego autorstwa. 

Moje miasteczko plus

Moje miasteczko plus

Posty o moim miasteczku, Traben-Trarbach, już się pojawiły, ale w koncercie życzeń znalazła się prośba, abym napisała o tym, co jest typowe. Dzisiaj przyszedł na to czas. Tutaj wcześniejsze posty o moim mieście:

Traben-Trarbach. Pierwsza porcja

Traben-Trarbach. Cz. 2

Traben-Trarbach. Cz. 3

Traben-Trarbach. Cz. 4

Traben-Trarbach. Cz. 5

Most w Traben-Trarbach

Bez samochodu, ale z powodzią

Tak jak pisałam, miasteczko leży w dolinie rzeki. Z jednej strony jest to dla mnie dobre, bo nienawidzę zimy i śniegu. Tutaj zima jest taka jak w Polsce jesień i bardzo mi to odpowiada. Z drugiej strony w lecie jest strasznie duszno i parno. W upalne dni ledwo da się wytrzymać. Tak to jest w dolinie. Mówi się często, że mamy „dicke Luft” (ciężkie powietrze). Nic dziwnego, że wiele osób tutaj mówi o sobie, że są „wetterfühlig” (wrażliwy na zmianę pogody). Na dodatek pogoda jest bardzo zmienna. Nieraz jest tak, że idąc, co chwilę zamykam i otwieram parasol, bo co deszcz zacznie padać, to zaraz przestaje. Kiedy idę gdzieś na piechotę i świeci słońce, to i tak nigdy nie zapominam parasola, bo wiem, że za minutę mogą wyjść ciemne chmury i może lunąć deszcz. W lecie często są burze, częściej niż w Polsce. Nienawidzę tutaj lata i każdego roku nie mogę się doczekać, kiedy się skończy. Ogólnie nie znoszę słońca, dlatego cieszę się, że moja strona miasta jest mniej nasłoneczniona. Mieszkam w starym domu. W lecie jest to świetne, bo w środku jest chłodno.

Pisałam już o tym, że mój region jest regionem turystycznym. Co przyciąga tutaj turystów? Przede wszystkim wspaniałe widoki, rejsy statkiem po rzece, zamki nad Mozelą, szlaki wędrowne, liczne zabytki, piwnice na wino, które można zwiedzać. Poza tym wielu też pewnie fakt, że są tutaj same małe miasteczka i wsie. Nie ma wielkich miast i dla mnie jest to super, bo nie lubię dużych miast.

W zimie miasto zamiera. Mniej więcej pod koniec października zamykanych jest wiele lokali, restauracji, sklepów, lodziarnie. W marcu są ponownie otwierane na sezon. W sezonie, który trwa pół roku, jest w mieście bardzo dużo turystów. Z obcych języków słychać przede wszystkim niderlandzki, francuski i angielski. Muszę przyznać, że turyści okropnie działają mi na nerwy, bo chodzą po mieście jak święte krowy i większość uważa chyba, że zawsze mają pierwszeństwo przed samochodami i rowerami. Kiedy jadę rowerem, to nieraz muszę drastycznie zwalniać, żeby ktoś nie wszedł mi pod koła. Nigdy nie krzyczę „Vorsicht!”, bo nie wiem, czy ta osoba zna niemiecki, zawsze brzęczę dzwonkiem. Co roku oddycham z ulgą, kiedy sezon się kończy. Wiem oczywiście, że turyści to wielkie źródło dochodów dla regionu, ale i tak co roku jesienią się cieszę.

 

Turyści sprawiają również, że ceny w sklepach są wysokie. Jest w mieście kilka sklepów z ubraniami czy z różnymi pamiątkami, rzeczami do domu, ale nic tam nie kupuję, bo nie wydam przecież 150 euro na sukienkę. Dlatego ubrania kupuję tylko w Internecie. Tutaj robię zakupy tylko w supermarkecie.

Charakterystyczne w moim mieście i regionie jest to, że prawie wszędzie jest „Mittagspause”, czyli przerwa obiadowa. W godzinach południowych nie warto wybierać się do urzędu, na pocztę czy do wielu sklepów. Nieraz mnie to denerwuje, ale co poradzić. Ciekawe jest to, że 95% restauracji ma tzw. „Ruhetag”, czyli dzień odpoczynku, nawet w sezonie. W ten jeden dzień w tygodniu są one zamknięte. Podoba mi się to. W Polsce coś takiego byłoby chyba nie do pomyślenia – żeby zamykać lokal w szczycie sezonu na jeden dzień w tygodniu. Poza tym prawie każda restauracja czy sklep ma tzw. „Betriebsferien”, czyli przerwę urlopową. Wiąże się to z zamknięciem na 2 tygodnie. Z tego, co widzę, to jest to raz w roku, niektóre lokale robią takie przerwy 2 razy w roku. W Polsce chyba nie ma czegoś takiego. Wiele lokali robi takie przerwy w sezonie.

Ciekawe jest również to, że wielu Holendrów czy Anglików kupuje sobie w moim regionie „Ferienhaus” albo „Ferienwohnung”, żeby spędzać tu urlop. Na mojej ulicy jeden z takich domów mają Finowie. Dla mnie wszystko jest tu normalne, ale kiedy ktoś przyjeżdża nad Mozelę po raz pierwszy, to wszystko jest dla niego jak z bajki. Ciekawe jest również, że wielu Holendrów czy Anglików sprowadza się tutaj na starość. Moi przyjaciele Anglicy są emerytami i kupili dom w moim miasteczku, żeby spędzić tutaj starość. Wiem, że jest dużo takich osób.

Zdjęcia są mojego autorstwa. 

Rasizm w Niemczech. Cz. 1

Volksmusik: Judith und Mel

W przerwie pomiędzy postami o słowie „Haus” postanowiłam poruszyć temat niemieckiej muzyki ludowej,  czyli „Volksmusik„. Myślę, że Niemcy są do niej przywiązani o wiele bardziej niż Polacy do swojej. To pewnie dlatego, że moim zdaniem związek Niemców ze wszystkim, co pochodzi z ojczyzny, jest dosyć silny (przejawia się to np. w tym, że Niemcy częściej niż Polacy zwracają uwagę na to, czy kupowane jedzenie zostało wyprodukowane w kraju. Niedawno w sklepie elektronicznym natknęłam się na kogoś, kto chciał kupić telewizor wyprodukowany koniecznie w Niemczech, a jeszcze lepiej w regionie).

Przeboje muzyki ludowej są określane jako „Schlager” (der Schlager, die Schlager), jest to wbrew pozorom dosyć sztywne pojęcie oznaczające jeden rodzaj piosenek – właśnie ludowe hity, zawierające oczywiście elementy np. muzyki pop i opowiadające najczęściej o miłości czy o ojczyźnie. W Niemczech wykonawcy tej muzyki są często wielkimi gwiazdami. Muzyka ta jest zupełnie inna niż polska muzyka ludowa. Żeby lepiej to wyjaśnić, wspomnę dzisiaj o duecie Judith und Mel.

Judith i Mel Jersey są od 1969 roku małżeństwem, mają 2 córki. Nagrywanie swoich piosenek rozpoczęli w 1984 roku, wcześniej Mel pisał piosenki dla innych wykonawców. Od 1990 roku osiągali sukcesy na konkursie „Grand Prix der Volksmusik”. Tutaj przedstawiam przykład Volksmusik, piosenkę „Zwei Herzen schlagen wie eins„:

Judith und Mel – Zwei Herzen schlagen wie eins

Co myślicie o tej piosence? Dla jednych będzie to kicz, dla innych tradycja. W Niemczech prawie każda telewizja lokalna pokazuje programy z Volksmusik, praktycznie o każdej porze można jakiś znaleźć. Kilka dni temu w pracy mój szef oglądał sobie taki program, więc miałam po raz pierwszy od jakiegoś czasu okazję posłuchać maratonu hitów.

W serii o muzyce pojawią się na pewno kolejne posty, m.in. o tym, jak muzyka na przestrzeni lat odnosiła się do sytuacji społecznej.

Niemieckie marki: Ritter Sport

Niemieckie marki: Ritter Sport

Przypominam, że w sobotę rozstrzygnęłam konkurs. Zainteresowani mogą zaglądnąć do sobotniej notki.

Dziś nadszedł czas na kolejną znaną niemiecką markę, mianowicie Ritter Sport. Te czekolady niezmiennie kojarzą mi się z Niemcami. Pierwszy raz spróbowałam ich w kwietniu 2008 roku, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Niemcy. Charakterystyczne czekoladowe czekolady kojarzą się z Niemcami mojej rodzinie, gdyż zawsze przywożę je w prezencie i rodzina ma też ulubione smaki. Wiem, że można je kupić też w niektórych sklepach w Polsce, ale są dużo droższe i nie za bardzo się opłaca. Tutaj zawsze kupuję zapas dla rodziny, kiedy co jakiś czas są w moim supermarkecie na promocji. W ofercie znajdziemy tabliczki 100 g, 250 g oraz mini czekolady.

Charakterystyczne logo:

Historia Ritter Sport rozpoczyna się w 1912 roku, kiedy to Clara i Alfred E. Ritter założyli w Bad Cannstadt, części Stuttgartu,  fabrykę czekolady i wyrobów cukierniczych. W 1919 roku na rynek wprowadzono markę Alrika (za Alfred Ritter Cannstadt), gdyż czekolady produkowane przez fabrykę cieszyły się coraz większą popularnością. W 1926 roku firma miała już 80 pracowników i wtedy zakupiono pierwszy samochód dostawczy. W 1930 roku firma przeniosła swoją siedzibę do Waldenbuch, ponieważ w Stuttgarcie rozbudowa była niemożliwa. Pracownicy byli codziennie wożeni autobusem z Bad Cannstadt do Waldenbuch.

Rok 1932 oznacza narodziny słynnej kwadratowej czekolady. Podczas uroczystości rodzinnej Clara Ritter powiedziała: „Produkujmy czekoladę, która będzie pasowała do kieszeni każdej sportowej kurtki, nie łamiąc się, i która będzie miała taką samą wagę jak normalna tabliczka”. Propozycja spotkała się z akceptacją rodziny.

W czasie wojny, w 1940 roku, produkcja została wstrzymana. Kontynuowano ją ponownie od 1946 roku. Od 1950 roku nie było już żadnych ograniczeń w produkcji, ponieważ kakao było do dyspozycji w nieograniczonej ilości. W 1952 roku zmarł założyciel firmy, Alfred Eugen Ritter. Interes przejął jego syn, Alfred Otto. W 1959 roku zmarła zaś Clara Ritter.

W 1960 Alfred Otto Ritter zdecydował się na koncentrację na kwadratowych tabliczkach, usuwając powoli inne produkty z oferty. Tak pozostało do dzisiaj. Marka Ritter Sport rozwijała się z coraz większym sukcesem. W 1970 roku marka zdobyła uznanie w całych Niemczech, wprowadzając na rynek czekoladę o smaku jogurtu – wcześniej nikt tego nie zaproponował. Wtedy powstał również slogan reklamowy, który do dzisiaj widnieje na każdej tabliczce Ritter: „Quadratisch. Praktisch. Gut„. W 1972 roku udział Ritter w ogólnej sprzedaży czekolad przekroczył 10%. W 1974 Alfred Ritter zdecydował, że odtąd każdy rodzaj czekolady będzie miał swój charakterystyczny, żywy kolor opakowania. Tak jest do dziś.

W 1978 roku firma przeszła w ręce kolejnego pokolenia: Alfreda Theodora Rittera i jego siostry Marli Hoppe-Ritter. W 1982 roku na rynek weszły mini czekolady. W 1998 roku firma osiągnęła obroty ponad 0,5 miliarda niemieckich marek. Udział w rynku wynosił już 22%.

W 2001 roku otwarte zostało „Ritter Sport SchokoLaden” – centrum dla odwiedzających, gdzie można poznać sposoby produkcji czekolady. Obecnie czekolady Ritter są sprzedawane w ponad 70 krajach świata. W 2010 roku powstało w Berlinie „Bunte Schokowelt von Ritter Sport” – miejsce, gdzie na ponad 1000 metrach kwadratowych zainteresowani mogą przeżyć ciekawe połączenie, a mianowicie delektowania się czekoladą i rozrywką. Powstają tu też tabliczki czekolady na życzenie. W 2012 roku firma świętowała 100-lecie istnienia.

Bunte Schokowelt von Ritter Sport w Berlinie:

 

Tekst:

Historia firmy

„Wetten dass” i Samuel Koch

„Wetten dass” i Samuel Koch

Wielu z Was zapewne słyszało o wypadku na planie niemieckiego programu „Wetten dass”, który zdarzył się w 2010 roku. Dzisiaj chciałabym napisać o tym kilka słów.

„Wetten dass” to program na żywo wyświetlany w niemieckiej telewizji od 1981 roku. Cieszy się dużą popularnością. Kilka lat temu licencję na jego produkcję zakupiła polska telewizja. Z tego, co pamiętam, to polski tytuł brzmiał „Załóż się”, ale program nie osiągnął sukcesu. W Niemczech pokazuje go stacja ZDF (Zweites Deutsches Fernsehen).

W programie biorą udział ludzie, którzy zakładają się, że uda im się zrobić coś szczególnego. Poza tym znane osoby zakładają się o to, czy uczestnik odniesie sukces czy też nie – tak w skrócie wygląda koncepcja programu. Poza samymi zakładami można obejrzeć również występy muzyczne zaproszonych gwiazd czy też rozmowy z nimi. W programie często biorą udział gwiazdy światowego formatu, które akurat przebywają w Niemczech z promocją płyt czy filmów.

4 grudnia 2010 roku doszło na antenie do wypadku, o którym długo mówiło się w Niemczech. „Wetten dass” prowadził Thomas Gottschalk, bardzo znany prezenter i aktor. Dzięki „Wetten dass” stał się jeszcze bardziej popularny Można go kojarzyć również z reklam „Haribo” :

Właśnie tego dnia w programie brał udział 23-letni student aktorstwa Samuel Koch, który założył się o to, że uda mu się przeskoczyć przez 5 samochodów wykonując salta przy użyciu szczudeł do skakania. Nie wiem, jak te szczudła nazywają się po polsku, czy jest jakaś specjalna nazwa, ale na filmiku możecie zobaczyć, jak to wyglądało. Mniej więcej od 9 minuty można zobaczyć fragmenty programu mrożące krew w żyłach:

Wetten dass – 04.12.2010

Po raz pierwszy w historii program został przerwany. Stacja ZDF oczywiście sprawdziła potem, czy zostały dochowane wszelkie standardy bezpieczeństwa. Zewnętrzne kontrole wykazały, że producenci programu nie ponoszą winy. Samuel Koch ciężko się zranił, po wypadku opinia publiczna w Niemczech żywo interesowała się jego stanem. Tragizmu sytuacji dodaje, że samochodem, którego Samuel nie zdołał przeskoczyć, kierował jego ojciec. Niestety, młody człowiek do dzisiaj jest sparaliżowany, nie czuje nic od szyi w dół. Po wypadku ponad rok przebywał w klinikach. Obecnie angażuje się charytatywnie i kontynuuje studia aktorskie. Jego autobiografia „Zwei Leben” wydana w kwietniu 2012 roku była bestsellerem i została wyróżniona nagrodą „Goldener Kompass”. Autorem przedmowy jest Thomas Gottschalk.

Na oficjalnej stronie S. Kocha można więcej o nim poczytać:

Samuel Koch

Program „Wetten dass” został wznowiony w lutym 2011 roku. Wtedy to Thomas Gottschalk ogłosił swoją rezygnację z prowadzenia, ponieważ stwierdził, że po tym, co się stało, nie jest już w stanie prowadzić „Wetten dass” tak jak wcześniej.

Wypadek wywołał dyskusję na temat związku między ryzykiem a wskaźnikami oglądalności. Każdy ma na ten temat swoje zdanie, ja tylko wyrażę na koniec swoje: jestem przeciwko pokazywaniu w programach rozrywkowych sytuacji narażających uczestników na wypadek lub nawet na śmierć.

Zdjęcia:

Zdjęcie 1

Zdjęcie 2

Eau de Cologne

Eau de Cologne

Pojęcie „woda kolońska” słyszał chyba każdy, ale może nie każdy zna historię Eau de Cologne. Może nie każdemu przyszło na myśl, że pojęcie odnosi się właśnie do Kolonii.

Zapachy Johanna Marii Fariny (1685-1766) były sukcesem już w XVIII wieku: już cesarz Napoleon zawsze nosił ich flakonik w swoich butach z cholewami, a caryca Katarzyna Wielka kazała je sobie wysyłać do Rosji. Farina odnotował w 1766 roku: „Nie ma w Europie cesarza albo rodziny królewskiej, której bym nie zaopatrywał„.

Historia wody kolońskiej zaczęła się w 1708 roku, kiedy to Farina odnotował: „Znalazłem zapach, który przypomina mi włoski wiosenny poranek, górskie narcyzy, kwiaty pomarańczy krótko po deszczu„. Sześć lat później rozpoczął pracę w firmie swojego brata „G.B. Farina” w Kolonii. Rozszerzył wtedy asortyment firmy, która sprzedawała francuskie dobra luksusowe, właśnie o perfumy. Jego „Eau de Cologne” szybko została dużym sukcesem sprzedażowym. Zapach stał się popularny w całej Europie dzięki francuskim oficerom stacjonującym w Kolonii.

Wśród stałych klientów Fariny byli brytyjska królowa Victoria, król Bawarii Ludwik II oraz księżna Diana. Podczas II wojny światowej firma straciła wszystkich królewskich klientów. Mimo to sukces perfumy był długotrwały, co przyciągnęło wielu naśladowców. Z biegiem czasu z unikatowej nazwy „Eau de Cologne” powstało pojęcie rodzajowe „Kölnisch Wasser”.

Oryginał jest do dzisiaj produkowany przez „Johann Maria Farina gegenüber dem Jülichs-Platz” – to właściwa nazwa firmy. W domu, gdzie powstała „Eau de Cologne”, znajduje się dzisiaj „Farina Duftmuseum”

Tutaj strona internetowa firmy, gdzie można kupić oryginalną „Eau de Cologne”:

Farina 1709

Źródła:

Zdjęcia

Frau im Spiegel Royal, 2/2014