„Loreley” – skała, legenda, wiersz i piosenka

„Loreley” – skała, legenda, wiersz i piosenka

Loreley to nazwa skały łupkowej przy Sankt Goarshausen w kraju związkowym Nadrenia-Palatynat (w którym mieszkam). Ma wysokość 132 metrów. Pochodzenie nazwy Loreley nie jest jasne. Być może wywodzi się z caltyckiego słowa Ley oznaczającego, którym określane były w regionie skały.

Widok z lewego brzegu Renu na skałę Loreley 

Legenda Loreley 

Lokalną legendę stworzył poeta Clemens Brentano. W ten sposób echo nad skałą Loreley znalazło wyjaśnienie. Powiązał skalne echo ze starożytnym mitem nimfy Echo, która ze smutku po stracie swojego ukochanego zastygła w skałę. Od tamtej pory ze skały rozbrzmiewał jej głos. W swojej powieści Godwi oder Das steinerne Bild der Mutter (1801-1802) zawarł balladę Lore Lay, opowiadała ona o kobiecie, która ze względu na swoją siłę działania na mężczyzn jest uważana za czarodziejkę i z powodu zawodu miłosnego zrzuca się ze skały o tej nazwie.

Carl Joseph Begas: Lurelei (1835)

Legenda o Loreley odpowiada obrazowi świata epoki romantyzmu. Poezja romantyzmu związana jest często z miejscami takimi jak zamglone leśne doliny, rzeki, ruiny, stare zamki, jaskinie i wnętrza gór.

Philipp Foltz: Die Loreley (1850)

Heinrich Heine i Lorelei

Najsłynniejszym dziełem o Loreley jest wiersz Heinego pt. „Die Lore-Ley” (lub „Lied von der Loreley„) z roku 1824. Heinrich Heine (1797-1856) był jednym z najsłynniejszych poetów, pisarzy i dziennikarzy XIX wieku. Ukształtował on postać Loreley jako nimfy wodnej, rusałki, która na podobieństwo syreny uwodzi poprzez swój śpiew i piękno szyperów na Renie, na skutek czego giną oni w niebezpiecznych prądach rzeki lub też gdy ich statki rozbijają się o rafy skalne.

Przygotowałam dla Was ten piękny wiersz Heinego wraz z polskim tłumaczeniem Aleksandra Kraushara:

Ich weiß nicht was soll es bedeuten,
Dass ich so traurig bin;
Ein Märchen aus alten Zeiten,
Das kommt mir nicht aus dem Sinn.

Nie wiem, dlaczego tak smutno mi,
Czemu tak serce mi porze?
Czarowna pieśń zamierzchłych dni
W mej duszy zniknąć nie może.

Die Luft ist kühl und es dunkelt,
Und ruhig fließt der Rhein;
Der Gipfel des Berges funkelt
Im Abendsonnenschein.

I szumi wiatr, zapada mrok
I cicho Renu mkną fale,
I widać gór urwistych szczyt
Odbity w rzeki krysztale.

Die schönste Jungfrau sitzet
Dort oben wunderbar;
Ihr goldnes Geschmeide blitzet,
Sie kämmt ihr goldenes Haar.

Królowa róż z gwiaździstych niw
Siedzi na górze uroczej,
Złoty jej strój z oddali lśni,
Lśni złoty zwój jej warkoczy.

Sie kämmt es mit goldenem Kamme
Und singt ein Lied dabei;
Das hat eine wundersame,
Gewaltige Melodei.

Grzebieniem z gwiazd czesze swój włos
I tęskną piosnkę zawodzi.
I dziwną moc ma pieśni dźwięk,
Jak dźwięk, co z niebios pochodzi.

Den Schiffer im kleinen Schiffe
Ergreift es mit wildem Weh;
Er schaut nicht die Felsenriffe,
Er schaut nur hinauf in die Höh.

Rybaka pierś tej pieśni ton
Dziwną tęsknotą przejmuje,
Nie baczy już na szczerby skał,
Tylko się w górę wpatruje.

Ich glaube, die Wellen verschlingen
Am Ende Schiffer und Kahn;
Und das hat mit ihrem Singen
Die Lore-Ley getan.

Ach! lękam się, by rzeki toń
Rybaka nie pochwyciła.
Nieraz to już wśród Renu fal
Pieśń Lorelei uczyniła.

Wiersz ten jest bardzo znany, także dzięki opracowaniu muzycznemu autorstwa Friedricha Silchera z roku 1837. Znalazłam dla Was dwa wykonania piosenki Loreley:

Yelena Dudochkin – Die Lorelei

Placido Domingo – Das Lorelei Lied

Źródła:

Tekst i zdjęcia

Wielki Tydzień po niemiecku

Wielki Tydzień po niemiecku

Dzisiaj napiszę Wam o pochodzeniu słowa „Karwoche„, czyli „Wielki Tydzień”. Jak widzimy, nie jest to po niemiecku „die Große Woche”, ale jest też wiele języków, gdzie nazwa jest zupełnie inna, chociażby hiszpański.

Zacznę może od słowa Ostern (Wielkanoc). Skąd ono się wzięło? W języku średniowysokoniemieckim słowo miało formę ōsteren,w starowysokoniemieckim ōstarūn. Pochodzi prawdopodobnie od imienia indogermańskiej bogini wiosny. Spokrewnione ze starowysokoniemieckim ōstar (wschodni, na Wschodzie), słowo oznacza kierunek wschodzącego Słońca, porannego światła.
Tak jak już wspomniałam, Wielki Tydzień to po niemiecku die Karwoche. Słowo pochodzi od średniowysokoniemieckiego karvrítac, pochodzącego z kolei od średniowysokoniem. kar, starowysokoniem. chara – lament, smutek.
Wielki Czwartek to Gründonnerstag, czyli „zielony czwartek”. Nazwa pochodzi od zwyczaju jedzenia w ten dzień tylko zielonych warzyw. Powstała w XIII wieku. Tradycja jedzenia zielonych warzyw symbolizuje siłę wiosny i nabieranie sił na cały rok.
Wielki Piątek to Karfreitag
Wielka Sobota – Karsamstag lub współcześnie coraz częściej Ostersamstag
Gründonnerstag, Karfreitag i Karsamstag nazywane są razem Kartage, czyli dniami, w których wspominamy mękę i śmierć Jezusa.
Wielka Niedziela – Ostersonntag

Poniedziałek wielkanocny – Ostermontag 
Wielki Tydzień po niemiecku

Skąd się wzięły niemieckie nazwy dni tygodnia?

Dzisiaj przygotowałam dla Was ciekawostkę. Opiszę, skąd wzięły się nazwy niemieckich dni tygodnia, do czego konieczne jest sięgnięcie do historii języka. 

A więc po kolei:

Montag – w języku średniowysokoniemieckim mōntac, māntac, w starowysokoniemieckim mānetac. Słowo oznacza Tag der Mondes, czyli dzień Księżyca. Wywodzi się od łacińskiego dies Lunae – dzień Luny, czyli bogini Księżyca. Także w języku greckim słowo związane jest z Księżycem. hēméra Selénēs oznacza dzień Seleny, czyli bogini Księżyca.

Dienstag – w średniowysokoniemieckim dienstac, dinstac, w średniodolnoniemieckim dinsdach, dingesdach. Słowo związane jest z imieniem germańskiego boga nieba – Ziu, stworzone na podobieństwo łacińskiego Martis dies. Dienstag oznacza Tag des Ziu– dzień Ziu, dzień Ziu jako chroniącego thing.

Dodam tutaj, że u Germanów pojęcie „thing” oznaczało zebranie ludu, wojska, posiedzenie sądu, na którym obradowano o wszystkich kwestiach prawnych dotyczących plemienia. Słowo przekształciło się potem w „Ding”.

Mittwoch – w średniowysokoniemieckim mit(te)woche, w późnostaroniemieckim mittawehha. Pochodzi od łacińskiego media hebdomas dla germańskiego określenia Wodanstag. Bezpośrednio z średniowysokoniemieckiego mitti (środek) i woche (tydzień).

Donnerstag – w średniowysokoniemieckim donerstac, w starowysokoniemieckim Donares tag. Słowo powstało z imienia germańskiego boga gromów Donara. Utworzone na wzór łacińskiego Iovis dies – dzień Jupitera.

Freitag – w średniowysokoniemieckim vrítac, w starowysokoniemieckim fríadag lub fríjedag, od imienia stawianej na równi z boginią miłości Wenus Friją. Imię Frija oznacza „ukochana, kochana”. Słowo stworzone na wzór łacińskiego Veneris dies – dzień Wenus.

Samstag – w średniowysokoniemieckim sam(e)tac, w starowysokoniemieckim sambatac. Pierwszy człon słowa pochodzi od greckiego sábbaton.

Sonnabend – określenie soboty używane głównie na zachodzie i południu Niemiec, w Austrii i Szwajcarii. W średniowysokoniemieckim sun(nen)ābent, w starowysokoniemieckim sunnūnāband. Pochodzi od staroangielskiego sunnanæfen. Oznacza Vorabend vor Sonntag – przeddzień niedzieli. W staroangielskim utworzone od sunnundæg (niedziela) i æfen (przeddzień).
Sonntag – w średniowysokoniemieckim sun(nen)tac, w starowysokoniemieckim sunnūn tac. Utworzone na wzór łacińskiego dies Solis i greckiego hēméra Hēlíou – dzień Słońca. 


Źródło: DUDEN Herkunftswoerterbuch  
„Most na Renie” – film i historia

„Most na Renie” – film i historia

Miałam zawiesić bloga, ale wczoraj robiąc w pracy różne inne rzeczy, rozmyślałam o tym i stwierdziłam, że blog jest przecież moim dzieckiem. Gdybym miała prawdziwe dziecko, to też nie mogłabym go tak po prostu odstawić, także kontynuuję.

Dzisiaj post historyczno-kulturowy, a już za kilka dni wyprzedaż, na której będzie czekał na Was m.in. James Bond, tzn. nie prawdziwy, tylko filmy z nim. Poza tym wiele innych ciekawych filmów oraz książek.

Postu z okazji wczorajszego dnia kobiet nie było, bo jestem za równouprawnieniem i nie świętuję czegoś takiego 🙂

W sobotę miałam w pracy przyjemność oglądać w niemieckiej telewizji film „Die Brücke von Remagen” (polski tytuł: „Most na Renie”). Jest to film wojenny z 1969 roku produkcji amerykańskiej. Pokazuje legendarne zdobycie mostu na Renie. Pod sam koniec wojny Niemcy wysadzali wiele mostów na rzekach, żeby Amerykanie nie mogli się przez nie przeprawić. Było tak też w moim mieście, o czym pisałam tutaj:

Most w Traben-Trarbach

Wspomnę jeszcze, że żyjąc w Niemczech, mam okazję dowiedzieć się sporo o aspektach II wojny światowej, o których w Polsce nie uczyłam się w szkole. Wynika to oczywiście z tego, że niemiecka perspektywa jest nieco inna. Prawie każdy Niemiec wie, co to „Remagen”.

Remagen to miasto w Rheinland-Pfalz (Nadrenia-Palatynat), czyli w moim bundeslandzie (pd.-zach. Niemcy).

Film ten był pokazywany w sobotę, gdyż właśnie 7 marca minęło 70 lat od wysadzenia tytułowego mostu. W marcu 1945 roku Niemcy stały przed porażką. Na wschodzie Armia Czerwona zbliżała się do Berlina, na zachodzie kraju Amerykanie stali przed Renem. Poprzez wysadzenie mostu Oberkasseler koło Bonn Niemcy zapobiegli w ostatnim momencie zajęciu mostu przez Amerykanów. W ten sposób most Ludendorff koło Remagen pozostał ostatnim możliwym punktem do przekroczenia Renu. Zaraz stał się on celem dla Amerykanów, Pozostałości amerykańskiej armii, około 75,000 żołnierzy, było uwięzionych po zachodniej stronie Renu i most był jedyną drogą odwrotu dla nich, jak i ucieczki dla ludności cywilnej.

Generał broni von Brock otrzymał od Hitlera rozkaz jak najszybszego wysadzenia mostu w powietrze. Komandant Remagen, kapitan Wilhelm Bratge, chciał niezwłocznie wykonać rozkaz. Rano 7 marca 1945 roku miał na moście tylko 36 żołnierzy. Oddziały armii amerykańskiej liczyły się z tym, że Niemcy mogą wysadzić most. Ludność cywilna szukała schronienia m.in. w tunelach kolei. W nocy z 6 na 7 marca dowództwo przejął major Hans Scheller, o czym komendant Bratge dowiedział się dopiero 7 marca o 11:00. Major chciał utrzymać most otwartym tak długo jak to było możliwe, aby mogli się przez niego przeprawić niemieccy żołnierze i ich sprzęt. Do wysadzenia mostu kapitan Friesenhahn żądał 600 kg materiału wybuchowego, otrzymał tylko 300 kg i to materiału słabszego niż oczekiwał.

7 marca o 11:00 udało się straży przedniej 9 dywizji pancernej armii amerykańskiej pod dowództwem porucznika niemieckiego pochodzenia Karla H. Timmermanna dotrzeć do mostu. Poinformował generała Williama M. Hoge o tym, że można przeprawić się przez most, czym był całkowicie zaskoczony. Generał rozkazał natychmiastowy atak i zajęcie mostu. Atak rozpoczął się o 13:40.

Niemcy próbowali wysadzić most, ale nie było to takie proste ze względu na jego stabilną konstrukcję. Np. po pierwszej próbie została zniszczona rampa po lewej stronie Renu, na długości 10 metrów. O 15:40 most miał być wysadzony na rozkaz majora Schellera, jednak się nie zawalił. Jedynie nieznacznie się podniósł i potem wrócił do swojego położenia. Nieudana próba spowodowana była zniszczeniem jednego kabla. Dlatego jeden z ostatnich mostów na Renie mógł zostać zdobyty przez aliantów. W ciągu 24 godzin 8000 żołnierzy przeprawiło się przez most. Armia amerykańska próbowała naprawić uszkodzoną konstrukcję mostu, jednak zawalił się on ostatecznie 17 marca. Przyczyną było przeciążenie. Zginęło wtedy 28 amerykańskich saperów.

Most pomiędzy 8 a 10 marca 1945 roku

Zdjęcie

Uszkodzony most

Zdjęcie

Most po zawaleniu się 17 marca 1945 roku

Zdjęcie

Pozostałości mostu (2008)

Zdjęcie

Od 7 marca 1980 otwarte jest muzeum, które znajduje się w wieżach będących częścią dawnego mostu. Długoletni burmistrz Remagen, Hans Peter Kürten, 7 marca 1978 roku sprzedał po raz pierwszy kamienie z odłamków filarów mostu jako pamiątkę. Dochody przeznaczył na utworzenie muzeum.

A jak podobał mi się film?

Mimo pewnych odchyleń od historii bardzo, polecam do obejrzenia. Lubię filmy historyczne lub też fikcyjne historie na tle wydarzeń historycznych. Z filmu „Most na Renie” można dowiedzieć się sporo o historii.

Źródło 1

Źródło 2

Źródło 3

Wielki Tydzień po niemiecku

Skojarzenia 1

Od kilku tygodni opracowuję metodę nauczania polegającą na skojarzeniach i mostach myślowych. Dzisiaj przedstawiam Wam pierwszą część takiego „kursu” i czekam na feedback 🙂

Te skojarzenia to oczywiście tylko część kursu, do tego dochodzą inne materiały. Mam nadzieję zrobić z tego niedługo e-booka.

W materiale znajdują się także pomocnicze pytania.

I. Verkleinerungen – zdrobnienia

(das) Brötchen – od das Brot – chleb –> mały chleb = bułka
 (die) Fischstäbchen – od „der Fisch” + „der Stab – kij, pręt” –> kijki rybne = paluszki rybne

die Schale – skórka, skorupa, łupina
Was hat eine Schale?
eine Banane, eine Nuss, eine Kartoffel
schälen – obierać
(das) Schälchen – mała miska/salaterka –> „die Schale” to także misa, salaterka
 (das) Brettchen – tacka, od das Brett – deska –> deseczka = tacka
 (das) Würstchen – kiełbaska, od die Wurst – kiełbasa –> kiełbaska
II. Malhzeiten

Słowo „die Mahlzeit”, czyli „posiłek” wywodzi się z języka późnośrodkowowysokoniemieckiego. Oznaczało ustalony czas jedzenia, stąd w złożeniu mamy „-zeit”. Samo słówko „Mahl” oznaczało jedzenie podane o ustalonym czasie.

„früh” oznacza „wczesny, wcześnie”
das Frühstück – śniadanie
die Frühdiagnose – wczesna diagnoza
der Frühling – wiosna
der Frühsommer – wczesne lato
die Frühkartoffeln – wczesne/młode ziemniaki

der Abend – wieczór
das Abendessen – wieczorne jedzenie, czyli kolacja
das Abendbrot – wieczorny chleb, czyli kolacja
der Abendhimmel – wieczorne niebo

Słowo „der Himmel”, czyli „niebo”, jest bardzo ciekawe. W języku starowysokoniemieckim i średniowysokoniemieckim oznaczało pokrywę, osłonę. Spokrewnione jest z nim także słowo „Hemd”.

die Abendsonne – wieczorne słońce

die Mahlzeit – posiłek
der Mittag – południe
Mittagessen – południowe jedzenie, czyli obiad
die Mittagspause – przerwa w południe, czyli przerwa obiadowa

frühstücken – jeść śniadanie
zu Mittag essen – jeść obiad
zu Abend essen – jeść kolację
III. Sonstiges

(das) Vollkornbrot – chleb pełnoziarnisty
voll – pełen
das Korn – ziarno
das Brot – chleb
 (das) Weißbrot – biały chleb
(der) Frischkäse – ser biały

Was muss man frisch essen?

(der) Blumenkohl – kwiecista kapusta, czyli kalafior
die Blume – kwiat
der Kohl – kapusta

(der) Pfirsich – brzoskwinia

Pochodzenie słowa „Pfirsich” jest bardzo ciekawe. „Pfirsich” wywodzi się od łacińskiego „persica arbor”, czyli „perskie drzewo”. Perski – persisch. Może wywodzić się też od „persicum malum” – „perskie jabłko”. Brzoskwinia dotarła z Chin do Europy właśnie przez Persję.

(die) Birne – gruszka
(die) Glühbirne żarówka

Złożenie „Glühbirne” jest bardzo logiczne, ponieważ żarówka ma przecież kształt gruszki, a „glühen” oznacza „tlić się, żarzyć się, palić, płonąć”.

(die) Pflaume – śliwka

(der) Nachtisch – deser. „nach” – po. „Tisch” – stół.

Słowo „Tisch” pochodzi od łacińskiego „discus”. W języku starowysokoniemieckim w formie „tisc”. Wtedy słowo oznaczało półmisek. „Tisch” dzisiaj oznacza w pewnych kontekstach również „posiłek, jedzenie”, np.:

zu Tisch bitten – prosić do stołu, czyli do jedzenia
bei Tisch sein – być w trakcie jedzenia
nach Tisch – po jedzeniu
(der) Strohhalm – słomka do picia
das Stroh – słoma
der Halm – źdźbło.
(die) Kanne – dzbanek
die Teekanne – dzbanek na herbatę
die Kaffeekanne – dzbanek na kawę

(die) Tasse – filiżanka
die Kaffeetasse – filiżanka do kawy

die Untertasse – podstawka pod filiżankę
der Untersetzer – podstawka
die Unterfamilie – podrodzina
das Unterhemd – podkoszulek
unter – pod

die Decke – kołdra, sufit, pokrywa
die Tischdecke – pokrywa na stół, czyli obrus
die Schneedecke – pokrywa śnieżna
den Tisch decken – nakrywać stół

Wo gibt es noch eine Decke?

naschen – łasować, jeść słodycze
die Naschkatze – łakomczuch

die Sahne – śmietana
die Schlagsahne – bita śmietana
der Schmetterling – motyl
der Sommervogel – letni ptak, czyli motyl
der Vogel – ptak
der Sommer – lato

O tym, co motyl ma wspólnego ze śmietaną, pisałam tutaj:

(die) Handschuhe – buty na ręce, czyli rękawiczki
Was ist nicht sauer?
Was ist nicht süß?
die Süßkirsche – czereśnia
die Sauerkirsche – wiśnia
Was passt nicht so gut zum Frühstück?
Was naschen die Menschen gerne?
Welche Mahlzeiten haben wir am Tag?
Was ist kein Obst?
Was kann man in einen Eintopf tun?
Welches Obst und Gemüse muss man schälen? 
Wielki Tydzień po niemiecku

Rasizm w Niemczech. Cz. 2. Islamizacja?

Może niektórzy z Was słyszeli o protestach przeciwko islamizacji w Dreźnie, które odbywają się od jakiegoś czasu. W wiadomościach głównych stacji telewizyjnych, ARD i ZDF, nazwa „Pegida” pada prawie codziennie.

Drezno stało się centrum antyislamskiego ruchu Pegida. Można by się zastanawiać, dlaczego akurat to miasto. Dlaczego akurat tam zaczęto tak otwarcie wyrażać niechęć nie tylko do muzułmanów, ale ogólnie do obcokrajowców?

Pegida to skrót od nazwy „Patriotische Europäer gegen die Islamisierung des Abendlandes” – „Patriotyczni Europejczycy przeciwko islamizacji Zachodu”. Pierwsza demonstracja Pegidy w Dreźnie odbyła się 20 października 2014, od tego czasu odbywają się one regularnie.

Za założyciela Pegidy uchodzi Lutz Bachmann, który 11 października 2014 założył na Facebooku grupę o takiej nazwie.

W ostatniej demonstracji, 25 stycznia, wzięło udział 17.000 osób. Tydzień wcześniej demonstracja została zabroniona przez władze miasta ze względu na zagrożenie zamachem terrorystycznym.

Szef niemieckiego MSZ, Frank-Walter Steinmeier, już wielokrotnie wypowiadał się na temat Pegidy. Został poproszony o opinię m.in. przez dziennikarzy podczas swojej wizyty w Algierii i wyraźnie zaznaczył, że nie można utożsamiać organizacji z Niemcami, bo jest to kraj otwarty na świat.

„Nic nie odnosi takiego sukcesu i nie jest tak kuszące jak sam sukces. Kiedy zaczyna się taki ruch niepozornie i staje się on coraz silniejszy, to ma to pewną atrakcyjność i przyciąga myślących podobnie. Można to dobrze zobaczyć w rozwoju Pegidy”. 

słowa profesora Hansa Vorländera, politologa na TU Dresden 

Drezno jest miastem znanym z protestów i demonstracji. Jest również miastem nierówności społecznej – co piąte dziecko żyje tu w biedzie. Żyje tu wielu ludzi, którzy czują się odepchnięci i niesprawiedliwie traktowani, nie mają poczucia bezpieczeństwa. Drezno jest miastem bardziej konserwatywnym niż inne miasta na wschodzie Niemiec. W Dreźnie i jego otoczeniu społeczne zmiany ostatnich 25 lat są szczególnie intensywnie odczuwalne – nie tylko pod względem ekonomicznym, ale i społecznym. Zbiór tych wszystkich czynników przedstawia dla Pegidy doskonały obszar oddźwięku. 

Do tego doszło przyjmowanie przez Niemcy setek tysięcy azylantów oraz polityka imigracyjna kraju. 

Drezno zapewne jeszcze długo będzie walczyło ze skutkami działań Pegidy, opinia miasta na wiele lat będzie zrujnowana. Wrogość wobec obcokrajowców jest coraz większa i coraz częściej wyrażana otwarcie, jak wielu z nich potwierdza. Działania Pegidy spowodowały, że wielu ludzi zaczęło mówić głośno o tym, o czym do tej pory tylko myślało. 

Z opublikowanego w ub. piątek (19.12.) reprezentacyjnego sondażu YouGov wynika, że 45 proc. mieszkańców Niemiec zachodnich i 41 proc. Niemiec wschodnich uważa ruch „Pegida” za prawicowy lub radykalnie prawicowy. Jednocześnie 36 proc. respondentów ze wschodnich Niemiec i 33 proc. z zachodnich krajów związkowych uważa za słuszne, aby protestami wytykać błędy w polityce azylowej państwa i zaprotestować przeciwko islamizacji kraju.

Źródło:
Antyislamski ruch Pegida dzieli Niemcy

Warum ausgerechnet Dresden?

Kilka tygodni temu widziałam w wiadomościach – jak zwykle na ARD lub ZDF – reportaż o pozornej islamizacji. Czy należy jej się obawiać? Specjaliści wypowiadali się jednoznacznie: nie należy obawiać się islamizacji Zachodu, ponieważ młode pokolenie żyje inaczej niż jego rodzice. Młodzi ludzie studiują, także kobiety. Sama pamiętam, że kiedy studiowałam na uniwersytecie w Bielefeld, to było tam też bardzo dużo muzułmanek. Młodzi ludzie nie będą mieć tylu dzieci co ich rodzice. Widać, że są zasymilowani, wszystko w pozytywnym sensie. Wiadomo, że są wyjątki, ale nie na tyle znaczące, aby obawiać się islamizacji. Młodzi muzułmanie nie są przywiązani do tradycji tak bardzo jak ich rodzice.

Myślę, że Pegida zacznie powoli tracić zwolenników. Myślę też, że zdecydowana większość Niemców nie jest wroga wobec obcokrajowców, ale wiadomo, że takie protesty są głośne, więc o nich się cały czas mówi. Z drugiej strony rozumiem też złość niektórych Niemców na politykę kraju, a raczej UE, wobec azylantów. W zeszłym roku Niemcy przyjęły do siebie setki tysięcy uciekinierów np. z Syrii czy Iraku. Są organizowane dla nich miejsca pobytu. I w sumie nie dziwi mnie zadawane przez wielu Niemców pytanie: dlaczego akurat Niemcy? A gdzie są inne kraje UE? Nie jest tak, że one nic nie robią, ale najwięcej robią właśnie Niemcy jako słynne państwo socjalne. Wystarczy powiedzieć, że w pierwszej połowie 2014 roku w Niemczech 94.200 osób złożyło wniosek o azyl. Niemcy zajęły miejsce pierwsze, a drugie Szwecja z 41.250 wnioskami, czyli ponad połową mniej. Miejsce trzecie zajęła Francja z 36.680 wnioskami.

Asylbewerber in Europa

Wielki Tydzień po niemiecku

Dlaczego by nie Schmetterling?

Powszechna opinia o języku niemieckim jest taka, że brzmi on po prostu brzydko. Ja mam na ten temat nieco inne zdanie. Myślę, że język niemiecki brzmi pięknie, jest bardzo melodyjny i że da się w nim pisać piękne wiersze i śpiewać śliczne piosenki.

Jednym z najczęściej podawanych przykładów jest Schmetterling – słowo często wyśmiewane, bo jak brzmi Schmetterling w porównaniu z odpowiednikami w innych językach?

ang. – butterfly
fr. – papillon
hiszp. – mariposa 
wł. – farfalla 

Moim zdaniem „Schmetterling” jest bardzo ładnym słowem, jednym z moich ulubionych w niemieckim.

Bardzo lubię książki Wojciecha Cejrowskiego, w których opisuje swoje wyprawy do Ameryki Południowej. Chyba w „Gringo wśród dzikich plemion” pisał, że kiedy ktoś wybiera się do amazońskiej dżungli, to należy słuchać indiańskiego przewodnika bez względu na wszystko. Nawet jeśli coś europejskiemu człowiekowi wydaje się ładne i przyjazne, to wcale nie musi takie być. Wspomniał m.in. o motylach, które w dżungli mogą być zarówno przyjazne, jak i bardzo niebezpieczne. Te groźne nazwał właśnie „Schmetterlingami” 🙂

Warto przyjrzeć się w tym momencie historii słowa „Schmetterling„. Pochodzi ono z dolnosaksońskiego (Obersächsisch – dialekt w okolicach Drezna), prawdopodobnie od słowa „(der) Schmetten„, czyli „śmietana”. Słowo „Schmetten” jest spokrewnione z czeskim słowem „smetana”.

A co wspólnego mają motyle ze śmietaną?

Według starych wierzeń ludowych czarownice latały pod postacią motyla (in Schmetterlingsgestalt), aby kraść mleko i śmietanę właśnie.

W niektórych regionach Szwajcarii „Schmetterling” jest nazywany „(der) Sommervogel” – letni ptak. Czy nie ładnie?

der Schmetterling, die Schmetterlinge – motyl, motyle
wie ein Schmetterling hin und her flattern – dosłownie „fruwać jak motyl”, znaczenie: mieć wiele miłostek, przelotnych romansów
Schmetterlinge im Bauch – motyle w brzuchu
Schmetterling schwimmen – pływać stylem motylkowym
200 m Schmetterling schwimmen – przepłynąć 200 m stylem motylkowym
das Schmetterlingsschwimmen – pływanie stylem motylkowym
die Gestalt, die Gestalten – postać, postaci

Deutsche Bahn. Part II + refleksje o rowerku

Deutsche Bahn. Part II + refleksje o rowerku

Miałam już o tym nie pisać, ale miałam ostatnio jeszcze kilka przygód…

Ostatnio Deutsche Bahn miło mnie zaskoczyła, gdyż w dwie ostatnie środy Intercity do Luksemburga nie zaliczyła spóźnienia!!! Nawet o minutę, co jest doprawdy godne odnotowania.

Tak jak może pisałam, kurs polskiego, który prowadzę dla Niemców, odbywa się w budynku gimnazjum w Wittlich. Centrum miasta jest oddalone o kilka kilometrów od dworca, więc z dworca dostaję się tam autobusem. Kiedy tam jadę, to jest ok. Powrót na dworzec i potem do mojego miasta jest dosyć problematyczny.

Tak to wygląda:

Kurs kończy się o 19:30. Autobus na dworzec jest o 19:50, a pociąg do Koblenz, w który muszę wsiąść, jest o 19:57. Kiedyś był o 19:58, a ta minuta robi wielką różnicę!!! Zwykle modliłam się, żeby autobus jechał sprawnie i żebym zdążyła wpaść do pociągu. Do tej pory się to udawało, gdyż pociąg jak zwykle był spóźniony o 5 minut, ale… ostatnio mam doprawdy pecha. Tydzień temu byłam wściekła, gdyż pociąg był punktualny i mi odjechał. To okropne uczucie widzieć, jak pociąg odjeżdża i mieć świadomość, że trzeba czekać godzinę na następny. Czekać w zimnie, ponieważ hala dworca o 20:00 jest zamykana. No tak, po co ma być otwarta? Oprócz sieroty mnie prawie nigdy nikogo tam nie ma. Czasem trafi się jakaś grupa Turków, ale nie boję się ich.

Tak więc tydzień temu siedziałam godzinę na dworcu i zmarzłam niemiłosiernie. To trochę moja wina, bo siedziałam zamiast chodzić po peronie. Potem byłam tak zmarznięta, że kiedy w końcu dojechałam do mojego miasta, to wzięłam taxi z dworca, bo ledwo dałam radę iść.

Sytuacja ze środy wczoraj. Byłam tak zła, że nie mogę tego nawet ująć w słowa, ale po kolei… Pomyślałam sobie, że jeśli autobusem raczej nie dojadę na dworzec na czas, to zamówię taxi. Zainwestuję, ale przynajmniej zdążę na pociąg. Ale gdzie tam! Dzięki taksówce byłam na dworcu już o 19:45. Pomyślałam sobie: „Super, pociąg jest o 19:57. Będę u siebie o 21:00, a nie o 22:00”. Marzenie ściętej głowy… Pociąg do Koblenz był spóźniony o 20 minut. Pytam się: Dlaczego??? Co wieczorem może się dziać na tych torach??? Dla mnie oznaczało to, że pociąg do mojego miasta, w który muszę się przesiąść, mi odjedzie. Tak rzeczywiście było. Znowu czekałam godzinę w zimnie, ale na innym dworcu… Tym razem chodziłam. Gdybym znowu siedziała, to chyba bym zamarzła. Nauczka na przyszłość: zabierać ze sobą termos z gorącą herbatą. W tamtym roku zimą zawsze tak robiłam, oprócz tego zabierałam ze sobą też koc, który okazywał się niezbędny.

Postanowienie na przyszły rok: wiosną jeździć do Wittlich rowerem. To tylko 22 km. Jak skończy się zima, to muszę obczaić trasę, bo do tej pory jeździłam tylko pociągiem. Rowerek jest niezawodny.

Zalety podróżowania Deutsche Bahn: 
1. Doskonale znam słownictwo dotyczące spóźnień i ich powodów.
2. Pogadam sobie z konduktorami i dowiem się wielu ciekawych rzeczy. Z jednym rozmawiałam kiedyś o życiu w NRD, bo tam się wychował.
3. Ciągle przeżywa się jakieś zaskoczenia, nigdy nie jest nudno. A to usuną ci z dworca automat do kupowania biletów, a to w jednym pociągu można kupić bilet, w innym nie, a to nie wyświetlą komunikatu o spóźnieniu pociągu itd.
4. Czekając godzinami na dworcu, można przeczytać sporo książek i się dokształcić. Można nauczyć się przez ten czas dużo fińskich słówek.
5. Można pogadać z ludźmi, którzy są tak samo wściekli. W ten sposób można poznać wiele ciekawych osób. Niedawno poznałam kogoś bardzo ciekawego, gdyż zaciekawiła go czytana przeze mnie książka. Rozmowa z tą osobą bardzo dużo mi dała, chociaż to była jedyna rozmowa, jaką odbyliśmy. Dzięki temu bardzo urosła moja pewność siebie. Gdyby pociąg się nie spóźnił, to nigdy nie spotkałabym tej osoby.
6. Można potrenować cierpliwość.

Jeszcze co do mojego ukochanego rowerka… Jazdę nim bardzo sobie chwalę. Pomykam codziennie do pracy i z powrotem. Tutaj można jeździć nim przez cały rok. Na uszach nauszniki, na dłoniach grube rękawiczki przeznaczone do jazdy na nartach i jest pięknie. Zawsze chce mi się śmiać, kiedy na naszych wąskich, jednokierunkowych uliczkach, widzę samochód ciężarowy. Wtedy za nim ciągnie się sznur samochodów, a ja to wszystko spokojnie omijam. Wygląda to mniej więcej tak (piękny rysuneczek mojego autorstwa w paincie):

I jak tu można narzekać? Z zasady nie jestem zwolenniczką samochodów i wolę Deutsche Bahn niż zrobić prawo jazdy. Wtedy to dopiero bym się rozleniwiła, a tak to pojeżdżę rowerkiem i jestem fit 🙂

Wielki Tydzień po niemiecku

Parę słów o Deutsche Bahn

Dzisiaj chciałabym napisać o moich perypetiach z Deutsche Bahn, czyli niemieckiej kolei.

Na pewno wielu z Was słyszało o niedawnych strajkach Deutsche Bahn, w Polsce też była o tym mowa. Mam tego już serdecznie dość.

Prawie każdy Niemiec, z którym rozmawiam, narzeka na DB. Niemcy, którzy byli w Polsce, wychwalają PKP. Mówią, że co prawda nie ma luksusu, ale przynajmniej pociągi są punktualne. W Niemczech za to pytanie nie brzmi teraz, KIEDY pociąg przyjedzie, tylko CZY on przyjedzie.

Pamiętam, że kiedy w 2008-2009 roku studiowałam w Bielefeld, to często jeździłam do znajomych mieszkających koło Frankfurtu nad Odrą. Wybierałam zawsze najtańsze połączenie, co oznaczało, że czasami musiałam przesiadać się 4 razy, ale wszystko funkcjonowało bez problemu. Teraz już nie zdecydowałabym się na coś takiego.

Napiszę o moich obecnych perypetiach z pociągami. Na szczęście mam z nimi do czynienia tylko raz w tygodniu – w każdą środę, kiedy prowadzę kurs polskiego w innym mieście. Miasto Wittlich jest oddalone od mojego tylko o 22 km, ale muszę jechać pociągiem z przesiadką, a potem jeszcze autobusem. Jest to więc dosyć skomplikowane. Kurs zaczyna się o 18:00, ale ja już o 15:00 wychodzę z domu. Lepiej pojechać pociągiem godzinę wcześniej, bo nigdy nie wiadomo, czy on się zjawi. Jeśli nie, to pojadę następnym.

Tak wygląda moje połączenie:

Traben-Trarbach – 15:43 – Bullay – 16:03– ten odcinek pokonuje się bez problemu. Zapewne dlatego, że jedzie do nas tylko jeden pociąg.

Bullay – IC134 o 16:10 – tutaj już robi się problematycznie. Intercity do Luksemburga zawsze ma spóźnienie. Nie pamiętam, żeby nie miała spóźnienia. Jeśli jest to tylko 5 czy 10 minut, to nie traktuję tego jako spóźnienie. Zdarzyło się 25 minut, raz 50 minut, a raz wcale nie przyjechała. Bo i po co?

Jak mam szczęście, to w Wittlich jestem o 16:22, czyli punktualnie. To zdarzyło mi się raz czy może dwa razy. Potem jadę autobusem do centrum miasta. W VHS jestem pół godziny albo godzinę przed czasem, zależy.

Raz musiałam odwołać kurs, bo Deutsche Bahn akurat strajkowała. Było to 15 października. Byłam wtedy wściekła, ale co tu zrobić, jak nie ma mnie kto zawieźć? Jestem zdana tylko na siebie. I na Deutsche Bahn, chociaż czasami myślę, że lepiej byłoby polegać na rowerze albo zrobić pielgrzymkę na własnych nogach.

Sprawa ze strajkami jest dosyć skomplikowana. W wiadomościach mowa jest o tym prawie codziennie, a DB grozi ponownymi strajkami przed świętami. Co jak co, ale terminy potrafią wybierać. Dwa związki zawodowe: Lokführergewerkschaft GDL (związek zawodowy maszynistów) oraz Eisenbahn- und Verkehrsgewerkschaft EVG (związek zawodowy innych pracowników kolei) mają różne powody do strajku. EVG chce dla swoich członków podwyżki pensji 6%, ale przynajmniej o 150 euro. GDL żąda 5% więcej, 37 godzin zamiast 39 godzin pracy w tygodniu oraz lepszych planów zmian.

Najważniejszą osią konfliktu jest jednak to, że GDL nie chce reprezentować tylko maszynistów, lecz także swoich członków wśród konduktorów. Chce zawierać dla nich własne umowy, co dotychczas robiła tylko EVG. Natomiast EVG chce mieć wśród swoich członków także maszynistów. Kolej odrzuca możliwość zawierania rożnych umów dla tych samych grup zatrudnionych. Szef GDL, Claus Weselsky, spotkał się z wieloma zarzutami – przede wszystkim podróżnych. Moim zdaniem jeden człowiek nie ma prawa decydować o codziennych planach milionów ludzi zdanych na DB.

I tak w kółko, w kółko, w kółko…

Negocjacje cały czas się toczą. Ciekawe, czy uda im się coś ustalić czy jednak jeszcze będą strajki. Ja jestem przezorna i w grudniu ustaliłam tylko 2 terminy kursu polskiego, w styczniu będzie kontynuacja. 17 grudnia nie podejmę ryzyka, jestem już ostrożniejsza.

Dotychczasowe strajki spowodowały już około 500 milionów euro strat dla gospodarki.

Tak jak wspomniałam, związki zawodowe wiedzą, co robią. Ostatni strajk, który trwał od 5 listopada do 10 listopada, był najdłuższym w historii DB AG, która została założona w 1994 roku. Udało się go na szczęście zakończyć wcześniej. W niedzielę 9 listopada przypadało 25 lat od upadku Muru Berlińskiego. Strajk kolei skomplikował więc plany wielu ludziom, którzy zamierzali udać się do Berlina. Wygranymi na pewno byli właściciele firm autobusowych, gdyż w tych dniach zanotowały ogromny wzrost liczby klientów.

Mam nadzieję, że to był jednak ostatni strajk i że w końcu zostanie zawarty jakiś kompromis, bo to wszystko jest już absurdalne. Podczas strajku oglądałam w wiadomościach wypowiedzi podróżnych, każdy ma takie samo zdanie…

Twitter-Omi

Twitter-Omi

Nie jestem zwolenniczką portali społecznościowych w stylu Facebooka czy Instagramu. Nie mam tam konta i nie będę mieć, bo nie jest mi to do niczego potrzebne. Mam konto jedynie na Twitterze i śledzę tam m.in. Twitter-babcię, czyli Twitter-Omi (znaną też jako Online-Omi). Lubię Twittera ze względu na krótkie wiadomości, jakie można tam szybko przeczytać. 
Twitter-Omi nazywa się Renate Bergmann, za tym nazwiskiem możecie ją wyszukać na Twitterze. Wielu śledzących babcię sądzi, że ona naprawdę istnieje, ale jest to jedynie pseudonim. Kryje się za nim Torsten Rohde. Najpierw powstało konto babci na Twitterze, potem wydawnictwo poprosiło go o napisanie książki. Nosi ona tytuł „Ich bin nicht süß, ich hab bloß Zucker: Eine Online-Omi sagt, wie’s ist“. Niedawno ją kupiłam i właśnie zaczynam czytanie.


Dzięki swoim dowcipnym hasłom 82-letnia Twitter-Omi zyskała dużą popularność. Jeśli macie konto na Twitterze, to koniecznie śledźcie babcię. Gwarantuję, że jej przemyślenia poprawią Wam humor na początek dnia. Babcia opowiada np. o wycieczkach dla seniorów, o zajęciach w lokalnym klubie i komentuje codzienne wydarzenia. 
Oto, jak Torsten Rohde opowiada, skąd wziął się pomysł:
Weihnachten 2012 verbrachte ich umringt von Oma, Mutti Und Schwester. Ich bekam die typischen Sprüche zu hören: „Du kannst doch noch nicht satt sein!“, „Du sitzt so schief!“, „Soll ich dir eine Decke holen?“ Auf meinem eigenen Twitter-Account schrieb ich, womit mich meine Tante Renate so nervt – die war natürlich fiktiv, ich würde nie über echte Verwandte lästern. Und meine Kumpel sagten: Tante Renate bräuchte einen eigenen Twitter-Account, die klingt ja total lustig! Im Januar war ich dann 14 Tage krank, und aus lauter Langeweile legte ich den Account tatsächlich ein.

Boże Narodzenie 2012 spędziłem otoczony babcią, mamą i siostrą. Musiałem słuchać typowych haseł: „Nie możesz przecież być jeszcze syty!”, „Siedzisz tak krzywo!”, „Przynieść ci koc?” Na moim własnym koncie na Twitterze pisałem, czym moja ciocia Renate mnie denerwuje – ona była oczywiście fikcyjna, nigdy nie obgadywałbym prawdziwej krewnej. I moi kumple mówili: ciocia Renate potrzebuje swojego własnego konta na Twitterze, ona brzmi strasznie wesoło! W styczniu byłem przez 14 dni chory, tylko z nudy faktycznie założyłem konto.
A skąd Twitter-Omi bierze pomysły na swoje posty?
Ich halte einfach die Augen offen. Ich wohne auf dem Dorf, letztens sah ich auf einer Beerdigung lauter alte Damen und fragte meinen Kumpel, wer sie sind. Er antwortete: „Och, die kommen zu jeder Beerdigung, die kennen den Verstorbenen gar nicht. Die wollen nur mal raus, damit sie später was zu erzählen haben.“ Und dann sehe ich auch noch, dass die wirklich die Wurst vom Buffet in ihrer Handtasche verschwinden lassen!“ So etwas „renatisiere“ ich sofort und poste das.

Po prostu mam oczy otwarte. Mieszkam na wsi, ostatnio widziałem na pogrzebie tylko starsze panie i zapytałem mojego kumpla, kim one są. On odpowiedział: „Och, one przychodzą na każdy pogrzeb, wcale nie znają zmarłego. Chcą po prostu wyjść, żeby mieć potem co opowiadać.” I potem jeszcze widzę, jak kiełbaska z bufetu naprawdę znika w ich torebce!” Coś takiego „renatyzuję” natychmiast i wstawiam post.
Źródła:
Wypowiedzi Torstena Rohde pochodzą z wywiadu przeprowadzonego dla „Für sie” (21/2014).
A kto byłby dzisiaj cesarzem Niemiec?

A kto byłby dzisiaj cesarzem Niemiec?

Jak zapewne wiecie z lekcji historii, ostatnim cesarzem Niemiec był Wilhelm II. Panował on w latach 1888-1918. Pochodził z dynastii Hohenzollernów i był także królem Prus.

Wilhelm II Hohenzollern
z łaski Bożej cesarz niemiecki, król Prus, margrabia Brandenburgii, burgrabia Norymbergi, hrabia Hohenzollern, etc. suweren i wielki książę Śląska oraz hrabstwa kłodzkiego, wielki książę Poznania etc.

Cesarz musiał abdykować w wyniku rewolucji listopadowej, także jego następca, książę korony Wilhelm musiał zrezygnować z praw do tronu. 10 listopada 1918 roku cesarz Wilhelm II udał się do Holandii, która była krajem neutralnym i udzieliła mu azylu. Podczas II wojny światowej miał nadzieję na to, że Hitler zdecyduje się na przywrócenie monarchii. Jak wiemy, tak się nie stało. Hitler też nigdy nie miał takiego zamiaru, tak twierdził tylko w celach propagandowych.

Gdyby Niemcy były monarchią, cesarzem byłby obecnie Georg Friedrich Ferdinand, książę Prus, urodzony 10 czerwca 1976 roku w Bremie. Jest on osobistością bardzo popularną w Niemczech, często widzę jego zdjęcia w gazetach. Sam stroni jednak od mediów i nie szuka taniej sensacji. Od 1994 roku jest głową dynastii Hohenzollern. Jego oficjalny tytuł to: Jego Cesarska i Królewska Wysokość Książę Prus. Gdyby był władcą panującym, nosiłby tytuł Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości cesarza Niemiec i króla Prus.

Jest praprawnukiem cesarza Wilhelma II. Jego ojciec, Louis Ferdinand, książę Prus, zmarł w 1977 roku, na skutek ran odniesionych podczas ćwiczeń wojskowych. Matka, Donata, hrabina zu Castell-Rüdenhausen, żyje nadal. Georg Friedrich ma młodszą o rok siostrę, Cornelie-Cécile.

Z matką i siostrą:

Georg Friedrich stracił więc ojca krótko po pierwszych urodzinach. Wspólnie z siostrą wychował się w posiadłości rodzinnej w Fischerhude koło Bremy. Uczęszczał do szkół najpierw w Bremie, po przeprowadzce w Oldenburgu. Maturę zdał w Szkocji. Złożył 2-letnią służbę wojskową, następnie studiował ekonomikę i organizację przedsiębiorstwa w Saksonii. Po śmierci dziadka (25.09.1994) został głową dynastii Hohenzollern. Niemieccy monarchiści domagają się ustanowienia monarchii i popierają go jako cesarza, on sam jednak nie jest tym zainteresowany.

Mieszka wraz z żoną i dziećmi w Berlinie, pracuje jako doradca dla przedsiębiorstw. 25 sierpnia 2011 roku poślubił w urzędzie stanu cywilnego Sophie Johannę Marię, księżniczkę von Isenburg. Dwa dni później odbył się ślub kościelny. Pamiętam, że wtedy wszystkie gazety o tym pisały. Ślub kościelny odbył się w Poczdamie. Para przejechała ulicami miasta powozem. 20 stycznia 2013 roku para została rodzicami bliźniąt, Carla Friedricha Franza Alexandra oraz Louisa Ferdinanda Christiana Albrechta.

Zdjęcia:

Zdjęcie 1

Zdjęcie 2

Zdjęcie 3

Zdjęcie 4

Zdjęcie 5

Pisząc ten artykuł, posługiwałam się angielską Wikipedią oraz korzystałam z własnej wiedzy.