Z cyklu „znane osobistości”: Reinhold Messner

Z cyklu „znane osobistości”: Reinhold Messner

Jako miłośniczka himalaizmu i niespełniona himalaistka muszę oczywiście napisać o postaci Reinholda Meissnera. No ok, przyznaję się – „niespełniona himalaistka” to może źle powiedziane, bo mam paniczny lęk wysokości i boję się wyjść nawet na balkon, ale w snach zdobywam Mount Everest. Zimą oczywiście, a nie latem (dla niezorientowanych – zimą jest trudniej).

Przechodzę jednak do rzeczy.

Reinhold Messner urodził się 17 września 1944 roku w południowym Tyrolu, czyli niemieckojęzycznej części Włoch. Miał 7 braci i siostrę. Jego języki ojczyste to niemiecki i włoski. Już jako dziecko chciał zostać wspinaczem wszechczasów i udało mu się to. Jest nie tylko wspinaczem, ale i działaczem społecznym oraz politykiem. Dzieciństwo miał smutne, gdyż był bity przez ojca, który nauczał w miejscowej szkole, a prywatnie interesował się wspinaczką. Reinhold razem ze swym bratem, Güntherem, uciekał w góry, gdzie czuł się bezpiecznie. Już jako nastolatek przeszedł wiele trudnych górskich dróg, a jako 18-latek miał za sobą trudne wspinaczki w Dolomitach.

Messner wprowadził alpejski styl wspinania – chodziło o zabieranie ze sobą jak najmniejszej ilości rzeczy. Często zabierał ze sobą tylko linę i kilku haków, innym razem tylko mały plecak. Nie będę tu opisywać wszystkich jego osiągnięć, gdyż myślę, że może to być ciekawe głównie dla osób interesujących się wspinaczką. Wspomnę tylko, że zanim skończył 20 lat, miał za sobą przejście około 500 dróg we wschodnich Alpach.

W 1971 roku uzyskał tytuł inżyniera na Uniwersytecie w Padwie.

W 1969 roku zaczął wspinać się w góry wysokie i tutaj zaczyna się to, co jest najbardziej interesujące. W 1970 roku rozpoczął wspinanie się w górach Pamir, Hindukusz, Karakorum i w Himalajach. Zaraz na samym początku spotkała go jednak tragedia. Został zaproszony przez niemiecką wyprawę na wspinaczkę na ścianę Rupal góry Nanga Parbat, która to ściana do tej pory pozostawała niezdobyta. Podczas schodzenia ścianą Diamir zastała ich burza śnieżna i przez 4 dni nie mogli schodzić dalej. Reinhold wyprzedził brata i czekał na niego na dole. Günther jednak się nie pojawiał, dlatego Reinhold rozpoczął jego poszukiwania, odnalazł jednak tylko ślad po lawinie, która porwała Günthera. Przez kolejne 35 lat poszukiwał jego ciała i był atakowany przez współtowarzyszy wyprawy, którzy sądzili, że pozostawił brata na ścianie Rupal, sam schodząc po ścianie Diamir. W 2005 roku odnaleziono ciało Günthera i Reinhold został oczyszczony z zarzutów.

Po powrocie lekarze amputowali mu 7 palców. Trudniejsze od tego była dla niego śmierć ukochanego brata.  Zrozumiał wtedy, że śmierć jest praktycznie nieodłącznym elementem wspinaczki wysokogórskiej (wystarczy wspomnieć, że większość wybitnych himalaistów zginęła w górach). Ta tragiczna wyprawa była równocześnie punktem, kiedy to Messner postanowił zdobyć Koronę Himalajów, czyli wszystkie 14 ośmiotysięczników. Żeby zrozumieć, jak wielkie jest to osiągnięcie, trzeba interesować się himalaizmem. Zajęło mu to 16 lat (1970-1986). Warto w tym momencie nadmienić, że polski himalaista, Jerzy Kukuczka, ścigał się z Messnerem. Kukuczka jako drugi człowiek to osiągnął, zajęło mu to jednak tylko 8 lat. Dużym osiągnięciem Messnera było zdobycie Mount Everest bez użycia tlenu (1978). Po zdobyciu ośmiotysięczników wyruszał w różne rejony świata na wyprawy eksploracyjno-podróżnicze.

Po tym jak przestał czynnie uprawiać wspinaczkę, zajął się polityką. W latach 1999-2004 zasiadał w Parlamencie Europejskim z ramienia Federacji Zielonych. Następnie zajął się projektem „MMM”, czyli „Messner Mountain Museum”. W 2006 muzeum zostało otwarte w zamku Sigmundskron koło Bozen, następnie w kilku innych miejscowościach.

Dzisiaj Messner zajmuje się wygłaszaniem odczytów i prelekcji. Z rodziną mieszka w zamku Juval (pd. Tyrol), hoduje jaki i prowadzi własną winnicę.

Swoje wyprawy opisał w ok. 50 książkach.

Messner po zdobyciu ostatniego ośmiotysięcznika – Lhotse (1986)

Reinhold Messner dziś

Źródła:

Tekst i zdjęcia

Oficjalna strona:

http://www.reinhold-messner.de/

Film o tragicznej wyprawie na Nanga Parbat:

„Das Drama um G. Messner”

Z cyklu „znani Niemcy”: Wilhelm Conrad Röntgen

Z cyklu „znani Niemcy”: Wilhelm Conrad Röntgen

Wielu z nas zapewne miało robione zdjęcia rentgenowskie. A komu zawdzięczamy to, że diagnostyka medyczna w ten sposób jest w ogóle możliwa? Zapraszam do czytania. 

Wilhelm Conrad Röntgen urodził się w 1845 roku w Lennep w Niemczech. Był jedynakiem. Z powodów ekonomicznych rodzina przeniosła w 1848 roku do Apeldoorn w Holandii. W latach 1861-1863 Röntgen uczęszczał do technicznej szkoły w Utrecht. Został z niej wyrzucony, gdyż omyłkowo uznano go za autora karykatury jednego z nauczycieli. 23 listopada 1864 roku rozpoczął studia na Eidgenössische Technische Hochschule Zürich (Politechnika Federalna, w skrócie ETH). Było to możliwe, gdyż nie wymagano tam wcześniejszych dyplomów, lecz jedynie egzaminu wstępnego. W 1868 roku otrzymał dyplom inżyniera budowy maszyn, w 1869 uzyskał tytuł doktora na uniwersytecie w Zurychu. 

Od 1870 roku pracował w Würzburgu jako asystent Augusta Kundta (znany niemiecki fizyk) i opublikował tam pierwszą rozprawę naukową. W 1872 poślubił Annę Berthę Ludwig, w 1874 otrzymał na Uniwersytecie Strasburg habilitację. Uniwersytet Würzburg odmówił mu habilitacji ze względu na to, że nie miał matury. Od 1875 roku pracował jako profesor nadzwyczajny na Akademii Rolniczej w Hohenheim, następnie był profesorem fizyki w Strasburgu. W otrzymaniu tego stanowiska pomógł mu A. Kundt.  Od 1879 pracował w Gießen. W 1887 roku małżeństwo Wilhelma i Anny Röntgenów zaopiekowało się córką jej brata, Josephine Berthą, którą później adoptowali.

Następnie Röntgen  powrócił do Würzburga, gdzie w 1888 został mianowany profesorem fizyki eksperymentalnej, 5 lat później został rektorem uniwersytetu. „Promienie X” zostały przez niego odkryte właśnie tutaj, 8 listopada 1895 roku. Potem określano je właśnie jako promienie rentgenowskie. W wielu językach przyjęła się właśnie ta nazwa, po polsku również, podczas gdy np. po angielsku nie. 22 grudnia 1895 roku Röntgen  zrobił w ten sposób zdjęcie dłoni swojej żony, na którym doskonale widoczne były kości i obrączka. Do tej pory ukryte części ludzkiego ciała w końcu były widoczne. Prześwietlenie trwało ponad 20 minut. Długo, prawda? Szkodliwość zbyt długiego czy zbyt częstego prześwietlania nie była wtedy znana i kosztowała życie wielu osób. 

Od 1900 pracował na uniwersytecie Monachium. W 1901 roku otrzymał nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki właśnie za odkrycie promieni. Nagrodę pieniężną ofiarował uniwersytetowi Würzburg. Zrezygnował z opatentowania swojego odkrycia, uzasadniając to w ten sposób, że jego odkrycie służy ogółowi i prawa do niego nie powinny być zastrzeżone jednemu przedsiębiorstwu. Dzięki rezygnacji z patentu odkrycie szybko mogło być zastosowane w medycynie. 

W 1919 roku zmarła jego żona, a rok później przeszedł na emeryturę. Zmarł w 1923 roku na raka jelita. Niestety w testamencie zaznaczył, że jego naukowe zapiski mają być zniszczone, a to życzenie spełnili jego przyjaciele. Z tego powodu zachowane są nieliczne zapiski. 

Röntgen był introwertykiem, uchodził za człowieka skromnego i sprawiedliwego. Także wobec swojej żony był milczący. Lubił góry, chętnie wędrował. 



Źródła:

Zdjęcie 1

Tekst 1

Tekst 2

Z cyklu „znani Niemcy”: Alois Alzheimer

Z cyklu „znani Niemcy”: Alois Alzheimer

Każdy słyszał określenie „choroba Alzheimera”. Dzisiaj napiszę o człowieku, od którego nazwiska pochodzi nazwa choroby. Strasznie mnie denerwuje, kiedy w potocznym języku słyszę to określenie, tzn. kiedy ktoś o czymś zapomni i usłyszy „ty chyba masz Alzheimera”. Podobnie jak „on jest chyba upośledzony umysłowo” itp. Zawsze zastanawiam się, co czują ludzie, którzy słyszą takie nieprzemyślane słowa, a mają w rodzinie kogoś chorego i muszą się z tym zmagać na co dzień.

Ale do rzeczy. Alois Alzheimer urodził się 14 czerwca 1864 roku w Marktbreit (Bawaria). Był psychiatrą i neuropatologiem, a także profesorem psychiatrii Uniwersytetu Wrocławskiego. Medycynę studiował w Berlinie, Tybindze i Würzburgu. W 1887 roku otrzymał dyplom lekarza medycyny i przedstawił swoją dysertację doktorską.

W 1889 roku rozpoczął pracę w zakładzie psychiatrycznym „Städtische Anstalt für Irre und Epileptische” we Frankfurcie. Nieco zrewolucjonizował jego funkcjonowanie. Chyba każdy nas czytał/słyszał o nieco brutalnym jak na dzisiejsze standardy traktowaniu pacjentów szpitali psychiatrycznych w tamtych czasach. Alzheimer wspólnie z neurologiem Franzem Nisslem wprowadził zasadę polegającą na unikaniu środków przemocy, np. kaftanów bezpieczeństwa albo karmienia na siłę. Niektórzy pacjenci mogli swobodnie poruszać się po zakładzie i brać udział w wycieczkach. W 1902 roku Alzheimer rozpoczął pracę w Heidelbergu, potem pracował w Monachium. Nadal współpracował z F. Nisslem. W 1912 roku został kierownikiem Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zmarł w wieku zaledwie 51 lat, kiedy to gwałtownie podupadł na zdrowiu. Dręczyły go niewydolność nerek, wada serca i duszności. Zmarł 19 grudnia 1915 roku we Wrocławiu, a pochowany został we Frankfurcie obok swojej żony (z którą miał troje dzieci).

A skąd wzięła się nazwa „choroba Alzheimera”?

25 listopada 1901 roku A. Alzheimer poznał nową pacjentkę, 51-letnią Auguste Deter. Do zakładu psychiatrycznego we Frankfurcie została ona przywieziona przez swojego męża, który zauważył w ostatnim czasie duże zmiany w jej zachowaniu. Jego żona zrobiła się zazdrosna, zapominała, jak wykonywać podstawowe czynności w domu, chowała rzeczy i nie potrafiła ich odnaleźć, czuła, że ktoś ją śledzi. Po rozmowie z nią Alzheimer orzekł, że pacjentka udziela odpowiedzi, które nie mają związku z pytaniem. Poza tym nie ma orientacji czasoprzestrzennej i nie pamięta szczegółów z życia. Jej nastroje bardzo często się zmieniały. Nie mogła swobodnie poruszać się po zakładzie. Miała również zaburzenia mowy oraz kłopoty z utrzymaniem higieny.

Auguste Deter nie była pierwszą pacjentką z takimi objawami, jaką spotkał Alzheimer. Inni pacjenci mieli jednak przeważnie ponad 70 lat. Dlatego właśnie jej poświęcił dużo uwagi. Przeprowadził z nią wiele rozmów, podczas których powtarzała „ach Gott” („o Boże”). Pewnego razu powiedziała „ich habe mich sozusagen selbst verloren” („poniekąd sama się zgubiłam”).

Alzheimer co prawda nie pracował długo we Frankfurcie, ale nadal interesował się pacjentką i dowiadywał się o jej stan zdrowia. Zmarła ona 9 kwietnia 1906 roku w wyniku zakażenia krwi. Na prośbę Alzheimera przesłano mu do Monachium jej historię choroby, a także jej mózg. W badaniu mikroskopowym stwierdzono rozległe zwyrodnienie komórek nerwowych. Chorobę lekarz określił jako „Krankheit des Vergessens” („choroba zapominania”). Nazwa „choroba Alzheimera” została po raz pierwszy używa przez Emila Kraepelina w 1910 roku, natomiast oficjalnie przyjęta została w 1967 roku na kongresie lekarzy w Lozannie.

To jednak nie wszystkie zasługi Alzheimera. Psychiatria zawdzięcza mu też opis symptomatologii miażdżycy, otępienia starczego, jego odmian oraz delirium.

Alois Alzheimer

Auguste Deter

Źródła:

Tekst 1

Zdjęcia

Tekst 2

Glücksbringer – co przynosi w Niemczech szczęście?

Glücksbringer – co przynosi w Niemczech szczęście?

Dzisiaj napiszę kilka słów o rzeczach, które w Niemczech uznawane są za talizmany przynoszące szczęście i które uchodzą za symbole szczęścia. Osobiście nie wierzę w coś takiego, uznaję raczej za formę zabawy. Jedynie horoskopy czytam, ale tylko wtedy, kiedy jestem w dołku i szukam pocieszenia.

der Glücksbringer – talizman 

der Glückspilz – szczęściarz

der Glückspfennig – fenig przynoszący szczęście. W czasach euro musiałby to być tak właściwie cent, ale nikt nie myśli o zmianie. Dosyć znane jest niemieckie powiedzenie: „Wer den Pfennig nicht ehrt, ist des Talers nicht wert” – „Kto nie szanuje feniga, nie jest wart talara”. 1 marka niemiecka składała się ze 100 fenigów.

das Hufeisen – podkowa. Jako talizman chronić ma dom. Nie może być kupiona, powinna być znaleziona. Zawiesza się ją nad drzwiami wejściowymi do domu.

der Schornsteinfeger (der Kaminkehrer) – kominiarz. Uchodzi w Niemczech za symbol szczęścia, gdyż wcześniej w Nowy Rok to właśnie kominiarz wychodził pierwszy na ulice i gratulował ludziom z okazji nowego roku.

der Marienkäfer – biedronka. Pierwotnie uchodziła za posłańca z nieba Matki Boskiej, chroniła dzieci i chorych, kiedy do nich podleciała. Nigdy nie powinno było się jej strącać lub zabijać, gdyż przyciągało to nieszczęście.

das Glücksschwein – świnka przynosząca szczęście. Szczególnie popularne są świnki z marcepanu, które można kupić tu w prawie każdym supermarkecie. Świnia uchodzi za symbol płodności oraz za znak bogactwa i dobrobytu. Powiedzenie „Schwein haben” oznacza „mieć szczęście”.

das vierblättrige Kleeblatt – czterolistna koniczyna. Koniczyna ma zwykle oczywiście trzy liście, więc bardzo trudno jest znaleźć czterolistną. Mi udało się to tylko raz w życiu. Istnieje legenda, która mówi o tym, że przepędzona z raju Ewa zabrała z niego jedną czterolistną koniczynę. Koniczyna jest też dlatego symbolem raju.

Zdjęcia:

Zdjęcie 1

Zdjęcie 2

Zdjęcie 3

„Der Vorleser” – o filmie i książce

„Der Vorleser” – o filmie i książce

Domyślam się, że każdy słyszał o słynnej książce Bernharda Schlinka „Der Vorleser” (1995), czyli w polskim tłumaczeniu „Lektor”. Książka ponownie rozpętała dyskusję na temat odpowiedzialności za zbrodnie popełniane przez młode kobiety w czasach II wojny światowej – chodzi tu przede wszystkim o strażniczki w obozach koncentracyjnych. Do tej pracy wybierano młode kobiety, które chciały dobrze zarobić i które na początku zwykle nie zdawały sobie sprawy z tego, na czym będzie polegała ich praca. Po zakończeniu wojny większość z nich stanęła przed sądami, broniąc się w ten sposób, że przecież wykonywały tylko rozkazy przełożonych i że chciały dobrze wykonywać swoją pracę.

Jeśli ktoś z Was nie zna tej problematyki, to polecam lekturę świetnego, bardzo ciekawego artykułu na portalu interia.pl pt. „Nazistowskie zbrodniarki wojenne: Jak stały się bestiami?”:

Nazistowskie zbrodniarki wojenne: Jak stały się bestiami?

 Historia jednej z takich kobiet opisana jest w książce „Der Vorleser”. Do fabuły dochodzi tu aspekt romansu dojrzałej kobiety z młodym chłopcem, tak właściwie jeszcze nie mężczyzną. Motyw takiego romansu znajduje się jeszcze np. w powieści „Die Entdeckung der Currywurst” Uwe Timma (która również została zekranizowana).

W powieści „Der Vorleser” aspekt romansu nie wysuwa się jednak na pierwszy plan. Najważniejszy zdaje się tu być motyw odpowiedzialności i kary za zbrodnię. O tym, że główna bohaterka, Hanna Schmitz, pojmuje wreszcie swój błąd, świadczy fakt, że po tym jak nauczyła się czytać, w więzieniu czyta książki o obozach koncentracyjnych i w końcu karze samą siebie za to, co zrobiła.

Zwiastun amerykańskiego filmu „The reader” (2008), ekranizacji książki (w reżyserii Stephena Daldry’ego):

The Reader

 I tu chciałabym krótko opisać, co myślę o tym filmie:

1. Hollywood zrobiło z książki Schlinka love story. W filmie zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan aspekt romansu, co jest oczywiście niesłuszne. Kiedy główna bohaterka popełnia w filmie samobójstwo, widzimy, że stoi na książkach, na których grzbietach czytamy m.in. słowo „love”. Stąd wniosek, że zabija się z powodu nieszczęśliwej miłości. A to zdecydowanie koliduje z powieścią. Znając Hollywood, nie dziwi mnie jednak, że powieść przerobiono na love story. Dziwi mnie jednak zgoda Schlinka na taką ekranizację i pozwala przypuszczać, że chodziło w tym wszystkim o pieniądze.

2. Głupie zdaje mi się to, że w filmie, który jest przecież po angielsku, aktorzy mówią z niemieckim akcentem. Po co? Nie rozumiem sensu tego zabiegu. Jeśli już reżyser chciał udowodnić, że akcja dzieje się w Niemczech, trzeba było nakręcić film po niemiecku.

3. Kate Winslet, która zagrała Hannę Schmitz, powinna była dostać Oscara za jedną z innych swoich dobrych kreacji, bo przecież tak wiele ich było, a nie za kiepską ekranizację. Zresztą w wywiadach, których  udzielała w ramach promocji filmu, sama przyznawała, że w ramach przygotowania do roli skupiała się na analfabetyzmie, a nie na zbrodniach nazistowskich. Być może nawet nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodziło.

4. W poprzednim punkcie napisałam „kiepska ekranizacja” właśnie dlatego, że jest to kiepska ekranizacja, a nie kiepski film. Film byłby jak najbardziej w porządku, gdyby nie była to ekranizacja książki. Dlatego może on się podobać przede wszystkim tym widzom, którzy nie czytali powieści.

5. Trzeba oczywiście docenić jak zwykle świetną rolę Ralpha Fiennesa – jednego z moich ulubionych aktorów. Zagrał on m.in. w „Liście Schindlera” Stevena Spielberga, o której napiszę niedługo.

6. Na koniec mogę powiedzieć, że mimo wszystko polecam ten film. Najpierw należy jednak przeczytać książkę. Inaczej nie będziecie wiedzieć, o co tak naprawdę chodzi w powieści Bernharda Schlinka.

„Der Vorleser” – o filmie i książce

Stille Nacht, heilige Nacht

Kolęda „Cicha noc” („Stille Nacht„) jest chyba najbardziej znaną kolędą na świecie, a pochodzi z Austrii. Po raz pierwszy wykonano ją w 1818 roku podczas pasterki w Oberndorf bei Salzburg. Autorem słów był Joseph Mohr, a melodii Franz Xaver Gruber. Kolęda doczekała się tłumaczeń na ponad 300 języków i dialektów.

Tekst pierwotnie był wierszem, powstał w 1816 roku. Joseph Mohr był wtedy wikarym w Mariapfarr w landzie Salzburg, następnie w nowej parafii św. Mikołaja w Oberndorf bei Salzburg. Wtedy to zaproponował F. Gruberowi napisanie muzyki. Gruber był organistą. Melodia powstała 24 grudnia 1818 roku i jeszcze tego samego dnia kolęda została zaśpiewana podczas pasterki. Według samego Grubera kolęda była „prostą kompozycją„, jednak na tyle spodobała się parafianom, że szybko stała się znana w całej okolicy. Królewska kapela dworska w Berlinie wysłała w 1854 roku do Salzburga list z zapytaniem o genezę kolędy. Wtedy to Franz Gruber opisał jej powstanie. Oryginalny zapis nutowy zaginął, zachował się jednak rękopis wiersza J. Mohra.

Kolęda powstała w trudnych czasach: wojny napoleońskie właśnie się zakończyły, na Kongresie wiedeńskim został ustanowiony nowy porządek Europy. Księstwo Salzburg straciło wtedy swoją niezależność i zostało zeświecczone. Część księstwa przyłączyła się w 1816 do Bawarii, większa część do Austrii. Oberndorf bei Salzburg, gdzie kolęda została wykonana po raz pierwszy, zostało oddzielone od swojego centrum miejskiego w Laufen (dzisiaj Bawaria). Rzeka Salzach została granicą państwową. To ona przez stulecia była podstawą dobrobytu w Laufen (dzięki transportowi soli). Żegluga, szyperzy, budowniczy statków i w związku z tym cała miejscowość mieli przed sobą ciężkie czasy. Wtedy Joseph Mohr przybył do Oberndorf i pozostał tam w latach 1817-1819. Miejscowość Mariapfarr, gdzie żył wcześniej, miała po wymarszu bawarskich wojsk okupacyjnych spore trudności. Właśnie w tych czasach powstała kolęda wyrażająca tęsknotę za pokojem, co jest widoczne szczególnie w czwartej strofie.

Pierwotnie kolęda miała 6 strof, dzisiaj są śpiewane strofy 1, 2 i 6.

W Austrii istnieje nawet towarzystwo „Świętej nocy” – „Stille Nacht Gesellschaft”.

Oryginalny tekst: 

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Alles schläft. Einsam wacht
Nur das traute heilige Paar.
Holder Knab’ im lockigten Haar,
Schlafe in himmlischer Ruh!
Schlafe in himmlischer Ruh!


Stille Nacht, heilige Nacht!
Gottes Sohn, o wie lacht
Lieb aus deinem göttlichen Mund,
Da uns schlägt die rettende Stund,
Christ, in deiner Geburt,
Christ, in deiner Geburt.


Stille Nacht! Heilige Nacht!
Die der Welt Heil gebracht,
Aus des Himmels goldenen Höh’n
Uns der Gnade Fülle läßt seh’n
Jesum in Menschengestalt!
Jesum in Menschengestalt!

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Wo sich heut alle Macht
Väterlicher Liebe ergoß
Und als Bruder huldvoll umschloß
Jesus die Völker der Welt!
Jesus die Völker der Welt!

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Lange schon uns bedacht,
Als der Herr vom Grimme befreyt,
In der Väter urgrauer Zeit
Aller Welt Schonung verhieß!
Aller Welt Schonung verhieß!

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Hirten erst kundgemacht
Durch der Engel „Halleluja!“
Tönt es laut bey Ferne und Nah:
„Jesus der Retter ist da!“
„Jesus der Retter ist da!“
Dzisiaj śpiewana wersja:
Stille Nacht, heilige Nacht!
Alles schläft, einsam wacht
Nur das traute, hochheilige Paar.
Holder Knabe im lockigen Haar,
Schlaf in himmlischer Ruh,
Schlaf in himmlischer Ruh.


Stille Nacht, heilige Nacht!
Gottes Sohn, o wie lacht
Lieb aus deinem göttlichen Mund,
Da uns schlägt die rettende Stund,
Christ, in deiner Geburt,
Christ, in deiner Geburt.


Stille Nacht, Heilige Nacht!
Hirten erst kundgemacht,
Durch der Engel Halleluja.
Tönt es laut von fern und nah:
Christ, der Retter ist da,
Christ, der Retter ist da!

Tu znalazłam ładne wersje kolędy po niemiecku do posłuchania:

Źródła:

Stille Nacht Gesellschaft

Cicha noc

Stille Nacht, heilige Nacht

„Der Vorleser” – o filmie i książce

Wir sagen euch an den lieben Advent

„Wir sagen euch an den lieben Advent” to jedna z moich ulubionych piosenek śpiewanych w okresie adwentu. U mnie w kościele śpiewa się ją w każdą niedzielę adwentu na początku mszy: w pierwszą niedzielę jedną zwrotkę, w drugą dwie zwrotki itd.

Tu video z wykonaniem tej pięknej piosenki:

Wir sagen euch an den lieben Advent

I inny przykład:

Wir sagen auch an den lieben Advent

Wir sagen euch an den lieben Advent
Sehet, die erste Kerze brennt!
Wir sagen euch an eine heilige Zeit.
Machet dem Herrn den Weg bereit!
Freut euch, ihr Christen! Freuet euch sehr.
Schon ist nahe der Herr.
Wir sagen euch an den lieben Advent.
Sehet, die zweite Kerze brennt.
So nehmet euch eins um das andere an,
wie auch der Herr an uns getan!
Freut euch, ihr Christen! Freuet euch sehr.
Schon ist nahe der Herr. 
Wir sagen euch an den lieben Advent.
Sehet, die dritte Kerze brennt.
Nun tragt eurer Güte hellen Schein
weit in die dunkle Welt hinein.
Freut euch, ihr Christen! Freuet euch sehr.
Schon ist nahe der Herr.
Wir sagen euch an den lieben Advent.
Sehet, die vierte Kerze brennt.
Gott selber wird kommen, er zögert nicht.
Auf, auf, ihr Herzen, werdet licht.
Freut euch, ihr Christen! Freuet euch sehr.
Schon ist nahe der Herr.
Królowa Sylwia

Królowa Sylwia

Dzisiaj chciałabym napisać o bardzo znanej Niemce, mianowicie o królowej Szwecji Sylwii. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że żona króla Szwecji, Karola XVI Gustawa, jest Niemką. Podziwiam królową Sylwię za jej działalność charytatywną, za jej skromność i elegancję, dlatego chciałabym ją krótko przedstawić.

Zdjęcie: royalcourt.se

Zdjęcie: daserste.ndr.de

Zdjęcie: wikipedia.de

Królowa Sylwia urodziła się 23 grudnia 1943 roku w Heidelbergu jako Silvia Renate Sommerlath. Jej ojciec Walther był Niemcem, natomiast matka Alice pochodziła z Brazylii. W latach 1947-1957 rodzina mieszkała w Sao Paulo w Brazylii, następnie powróciła do Niemiec. W latach 1965-1969 Silvia uczęszczała do monachijskiego instytutu dla tłumaczy. Obok niemieckiego i szwedzkiego zna również francuski, hiszpański, portugalski, angielski oraz szwedzki język migowy.

Silvia Sommerlath spotkała następcę tronu Szwecji w 1972 roku podczas igrzysk olimpijskich w Monachium, gdzie była hostessą i tłumaczką oraz miała kontakt z VIP-ami, w tym ze szwedzkim księciem Karolem Gustawem. W tym czasie książę był następcą tronu – miał go objąć bezpośrednio po swoim dziadku (ojciec Karola Gustawa, książę Gustaw Adolf, zginął tragicznie w wypadku lotniczym, kiedy Karol Gustaw miał zaledwie dziewięć miesięcy). Król Gustaw VI Adolf, nie zgadzał się jednak na małżeństwo wnuka ze „zwykłą” kobietą. Był przeciwny wiązaniu się członków rodziny królewskiej ze zwykłymi śmiertelnikami i nawet nie rozważał takiej możliwości dla swojego wnuka – przyszłego króla Szwecji.

W 1973 roku Karol Gustaw został królem Szwecji. Gdyby poślubił osobę z innego stanu jako książę, to straciłby prawo do tronu. Jako król mógł poślubić, kogo chciał. Prawo dot. małżeństw nie obowiązywało rządzącego monarchy. Zaręczyny zostały ogłoszone 12 marca 1976 roku, natomiast ślub odbył się 19 czerwca tego samego roku. Tego dnia Sylwia stała się królową Szwecji.

Zdjęcie: daserste.ndr.de

W 1999 roku królowa założyła World Childhood Foundation, która pomaga niepełnosprawnym i pokrzywdzonym przez los dzieciom. Jest patronką 62 organizacji. W pobliżu zamku Drottningholm założyła „Silviahemmet” – dom opieki dla osób chorych na demencję. Poza tym królowa Sylwia wypełnia liczne obowiązki reprezentacyjne. W 2011 roku została odznaczona polskim Orderem Orła Białego.

Para królewska ma troje dzieci: księżniczkę korony Wiktorię, następczynię tronu, księcia Karola Filipa oraz księżniczkę Madeleine.

Rodzina królewska Szwecji: książę Carl Philip, księżniczka Madeleine, król Karol XVI Gustaw, królowa Sylwia, księżniczka korony Wiktoria, książę Daniel (mąż Wiktorii), Christopher O’Neill (mąż Madeleine)

W Niemczech królowa Sylwia jest bardzo lubiana. Stosunkowo często odwiedza Niemcy, poza tym bardzo często można zobaczyć ją tu na okładkach czasopism. Chyba nie ma nikogo, kto by jej nie kojarzył.

15 września król Karol XVI Gustaw świętował 40-lecie panowania:

Zdjęcia: daserste.ndr.de

Tu jeszcze krótki filmik z biografią królowej po niemiecku:

http://www.youtube.com/watch?v=riPwuepPuxg

Galeria zdjęć:

Bildergalerie

Traben-Trarbach. Cz. 5

Traben-Trarbach. Cz. 5

Dzisiaj ostatnia porcja zdjęć mojego miasteczka. Tak jak już wspominałam, bardzo je lubię. Jest tu kameralnie, bezpiecznie i czysto. Kameralnie nie jest może tylko w sezonie, kiedy jest dużo turystów. Wtedy nie jest łatwo przejść przez centrum miasta. Teraz trwa sezon i od razu to widać.

Nie lubię też wąskich uliczek. Najgorzej jest, kiedy ciężarówki przejeżdżają przez miasto. Wtedy od razu robi się swoistego rodzaju korek. Nie ma żadnego objazdu czy obwodnicy. Na szczęście na Mozeli jest budowany drugi most, żeby trochę odciążyć miasto. Będzie gotowy w 2016.

To, czego nie lubię, to również brak publicznych środków transportu. Jakieś tam autobusy są, ale rzadko jeżdżą. Osoba, która nie ma samochodu, zdana jest na własne nogi. Ja zawsze chodzę wszędzie na piechotę. Przez to wiele możliwości jest dla mnie zamkniętych. Ludzie zawsze się dziwią, jak żyję tutaj bez samochodu. No cóż, ja też się dziwię. Problem jest jednak taki, że nie mam prawa jazdy i nie mam czasu go zrobić. Teraz już nawet nie chcę, bo się przyzwyczaiłam. Kiedy prowadziłam kurs polskiego w mieście oddalonym o 22 km, to musiałam wyjść z mieszkania o 15:00, a kurs zaczynał się o 18:00. Musiałam jednak dojechać tam pociągiem z jedną przesiadką, a potem jeszcze dotrzeć autobusem do celu. Nie mówiąc już o tym, że byłam w domu bardzo późno. Nieraz czekałam na dworcach, kiedy pociągi się spóźniały. Dlatego zawsze mam przy sobie książkę, którą wtedy czytam. Pod względem przemieszczania się nie jest łatwo, ale przyzwyczaiłam się i nic mnie nie zatrzyma.

Gdy kiedyś miałam jeszcze czas, to lubiłam siedzieć nad rzeką i obserwować ptaki. Teraz już nie mam takiej możliwości, bo mam za dużo pracy. Tak właściwie mam kilka prac, więc nie zostaje mi ani minuta wolnego czasu.

Przyjechałam do tego miasta tylko na rok i nie spodziewałam się, że zostanę tutaj tak długo i że właśnie tu siebie odnajdę. Że osiągnę to, co było jednym z moich celów życiowych, czyli niezależność i możliwość decydowania o sobie. Mam taką osobowość, że muszę o wszystkim decydować sama. Nie dam sobie niczego narzucić. Ja decyduję, kiedy pracuję. Cieszę się, że ten stan osiągnęłam w wieku 27 lat. Cudowna jest świadomość, że już nic nie muszę. Robię tylko to, czego chcę. Nie muszę pracować od 8:00 do 16:00.

Nie wiem, ile jeszcze tu zostanę. Może pół roku, a może 5 lat, ale na pewno zawsze będę wspominać to miasteczko z wielkim sentymentem.

 

Traben-Trarbach. Cz. 4

Traben-Trarbach. Cz. 4

Już kiedyś pisałam, co lubię, a czego nie lubię w moim mieście. Tu tak naprawdę wszystko jest napisane:

Bez samochodu, ale z powodzią

Moje życie tutaj jest bardzo zabawne (na różne sposoby), szybkie i szalone. I pomyśleć, że zawsze byłam domatorką, która chciała zostać z rodzicami i nigdy nie planowała wyprowadzki z rodzinnego domu. Wszystko było takie nieoczekiwane, było tyle szczęśliwych przypadków.

Jestem straszną pracoholiczką. Jeszcze nigdy nie zrobiłam urlopu i nie mam takiego zamiaru. Nawet kiedy odwiedzam moją rodzinę, to pracuję. Nie umiem inaczej. Wiem, że to źle, ale kiedy mam godzinę wolną, to znajduję sobie coś do roboty. Zawsze coś się znajdzie, o to nietrudno.

Mam naprawdę dużo pracy. Oprócz mojej działalności zawodowej wykonuję również drugi zawód, którego uczę się od pół roku. Poza tym cały czas chcę się rozwijać. Dlatego uczę się francuskiego. Chciałabym robić wiele innych rzeczy, ale doba jest na to wszystko za krótka. Poza tym cały czas pomagam Polakom, którzy mnie znają. Są to osoby w większości wcale albo bardzo kiepsko znające niemiecki. Praktycznie codziennie idę z kimś do urzędu, do lekarza, wykonuję w czyimś imieniu telefony, załatwiam coś za kogoś albo tłumaczę. W większości nie dostaję za to pieniędzy, ale jeśli ktoś potrzebuje mojej pomocy, to nigdy nie odmawiam. Przykładowo dzisiaj: rano byłam w szkole oddać podręczniki syna moich znajomych, potem miałam u siebie w domu 2 lekcje, następnie zadzwoniłam dla znajomej do Caritasu, kolejno pobiegłam do Jobcenter, żeby tłumaczyć znajomej na spotkaniu z urzędnikiem. Potem oczywiście dalej praca. Nudów nie ma.

Oto widok na moje miasto ze wsi zwanej Starkenburg:

I kolejne zdjęcia:

Traben-Trarbach. Cz. 2

Traben-Trarbach. Cz. 2

Moje miasteczko leży w dolinie rzeki między wzgórzami. Jak już pisałam, widoki są bajkowe. Miasteczko ma niewiele ponad 5.000 mieszkańców. Największą mniejszością narodową są tu Polacy (często pracujący na winnicach), poza tym są również Turcy, Rosjanie, Włosi, Anglicy i Holendrzy. Anglicy i Holendrzy oczywiście nie przyjeżdżają tutaj do pracy. Kupują tu sobie domy i sprowadzają się najczęściej na emeryturę, gdyż podoba im się okolica.

W mieście jest bardzo dużo restauracji i hotelów, wszystko dla turystów. Wiele restauracji jest zamkniętych na okres zimowy. Turyści są tu ważnym źródłem utrzymania. W sezonie jest ich bardzo dużo, trudno jest przecisnąć się wtedy przez główne ulice. Na ulicy najczęściej słychać wtedy, oprócz niemieckiego, francuski, niderlandzki i angielski.

Region utrzymuje się z uprawy winorośli i produkcji wina. W moim mieście jest bardzo dużo winnic, ciągle widać napisy „Weingut”, „Weinkeller”, „Weinkellerei”, „Weinstube”,
„Weingeschäft”

itp. W sezonie dużo Polaków przyjeżdża na zbiory, dużo pracuje tutaj również na stałe. Właśnie produkcja wina jest również czynnikiem przyciągającym turystów. Winnice sprawiają, że widoki są tu takie piękne.

Położenie nad Mozelą również jest atrakcją turystyczną, gdyż turyści udają się na rejsy licznymi statkami. Kolejną atrakcją są szlaki wędrowne, z których rozciągają się śliczne widoki.

To, co mi się w moim mieście za bardzo nie podoba, to wąskie uliczki. Dużo ulic jest jednokierunkowych. Trudno jest się z kimś minąć. Żeby jeździć tu na rowerze, trzeba mieć wprawę.

Podoba mi się, że jest tu spokojnie, cicho i czysto.

Moje miasto ma liczne zabytki, przede wszystkim śliczne budynki w stylu secesyjnym oraz ruiny zamku. Wiele restauracji mieści się w zabytkowych piwnicach. W miejscowościach nad Mozelą jest wiele zamków (tzw. „Burgromantik”).